Spotkania: Matthew McConaughey

KILKA OSTATNICH RÓL STARCZYŁO, ŻEBY TRAFIŁ DO PIERWSZEJ LIGI. I nie chodzi o rankingi popularności, bo w tych zawsze wypadał świetnie. Znajdźcie drugiego hollywoodzkiego aktora, któremu tak skutecznie udałoby się odczarować wizerunek dobrze zbudowanego przystojniaczka grającego głównie w filmach lekkich i przyjemnych. Już podczas zeszłorocznego rozdania Oscarów wydawało się, że to najlepszy moment w jego karierze. Za chwilę kolejna oscarowa gala, a jego dobra passa trwa. To przypadek, ciężka praca, sprawa wiary, część misternie obmyślonego planu, a może zmian, które zaszły w jego prywatnym życiu? Matthew McConaughey dobrze wie, komu to zawdzięcza.
Rozmawia PETRA WELLER/ INTERVIEW PEOPLE

reklama

Nie brakuje ci dawnego Matthew McConaugheya? Sympatycznego faceta, bożyszcza kobiet? Widzowie na całym świecie ulegli jego urokowi.

Nie szkoda. Myślę, że jeszcze jakieś pięć lat temu odpowiedziałbym ci inaczej, ale teraz kompletnie nie myślę o wynikach, box office’ach, o tym, czy publiczność będzie mnie lubić, czy nie. Jestem całkowicie skupiony na procesie, mówię o graniu, pracy nad filmem. To jest dla mnie najważniejsze. Pamiętam, że kiedy kręciliśmy „Witaj w klubie”, ktoś z ekipy podszedł do mnie i zapytał: „Może trochę wyluzujesz? Jak tak dalej pójdzie, nikt nie polubi gościa, którego grasz. Nie chciałbyś, żeby był chociaż odrobinę sympatyczniejszy?”. A ja nie miałem zamiaru wyluzować. Chodziło mi o to, żebyście wczuli się w sytuację, w jakiej znalazł się mój bohater, facet chory na AIDS, który pomógł wielu osobom, ale też nie oszukujmy się, poza wszystkim był też niezłym skurczybykiem. Za wszelką cenę chciałem wyciągnąć z niego coś prawdziwego. Nawet jeśli to coś mocno odbiegało od wyobrażenia fajnego, porządnego kolesia. Chciałem, żebyście mu współczuli, ale zupełnie nie interesowało mnie, czy go polubicie.

Więcej w Zwierciadle 02/2015. Kup teraz!

Zwierciadło także w wersji elektronicznej

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »