Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

"Podniebienie"


Ludzie uwielbiają jeść nad ziemią: wszystkie restauracje „w chmurach” biją rekordy popularności... Nie mówiąc już o tych posiłkach, które naprawdę jemy w chmurach – w czym tkwi ich magia?

Uwielbiam jeść w samolocie. O ile nie muszę kochać pikników w pociągu – jedzenie podane pomiędzy lądowaniami zawsze wzbudza moje nadmierne wręcz zainteresowanie. Kiedy o tym pomyślę: nie jestem jedyna. Wszyscy chyba mamy lekkiego fioła na punkcie jedzenia w samolocie? Mój przyjaciel Wojtek, mieszkający za Oceanem znawca samolotów, jest jednocześnie totalnym freakiem, jeśli chodzi o jedzenie na pokładzie: dobrze wie, która linia karmi najlepiej (na tej trasie Lufthansa) i jakie menu trzeba zamówić żeby było dobrze. Furorę robi już nie pesca-lacto-vegetarian i nie vegan, a … kosher. Podejrzewam, że nasza fascynacja podniebnym jedzeniem (co to ma wspólnego z „podniebieniem”?) bierze się to jeszcze z czasów „przed kryzysem”, kiedy na pewnej wysokości można było naprawdę dobrze zjeść – pamiętam na przykład jak karmiono mnie w pierwszej klasie British Airways, dobierając do wybornego stiltona odpowiednie wino, a potem pojąc koniakiem… Teraz tak zjeść/wypić można raczej w najbardziej luksusowych liniach. „Brytyjczyk” rozdaje więc kanapki z bekonem i jajkiem, Austriacy każą wybrać między zdrowym jabłkiem a niezdrowym batonikiem Milka (na śniadanie! to już nawet LOT się przy nich stara!), a stewardessy (o przepraszam, flight attendants) z Air France chowają przed pasażerami wino musujące, jeszcze zanim je naleją… Zgroza! Małe pojemniczki pełne jedzenia, bułeczki w woreczku, miniaturowe pudełeczka z tajemniczą zawartością: wszystko to – uzupełnione zazwyczaj stołówkowym standardem – to jednocześnie powrót do dzieciństwa: do minigarnków z przedszkola, do plastikowych widelców z kinderbalu… Co kryje się pod tą pokrywką? Mam czasem wrażenie, że na wysokości paru tysięcy metrów siada nam smak. Że jedzenie spełnia całkowicie inną funkcję: prezentu, comfort food kojącego przed strachem, przerywnika lub niezbędnej atrakcji w pudełku lecącym przez chmury. Ustala nowe godziny posiłków, pozwala porozmawiać chwilę z sąsiadem i przyzwyczaić się do ewentualnych zaniżonych standardów jedzeniowych w dalszej podróży. Myślałam o tym nad macaroni and cheese oraz lekko zamrożoną bułeczką w samolocie Delta (a także prawdziwymi włoskimi gelati zrobionymi w Belgii) do Cincinnati. I przypomniało mi się, kto kiedyś próbował oszukać system niewnoszenia niczego na pokład: oczywiście Gordon Ramsey! Krewki kucharz założył sieć o genialnej nazwie „Plane Food”, która nie tylko karmi na lotniskach, ale daje też elegancką wałówkę na podróż. W pomarańczowym kuferku – namiastce piknikowego koszyka – można dostać od niego np. wybór wybornych serów, sałatkę Cezara, plastry szkockiego łososia, świeże owoce, chrupiące (nie chrupkie!) pieczywo… Przedszkolna radość jest tu jeszcze większa niż w przypadku purée z mikrofali. Podobna rewolucja podobno rozgrywa się już w Polsce: w Poznaniu otwarto na lotnisku piekarnię z kawą „Bread&Butter”, która ma się później pojawić również na innych lotniskach. Nie mogę się doczekać. Z zamrożonych bułeczek trochę już wyrosłam…


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI