Monica Bellucci: Panna Młoda

fot. BewPhoto

Widząc ją w najnowszym filmie Emira Kusturicy, nietrudno zauważyć, że czas obchodzi się z nią nadzwyczaj łaskawie. „Jestem szczęściarą – deklaruje MONICA BELLUCCI. jeszcze niedawno aktorka w moim wieku miałaby poczucie, że jej kariera już się skończyła”.

(Wywiad z numeru 12/2017)

”Na mlecznej drodze” to twój debiut u Emira Kusturicy. Jak ci się pracowało z tym znanym reżyserem?

Emir nie przywiązuje szczególnej wagi do scenariuszy i na wiele pomysłów, czasem całkiem zaskakujących, wpada spontanicznie na planie. Uwielbiam go, odkąd jako dwudziestoparolatka zachwyciłam się „Czasem Cyganów”. To wizjoner, dla którego warto poświęcić wiele, także własne zasady.

Jakie na przykład?

Od lat powtarzam w wywiadach, że wolę objadać się makaronem niż chodzić na siłownię, ale na czas naszej współpracy musiałam o tym zapomnieć. Na polecenie Kusturicy pływałam po szyję w lodowatej wodzie. Gdyby ktoś poprosił mnie o to w innych okolicznościach, w życiu bym się nie zgodziła, ale na planie nie miałam z tym problemu. Sama nie wiem dlaczego. Może to właśnie ta słynna magia kina?

Polubiłaś opowiadaną przez Kusturicę historię?

Nie jestem już młodą kobietą, więc od jakiegoś czasu najbardziej pociągają mnie filmy, które potrafią dojrzale mówić o miłości. „Na mlecznej drodze” jest bez wątpienia jednym z nich, bo oprócz tego, że zawiera sporo typowego dla Kusturicy szaleństwa i humoru, ma też w sobie wiele intymnych scen, w których zakochani bohaterowie po prostu patrzą sobie w oczy. Bardzo podoba mi się także wymowa filmu, zgodnie z którą prawdziwa miłość może pozostać nieskalana nawet przez wojenne okrucieństwo.

Gdybyś mogła wybierać z całej historii kinematografii, jaka byłaby twoja ulubiona love story?

Uwielbiam „Słodkie życie” Felliniego, świetny film o miłości nieistniejącej, pozostającej wyłącznie w sferze fantazji i zrodzonej w czyjejś wyobraźni. Drugi tytuł to po prostu amerykańska „Love Story”, czyli opowieść o tym, że prawdziwa miłość wiąże się z poświęceniem i zdolnością do ofiarowania siebie drugiemu człowiekowi.

„Na mlecznej drodze” to opowieść nie tylko o miłości, ale i o nienawiści. Cofamy się do czasów krwawego konfliktu na Bałkanach. Domyślam się, że nie była to łatwa podróż dla żadnego z członków ekipy.

Moja pozycja była specyficzna, bo – w przeciwieństwie do większości aktorów – jestem osobą z zewnątrz, nie musiałam odwoływać się do własnych traum ani nieprzyjemnych wspomnień. Mimo wszystko praca nad tym filmem wiele mnie nauczyła. Podczas przygotowań do roli usłyszałam mnóstwo strasznych opowieści o złu, którego dopuszczali się przedstawiciele każdej ze zwaśnionych stron. To przypomniało mi, że większość ludzi, w tym ja, lubi patrzeć na świat w sposób czarno-biały i ferować łatwe wyroki. Tymczasem ocenianie tego, jak ludzie zachowują się w sytuacjach ekstremalnych, gdy samemu się ich nie doświadczyło, jest ryzykowne moralnie, a już na pewno świadczy o braku pokory.

Twoja bohaterka nazywana jest po prostu Panną Młodą i nigdy nie dowiadujemy się, jak ma na imię. Dlaczego?

Dzięki temu jej los staje się bardziej uniwersalny. Wiemy, że jest pół Włoszką, pół Serbką, ale to właściwie tyle, nie mamy pojęcia, skąd przychodzi i dokąd zmierza. Czasem słyszę, że jej postać jest mało wiarygodna i trudno uwierzyć w historię o tym, że była kiedyś kochanką wpływowego generała, który zabił dla niej żonę, a gdy Panna Młoda się o tym dowiedziała i go opuściła, odnalazł ją i oskarżył o szpiegostwo. Tymczasem Emir oparł ten wątek na historii, która wydarzyła się naprawdę. Oto jak skomplikowane i fascynujące bywają bałkańskie losy.

Panna Młoda jest adorowaną przez otoczenie pięknością. Ta postać ma coś wspólnego ze słynną graną przez ciebie przed laty Maleną?

Coś jest na rzeczy, oba filmy łączy również to, że ich akcja toczy się w czasie wojny. Między Maleną a Panną Młodą jest jednak zasadnicza różnica. Podczas gdy pierwsza była ofiarą swoich czasów i osobą uzależnioną od mężczyzn, druga jest typem wojowniczki, która nie pyta nikogo o zdanie i bierze los w swoje ręce.

Właśnie za to polubiłaś Pannę Młodą?

Podoba mi się przede wszystkim jej niejednoznaczność. Panna Młoda jest bowiem z jednej strony silna, a z drugiej – także opiekuńcza i wrażliwa. To właściwie postać archetypiczna, kobieta idealna, w którą na pewnym etapie kariery chciałaby się wcielić każda aktorka.

Twoja bohaterka mówi w pewnym momencie, że „bycie piękną nie zawsze jest przyjemne i czasem sprowadza na ciebie kłopoty”. Sama również podpisałabyś się pod tym stwierdzeniem?

Myślę, że tak. Piękno wzbudza przecież skrajne emocje – od zachwytu do zawiści. Dobrze mieć tę świadomość, by móc uodpornić się na niezasłużoną krytykę. Osobną sprawą jest osobisty stosunek do własnego piękna, bo jest z nim trochę jak z dzikim zwierzęciem – wystarczy chwila nieostrożności, by stało się niebezpieczne i przejęło nad tobą kontrolę. Na szczęście przynajmniej na razie udaje mi się je całkiem skutecznie okiełznać.

Do tej roli musiałaś nauczyć się języka serbskiego. W aktorstwie pociągają cię właśnie tego rodzaju wyzwania?

W tym zawodzie fascynuje mnie wszystko, co pozwala oderwać się od codziennej rutyny. Role, które przyjmuję, mogą zatem na różne sposoby wzbudzać we mnie strach, męczyć, szokować, bawić, ale nigdy nudzić. Nie muszę mówić, że praca z Kusturicą spełniła to zadanie z nawiązką.

W ostatnim czasie zagrałaś nie tylko w obrazie „Na mlecznej drodze”, lecz także w „Spectre”, czyli najnowszym filmie o przygodach Jamesa Bonda. Chyba trudno byłoby znaleźć dwa światy, które miałyby ze sobą mniej wspólnego.

Tylko pozornie. Kobiece bohaterki filmów o Bondzie od jakiegoś czasu nie przypominają już pustych, roznegliżowanych piękności sprzed lat. Lucia Sciarra, w którą wcielam się w „Spectre”, jest równie skomplikowana wewnętrznie i świadoma swojej kobiecości co Panna Młoda z filmu „Na mlecznej drodze”. W podobnych kategoriach można opisać zresztą także postać pogrążonej w kryzysie śpiewaczki operowej z serialu „Mozart in the Jungle”, w którym zagrałam u boku Gaela Garcíi Bernala.

Pojawienie się w ostatnim czasie tylu ciekawych propozycji dowodzi, że upływający czas nie ma negatywnego wpływu na twoją karierę.

Mam świadomość, że jestem wielką szczęściarą. Jeszcze kilka lat temu kobieta w moim wieku, nieważne, w jak dobrej byłaby formie, miałaby poczucie, że jej kariera jest już skończona i może ograniczyć się jedynie do grania epizodów. Teraz takie myślenie odchodzi już do lamusa. Zarówno reżyserzy, jak i widzowie coraz bardziej interesują się tym, co ma do zaoferowania dojrzała kobiecość.

Z całą pewnością wciąż pozostajesz jedną z ikon światowego kina. W jaki sposób udaje ci się znaleźć równowagę pomiędzy życiem gwiazdy filmowej a codziennością?

Na szczęście nie mam z tym większego problemu. Już od lat wychodzę z założenia, że aktorka ma w sobie coś z modelki na pokazie haute couture – wprawdzie przez chwilę przechadza się w świetle reflektorów, ale potem musi zejść z wybiegu, zmyć makijaż i oddać stroje. W czasie gdy nie uczestniczę w zdjęciach ani nie jeżdżę po festiwalach, naprawdę staram się być najnormalniejszą osobą na świecie. Z całą pewnością w ryzach trzyma mnie również macierzyństwo. To zresztą zabawne – gdyby wiele lat temu ktoś spytał mnie, jak wyobrażam sobie życie w wieku 40 lat, najpewniej odparłabym, że wtedy już dawno będę leżeć w grobie. Tymczasem właśnie jako 40-latka urodziłam swoje pierwsze dziecko.

W jaki sposób to wydarzenie zmieniło twoje życie?

Nawet jeśli już wcześniej starałam się dbać o siebie, dzięki dzieciom robię to dwa razy intensywniej. Powtarzam sobie, że skoro urodziłam je tak późno, nie mam wyjścia i muszę dożyć późnej starości, by móc przeprowadzić je przez życie.

Bycie matką daje ci spełnienie?

Tak, choć z całą pewnością nie należę do osób, które uważałyby, że każda kobieta musi urodzić dziecko, że na tym polega jej kulturowa i społeczna rola. Takie generalizowanie w ogóle nie ma sensu. To, co w życiu ważne, to pasja, jakakolwiek by ona była. Kiedy jej brakuje, nawet nastolatka w głębi duszy pozostaje tylko smętną staruszką.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »