Spotkania: Marek Niedźwiecki

fot. Rafał Masłow

„Australijczyk”. Ta książka miała być pierwsza, ale po drodze Marek Niedźwiecki napisał inne. O radiowej trójce, miejscu, w którym spędził ponad trzy dekady i które sprawiło, że jego głos zna cała polska. Tym razem jest o kraju, do którego jeździ od lat 20. I nadal chce tam wracać.

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow

reklama

Drugi koniec świata, co najmniej 20 godzin lotu. Czy te kilkanaście podróży za ocean to przypadkiem nie jakaś forma ucieczki?

Faktycznie, moja książka miała nosić tytuł „Ucieczki do Australii”, ale uznałem, że to nie najlepszy pomysł.

Dlaczego?

Bo taki tytuł kojarzy się z sensacją, a tu żadnej sensacji nie ma. To po prostu moja relacja z 12 podróży rozłożonych na 20 lat. Chociaż to prawda, że kiedy idę ulicami Melbourne czy Sydney i nikt mnie nie rozpoznaje, jest to fajne uczucie. Nie chcę mówić, że w Polsce mam jakąś krzywdę, że idę i przejść nie mogę, bo piszczą za mną fani. Oczywiście, nie piszczą, uśmiechają się co najwyżej, na co i ja się uśmiecham. Co do długiego lotu, to na szczęście mam krótką pamięć – przynajmniej do takich rzeczy – i szybko zapominam, jaka to męka. Mija trochę czasu, zaczynam tęsknić i znowu wsiadam w samolot. Zresztą i tak nic nie przebije mojej pierwszej australijskiej podróży z 1995 roku. Leciałem polskimi liniami, zostałem zaproszony do kokpitu kapitana, robiłem z nim wywiad i widziałem, jak ląduje samolot. Dziękuję, nigdy więcej.

Więcej w Zwierciadle 02/2016. Kup teraz!

Zwierciadło także w wersji elektronicznej

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »