Jak wytrzymać ze sobą w domu?

Z „Życiologii” – nowej książki Miłosza Brzezińskiego!
Ani w dokumentalnych filmach o plemionach ciemnoskórych, ani w przekazach historycznych, nie znajdziemy informacji, jakoby od niepamiętnych czasów mąż, żona i pociechy siedzieli razem lub kłębili się w małym metrażu, zagadując i szukając tematów do rozmowy przez 24 godziny na dobę. Codziennie. Dom był pewną instytucją, kobiety miały swoje obowiązki i wiele czasu spędzały z innymi kobietami. Mężczyźni z mężczyznami i też im nikt nie patrzył na ręce. Spójrzmy prawdzie w oczy: obie płcie nie były w tam jakoś bardzo produktywne. Ale miały swoje środowiska i w swoim tempie, plotkując, klnąc i radząc sobie nawzajem, funkcjonowały. Różne, bo kobiecość i męskość to dwa różne zjawiska, tematy do rozmów, aktywności. W wielu kulturach na przykład dziećmi do określonego wieku, zajmują się głównie kobiety, a potem są wolne od potomstwa. Następuje symboliczna inicjacja i wychowanie przejmuje tata. Jest to tyle ciekawe, że ojcowie wolniej dojrzewają do ojcostwa, lepiej się dogadują z dziećmi, z którymi można już pogadać, niż z maluchami, itp. Są i inne różnice. Kobieta powie „kocham cię”, a mężczyzna „pokażę ci coś, co mi się podoba, spójrz”. I oboje przez to często mówią to samo. Nie ma co zaprzeczać. Równouprawnienie nie znaczy, że kobiety i mężczyźni są tacy sami. Zaś kobiecość i męskość nie jest wymienna dowolnie. Dlatego, statystycznie ujmując, mężczyźni częściej lepszych partnerów do rozmowy znajdują w mężczyznach, a kobiety w kobietach. Statystycznie, bo są wyjątki. Dlatego każdy, ale to absolutnie każdy, partner powinien wiedzieć, że nie ma szans zastąpić swojemu partnerowi towarzystwa obu płci, a w tym kolegów, koleżanek, przyjaciół, przyjaciółek, znajomych. Wybierając nas, ktoś wybiera dobrego partnera, a nie „dobre wszystko w jednym”.

reklama

– Choć sobie film pooglądamy, żoneczko…

– A jaki?

– O wojnie jakiś może?

– Nie. Nie chce mi się o wojnie. Masz jakiś wesoły?

– Nie bawią mnie te komedie o miłości. Może coś głupowatego, stara, co?

– Stara… Stary to sobie mów do kolegi. Nie jestem twoim kolegą, tylko żoną.

– Teraz idziemy oglądać film o wojnie, to jesteś kolegą.

– To ja dziękuję. Wolę zostać zaproszona na randkę i ładny film.

– Cały dzień byłem z tobą na randce. Teraz chcę iść z kolegą na film o wojnie.

– Ale tu kolegów nie ma. Za to jestem ja.

– No to bądź kolegą.

– Dobrze, ale najpierw sobie pogadamy jak dziewczyny.

– Pfujjj!

– No widzisz.

A teraz uwaga. Co ty na to, że nasza tendencja do rozstawania się, zmiany partnerów, niewiązania się na dłużej, jest próbą złapania oddechu po tym, gdy ktoś przyciska nam twarz swoim „pogrążonym w miłości” tyłkiem, próbując nas od siebie uzależnić. Bo przecież małżeństwa nigdy nie siedziały sobie na głowie.

Dzisiejsze samotne matki mogłyby być odpowiednikiem niegdysiejszych słomianych wdów – męża faktycznie nie było. Był „w podróży”. Męskie przeciągające się delegacje i wyjazdy na projekty – odpowiadają wojnom, wyprawom, polowaniom, pracy w fabrykach i polu. Kultura się samoorganizuje. Nie pomylmy się. Wieloletni związek – tak. Siedzenie sobie ciągle na głowie – nie. Tęsknienie za sobą, pisanie listów, dzwonienie ? Czasem – a i owszem. Pośród wielu mitów, w które wierzymy zupełnie bez sensu, jest i taki, że małżeństwo całymi dniami siedzi obok siebie na kanapie, za oknem fruwa babie lato, a my oddychamy miłością.

– Co robisz?

– Siedzę sobie i przeglądam sieć.

– Po co?

– Będę sobie robiła sama biżuterię i patrzę, jak się zabrać.

– Aha. Ale że też masz czas…

– No, mam właśnie.

– Ja muszę posprzątać.

– Nie ma tego dużo, a dzisiaj twoja kolej.

– Też bym sobie poszukał czegoś w sieci.

– To zrób i poszukasz.

– Ale czego? Może coś razem obejrzymy?

– No nie, bo ja teraz tu mam taki czas dla siebie…

– Oddalamy się od siebie. Kiedyś więcej czasu ze mną spędzałaś…

– Nie masz co robić? To wymyśl coś. Dorosły jesteś.

– Mam, ale wolę z tobą…

– Przeszkadza ci, że sobie coś znalazłam?

Ważną wiedzą o organizacji drugiego (ale i Trzeciego Ogrodu ) jest – najpierw nauczyć się być samemu ze sobą, żeby się nauczyć być z kimś. Zleźć z pleców partnera. I to znacznie dalej niż można by przypuszczać. Partner nie dla zastąpi nam wszystkich ludzi na świecie. Właściwie to będzie dla nas tylko jednym człowiekiem: partnerem. Ale już partner-przyjaciel, to nie przyjaciel-przyjaciel. Partner-pomoc domowa, to nie pomoc domowa-pomoc domowa. Partner-koleżanka, to nie koleżanka-koleżanka. Nie wymagajmy od partnera, by był dla nas wszystkim (choć tak się potocznie mówi), bo nie da rady. A poza tym ma swoje życie i nie chce być ciągle „naszym czymś”. Oczywiście, spędzamy z nim dużo czasu i troszkę musimy sobie zastępować inne ważne w życiu osoby – kolegów („ale mamy wypasiony samochód, co, skarbie?), koleżanki („Misiuuu… w tym mam pójść czy w tamtym?”), ale bez przesady. Partner nie będzie w stu procentach koleżanką czy kolegą. Może dać nam jedynie namiastkę. Więcej od niego nie wymagajmy i szanujmy za bycie partnerem. A by mieć kolegów i koleżanki, trzeba zadbać o to, by mieć… kolegów i koleżanki. Przecież nie dyskryminujemy ludzi za kolor skóry, więc nie złorzeczmy im za to, że inaczej myślą.

Zasada, od której zaczniemy jest taka: do budowy związku pomiędzy dwojgiem ludzi potrzeba bardzo dużo powietrza i i szacunku dla odmiennego zdania. Znacznie więcej niż w romantycznych komediach lub serialu Zmierzch, gdzie bohaterowie latają wszędzie razem, jakby się upaprali butaprenem.

Fragment nowej książki Miłosza Brzezińskiego „Życiologia”. Książka do kupienia w Księgarni Zwierciadło!

Weź udział w konkursie i wygraj jeden egzemplarzy! Szczegóły

W księgarni dostępna jest również poprzednia książka Miłosza Brzezińskiego „Biznes, czyli kupa ludzi”.