Spotkania: Małgorzata Niemirska

fot. Rafał Masłow

Zagrała ostatnio osobę, która ma dość wszystkiego. Życia ma dość. Sama mogłaby myśleć podobnie, bo los Małgorzaty Niemirskiej nie oszczędzał. „Nie wiem, skąd pochodzi moja siła” – mówi aktorka. I opowiada o tym, jak oswoić samotność.

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow

reklama

W filmie Kingi Dębskiej „Moje córki krowy” zagrałaś trudną rolę. Niemalże niemą.

I to był problem. Jak nie grając, jednak zagrać. Wywołać w sobie odpowiednie emocje, które przejdą przez mało aktywną twarz, oczy, mięśnie. Potworne napięcie i ogromny wysiłek. Cały czas towarzyszył mi niepokój: „Jak to wyjdzie?”. Czy to będzie kitocha – jak to moja babcia mówiła – czy wiarygodna postać?

Zagrałaś tę rolę niezwykle wzruszająco i autentycznie. Pokazałaś coś, co jest strasznie trudne – kiedy chory człowiek traci kontakt z najbliższymi…

A jednocześnie jeszcze mózg pracuje. Musiałam zbudować postać z okruchów umierającej osoby, która już nie mówi, a jeszcze próbuje nawiązać jakikolwiek kontakt. A potem już istniejącej tylko w otępieniu, a nawet zobojętnieniu. Osoby, która – zdawałoby się – ma ochotę powiedzieć: „Dajcie mi już wszyscy święty spokój”. Tak się złożyło, że parę miesięcy wcześniej umierała moja mama i ja u niej te etapy odchodzenia obserwowałam. Najpierw czekała na wizyty, aż nadszedł moment, kiedy poczułam, że chce już odejść. Tak myślę. Czuła się zmęczona i coraz częściej mówiła: „Idźcie już”.

Więcej w Zwierciadle 03/2016. Kup teraz!

Zwierciadło także w wersji elektronicznej

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »