Na czym polega sztuka kontemplacji?

fot.123rf

Jest znacznie prostsza od medytacji, choć wymaga najtrudniejszego: przyjmowania rzeczy takimi, jakie są. Bez dzielenia ich na dobre i złe. W buddyzmie, z którego wywodzi się kontemplacja, wszystko jest jednością, nie ma więc sensu bić się z życiem.
Większość konwencjonalnych metod psychologicznych i duchowych ścieżek przyjmuje, że uwolnienie negatywnych emocji, które powodują, że życie jest niesatysfakcjonujące, wymaga pracy i wysiłku: głębokiego wglądu w rodzinną przeszłość, przeżycia jej na nowo, przebaczenia i wyzwolenia przez katharsis (albo pewnych kombinacji wszystkich tych elementów). Metody te opierają się na zasadzie transformacji – zmieniamy swoje zachowanie, oczyszczamy umysł i przekształcamy percepcję. Tego rodzaju podejście zakłada, że czegoś brakuje w naszym życiu i że ten brak należy uzupełnić. Głosi potrzebę zmiany, utwierdza w przekonaniu, że „to nie jest to”. Uczy, że aby być szczęśliwym, musimy być gdzieś indziej, niż jesteśmy, robić coś innego, być kimś innym. W kontraście do nich podejście niedualne, wywodzące się z dzogczen (buddyzmu tybetańskiego) i zen (buddyzmu, który swą rozwiniętą formę uzyskał w Chinach, Korei, Japonii), zakłada, że spod władzy zakłócających spokój emocji można wyzwolić się przez nierobienie niczego.

reklama

Bez dualizmu

Niczego mamy nie zmieniać, w żadnym wypadku nie zagłębiać się w siebie i w żadnym kierunku się nie wysilać. Skąd taka nonszalancja? Z wiary w to, że wszystko, co nie jest dobrem i harmonią, nie pochodzi od Boga (który jest jedyną Zasadą Stwórczą), więc nie istnieje. Jest Jednia – jako alternatywa dla wiary w dualizm dobra i zła. A skoro jest Jednia, to tak naprawdę nie ma z czym walczyć, nie ma czego zmieniać. Boje i naciski są niepotrzebne, a nawet szkodliwe, bo sprawiają, że iluzja czarno-białego podziału przybiera na sile. Według koncepcji niedualnej nieprawdą jest przekonanie, że cokolwiek musimy zdobywać, bo wszystko, co potrzebne, już jest.

Przyjęcie niedualnego spojrzenia na siebie i otaczającą rzeczywistość wymaga otworzenia się na zupełnie nowy punkt widzenia. Idąc za buddyzmem tybetańskim czy zen, zakładamy, że oświecenie, rozumiane jako stan pełnej szczęśliwości, jest naszą naturalną kondycją, istotą natury. Pozycją wyjściową jest uznanie, że punkt, w którym jesteśmy, jest doskonały, że „to jest to”. Tylko jak „to” osiągnąć? Najtrudniej będzie zrezygnować z wysiłku. Nauczyć się odpuszczania, brania rzeczy takimi, jakie są, i uznania, że tak naprawdę niewiele wiemy, więc po co się brać z życiem za bary. W osiągnięciu takiego stanu bardzo przydatna jest praktyka kontemplacji.

Nic nie musisz

Chodzi o bardzo wyzwalające poczucie, że „niczego więcej nie potrzebujemy już robić”. Jest to doświadczenie odkrywania siebie w przejrzystym i uspokojonym stanie umysłu bez potrzeby jakiejkolwiek dyscypliny, która zwykle towarzyszy medytacji, kiedy to trzeba koncentrować się na oddechu czy obserwowaniu swoich myśli. Dlatego kontemplacja nazywana jest „medytacją, która nie jest medytacją”. Jej celem jest umiejętność pozostawania niewzruszenie spokojnym w trudnych sytuacjach. Żeby to osiągnąć, powinniśmy rozwinąć zdolność do bycia w pełni obecnym, kiedy pod wpływem niechcianych zdarzeń pojawiają się nieprzyjemne myśli i uczucia.

Kontemplacja jest trochę podobna do ćwiczeń na sali gimnastycznej – zwiększa umiejętność akceptowania niewygodnych emocji. Gdy po takim treningu wyjdziemy na boisko zwane życiem i poczęstuje nas ono podkręconą piłką, my zachowamy przytomność umysłu i nie damy się zaskoczyć. Lękowe reakcje nie wezmą nad nami góry.

Praktyka kontemplacji pozwala zauważyć prawdziwe źródło problemów. W pewnym momencie odkrywamy podstawową prawdę nauk Buddy – nasze cierpienie powstaje z powodu przywiązania albo odrzucania tego, co wydarza się z chwili na chwilę. Kontemplacja pozwala zaobserwować, że wiele z rzeczy, które wydają nam się konieczne, wcale nie jest niezbędnych.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »