Dlaczego trudno wytrwać w stałym związku?

fot.123rf

Coś nie działa? Pora się rozstać. Zmieniamy partnera jak model komórki, który już nie spełnia naszych oczekiwań. Według danych GUS ponad połowa 20-latków deklaruje, że nigdy nie weźmie ślubu, a liczba małżeństw zawartych w 2013 roku w Polsce była najniższa od końca II wojny światowej.
Nie chcę brać udziału w tej damsko-męskiej grze, kto (jaka płeć) skrzywdził kogo bardziej, czy chciałyśmy iść do pracy, by nie liczyć na mężczyzn, czy nie mogłyśmy liczyć na mężczyzn, więc poszłyśmy do pracy. Prawda jednak jest taka, że dopóki nie miałyśmy praw, związki rozpadały się rzadziej. Zależność ekonomiczna od mężczyzny z pewnością sprzyjała stałości małżeńskiej, ale już nie wchodzi w grę – każda lub prawie każda z nas, jeśli tylko chce, ma wykształcenie i zawód, a co za tym idzie, wolność ekonomiczną i moc decydowania o sobie. Same możemy wybierać partnerów, mało tego – uznano nasze prawo do czerpania przyjemności z seksu! Zatem nie zrezygnujemy już z niczego.

Wolność, równość i bezżeństwo

Jeszcze do czasów II wojny światowej przy mężu trzymała nas nie tylko kościelna przysięga i ekonomiczna zależność, ale też osąd społeczny. Dziś w większych miejscowościach i wielkich miastach rozwódek nikt już palcem nie wskazuje, więc czy rozpadające się związki to nasza wina? – Historycznie małżeństwo to alians rodzin – przekonuje prof. Bogdan Wojciszke. – Przynajmniej połowa ludzkości nadal żyje w związkach aranżowanych. Tak jest w Chinach, w znacznej większości Indii, w niemalże wszystkich krajach muzułmańskich. W Chinach bardzo podejrzliwie się patrzy na małżeństwa z miłości. Uznawane jest to za niezdrowe, niemądre. I coś jest na rzeczy. Bo to rzadkość kulturowa, żeby decyzja należała tylko do młodych. Jesteśmy zupełnie niezwykłą kulturą pod tym względem. I nie ulega wątpliwości, że małżeństwo z miłości jest główną przyczyną nietrwałości tej instytucji w naszej kulturze. To plus emancypacja kobiet. Można pozwolić sobie na to, żeby żyć oddzielnie.

Ludzie rozwodzą się też dlatego, że szukają szczęścia, a dzisiejsze czasy można nazwać wręcz dyktaturą szczęścia. – Zarówno początek, jak i koniec małżeństwa mają tę samą przyczynę – maksymalizację szczęścia – zauważa prof. Bogdan Wojciszke. – Połowa małżeństw kończy się rozstaniem (tak jest np. w USA), radykalnie zmieniła się struktura rodziny, koszty emocjonalne odwrócenia tego zjawiska byłyby niewyobrażalne. Bo dlaczego ludzie mieliby płacić taką cenę? – pyta prof. Wojciszke.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »