Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Co Kieślowski jadł na dworcu?


6 czerwca 2012 Ugryzienie Kozak
Dworzec Centralny zmienił się na Euro. I dotyczy to nie tylko łazienek z fototapetą, generalnej czystości czy użyteczności. Można tam bez obaw coś zjeść, albo złapać w łapkę na podróż.

Lubię dworce, choć nie tak jak lubię lotniska. A lotniska uwielbiam pasjami. Mogłabym tam – jak Jo Nesbo, który podobno wszystkie swoje książki pisze właśnie tam – spokojnie pracować. I się stołować, bo mam zaufanie do Plane Food Gordona Ramseya, szwajcarskich kawiorowych stanowisk podlewanych szampanem czyli Caviar House & Prunier, czy duńskich przepięknych standów z pieczywem, o których pisałam po powrocie z Kopenhagi Lagkagehuset. Do moich guilty pleasures należą kanapki z jajkiem i rzeżuchą w londyńskim Pret a Manger, które znajdziecie też na dworcu Victoria czy Paddington… Do niedawna jedzenie na polskich dworcach groziło ciężka niestrawnością. Nie było gdzie, nie było co. Koszmar. Zmieniło się na Euro. Warszawski dworzec nie dość, że ma designerski bufecik na pięterku, to jeszcze w jego podziemiach zagnieździło się parę miejsc, gdzie spokojnie można porwać coś na drogę, rozłożyć się z laptopem przed podróżą czy zrobić prasówkę. Oraz przeczekać spóźnienie pociągu, jedząc… Moje serce w żołądku szczególnie upodobało sobie w dworcowych kazamatach – owianych kiedyś tak złą sławą ze względu na kebabową aferę – przystanek w Auntie Anne’s Pretzel Perfect. I to nie z jakiejś wielkiej miłości do precli, lecz z wielkiej miłości do słownych gier i silnych identyfikacji. I może też trochę z tego, że zagraniczne… To nic, ze właścicielami są polscy Górale z Zakopca, oryginalne receptury i tak są z Pensylwanii (na pewno jest stamtąd moja ukochana lurowata kawa...). Don’t get me wrong: nie polecam produktów od cioci Anny jako najlepszych w tej lokalizacji, lecz uważam, że mają niezwykły urok. Ciepły precel posypany cynamonem jest podróżnym comfort foodzwłaszcza, że na torebce ma wielki napis „This seasons „It” bag” a na serwetce przypomina, ze „Actual shopping is secondary”… Kto szuka po prostu kanapki – niech uda się do Cafe Club po taką przygotowaną prawie na naszych oczach. Można też zajrzeć do Green Coffe – nie dość, że kawa podawana tam daje radę, to jeszcze wybór kanapek jest imponujący: są nawet dla wegan z humusem! Ja przyczepiłabym się do ciapowatej bułeczki, ale niezmiennie cieszy mnie rucola i radichcio, które zawsze znajduję w ich śniadaniu. No i croissanty, wybór ciast z owocami…

Kto nie zna Starbucksowych dóbr: kanapka BLT (czyli becon, lettuce, tomato – bekon, sałata i pomidor, amerykański klasyk) jest ok, podobnie jest z tutejszymi bajglami z serkiem. W coffe heaven polecam szczególnie cookies z białą czekoladą…

Kawa? Jest jej tu mnóstwo. Do wyboru do koloru, z piętrzącymi się górami dodatków, kolorowymi syropami i ciasteczkowym frosting. Ale klasyczne, świetnie palone espresso tez dostaniemy w Green Coffee. Soki wyciskane? Proszę bardzo. Chemiczne oranżadki? Nie ma problemu. Ekologiczne napoje z bzu? Też się znajdą. Wygląda na to, że nie jest źle. Mogłoby być taniej, ale co tam narzekać… Podobno Krzysztof Kieślowski największe delicje porównywał zawsze do dworcowego kotleta… „To normalne, jeśli się spędziło dzieciństwo w drodze i na dworcach, jeśli się czuje w ustach smak mielonego z przyperonowego baru w Wałbrzychu. Te mielone to był zresztą nie lada rarytas. Przez tydzień oszczędzałem na biletach trolejbusowych, żeby sobie taki kotlet kupić. Dzisiaj, kiedy matka mojej montażystki przyjeżdża do Paryża i robi mielone, to żartujemy, że smakują jak te z dworca w Wałbrzychu.” Mielonych na Warszawie Centralnej nie widziałam. Za to od czasu do czasu mam napad takich sentymentalnych uczuć i na dworcu kupuje sobie obwarzanek. A co jem w Krakowie? Opowiem w następnym odcinku…  


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI