1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Aleksandra Adamska: „Do czarnej dziury już nie wrócę”

Aleksandra Adamska (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Aleksandra Adamska (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Przekonała się, że zmiana na lepsze jest możliwa nawet w trudnej sytuacji, wystarczy zacząć nad sobą realnie pracować. I to właśnie dzięki temu ma teraz naprawdę dobry czas. „Uczę się rozbrajać to, co we mnie. Staram się i z każdym dniem bycie kapitanem tego swojego statku coraz lepiej mi wychodzi” – mówi aktorka Aleksandra Adamska.

Ostatnio powiedziałaś, że to właśnie najlepszy moment w twoim życiu. Zawodowo rzeczywiście świetnie ci się wiedzie, widzowie pokochali Pati, którą grasz w serialu Playera, ale z pewnością nie tylko sukcesy zawodowe miałaś na myśli, mówiąc o dobrym czasie.
Rzeczywiście, spełniam się aktorsko, ale najważniejsze jest dla mnie to, że dziś jestem sobą, to czas, kiedy jestem najbliżej siebie.

Jak udało ci się to osiągnąć?
To zasługa długiego procesu terapeutycznego i tego, że w moim życiu jakiś czas temu pojawił się element duchowości. Czasem jest to modlitwa, czasem medytacja, czasem zwykły, ale uważny spacer. Mam też wokół siebie ludzi, których nazywam swoją „kosmiczną rodziną”. Co jakiś czas spotykamy się, czasem wspólnie medytujemy, a czasem po prostu rozmawiamy – pomagamy sobie wzajemnie rozwiązywać problemy, które się w naszym życiach pojawiają. To wszystko bardzo mi pomaga.

„Kosmiczna rodzina” brzmi trochę odlotowo. Kim są ci ludzie?
Od razu zaznaczę, że jestem osobą twardo stąpającą po ziemi, która płaci rachunki, podatki i ZUS-y! Maluję też sama ściany w domu, zmieniam żarówki, piorę, sprzątam, jestem ogarnięta. Rodzina kosmiczna to ludzie, których poznałam w sumie całkiem niedawno. To ludzie, którzy „patrzą sercem”. Nie mówię o nich „przyjaciele”, bo ci kojarzą mi się z wieloletnimi znajomościami. Oni sprawili, że w jeden moment poczułam, że są mi niesamowicie bliscy, jakbyśmy znali się od zawsze. Określenie „kosmiczna rodzina” pasuje mi do nich najbardziej.

Aleksandra Adamska (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films) Aleksandra Adamska (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)

Mówisz, że dziś jesteś nareszcie blisko siebie i to daje ci poczucie szczęścia, czyli był czas, kiedy byłaś od siebie daleko…
Tak. I była to zdecydowana większość mojego życia. Zdarzyło się w nim wiele trudnych rzeczy, a ja od zawsze byłam osobą bardzo wrażliwą. Musiałam obudować się wieloma warstwami, żeby jakoś przetrwać, a takie „ubieranie się” w kolejne bariery, mury po prostu oddala od siebie.

Czymś, co bardzo cię naznaczyło, było rozstanie rodziców.
Nie chodzi nawet o samo ich rozstanie, to przeżywa wiele dzieci, ale o ciągnącą się przez lata sprawę rozwodową, o bardzo ostrą walkę między nimi. Było to doświadczenie traumatyczne. Z moją siostrą całe lata byłyśmy mediatorkami pomiędzy rozwodzącymi się rodzicami. Dziś wiem, że żadne z nich po prostu nie umiało działać inaczej, nie wiedziało, jak chronić dzieci w takiej sytuacji, bo były to czasy, w których nie mówiło się o takich rzeczach, nie było tej świadomości. Teraz już nie mam im tego za złe, ale to nie zmienia faktu, że nas – mnie i moją o pięć lat starszą siostrę – kosztowało to bardzo wiele, to było ogromne poczucie odpowiedzialności. A że miałam od dziecka taką dość wyrazistą osobowość, byłam jeszcze dodatkowo poklepywana po plecach z komentarzem: „Dasz radę”. Więc czułam, że muszę sobie poradzić. Rosłam w pozorną siłę.

Przeżyłaś też dwa pożary domu, włamanie, napad z bronią w ręku – to wszystko brzmi jak scenariusz filmu, ciężko uwierzyć, że przytrafiło się jednej osobie…
Ciężko, ale rzeczywiście to wszystko się zdarzyło i bardzo nadszarpnęło moje poczucie bezpieczeństwa. Każdy kolejny cios powodował pęknięcie w powłoce, którą sobie już zbudowałam, więc musiałam dokładać kolejną i kolejną. Aż stałam się osobą tak „silną”, że ta moja pozorna pewność siebie odstraszała. Usłyszałam wiele razy, że ludziom w kontakcie ze mną towarzyszyła przysłowiowa myśl: „bez kija nie podchodź”. Trzeba było mnie bardzo dobrze poznać, żeby wiedzieć, że w głębi duszy jestem dobra, wrażliwa i empatyczna.

Ale niewielu chciało się przebijać przez tę niesympatyczną powłokę.
Wcale się nie dziwię. Wzbudzałam strach w innych, a tak naprawdę w środku byłam jednym wielkim lękiem. To podczas terapii dowiedziałam się, że przez całe dotychczasowe życie towarzyszył mi tak zwany pływający lęk. Jeśli w ogóle mogłam spać, bo miałam problemy ze snem, to budziłam się pobudzona, ze ściśniętym żołądkiem.

Gotowa do walki.
Tak. I do tego to ciągłe poczucie, że powinnam gdzieś być, że jestem spóźniona, a jak nie spóźniona, to że jestem w złym miejscu. A właściwie, że trzeba uciekać. Ciągłe podskórne napięcie. Zresztą, myślę, wiele osób tak ma, tylko wciąż mało się o tym mówi, ludzie chyba nie wiedzą, że coś jest nie tak. Ja długo nie wiedziałam. Myślałam, że tak ma być, że to normalne – przecież żyjemy w „takim” świecie. Dopiero podczas terapii, w której jestem już cztery lata, dowiedziałam się, że moje poranki nie muszą tak wyglądać. Owszem, mam naturę lękową – także w związku z tym, co mnie spotkało – częściej się czegoś boję, niż do czegoś podchodzę z ciekawością czy entuzjazmem, ale z tym da się coś zrobić. Nie muszę cierpieć. A długo cierpiałam. Za długo.

Broniłaś się przed terapią?
Bardzo. Było mi źle, ale wszystko w środku krzyczało: „Przecież dasz radę sama!”. Więc czytałam poradniki, wywiady. Próbowałam leczyć się sama. Aż doszłam do ściany. Terapia dała i nadal daje mi bardzo dużo. Przede wszystkim jestem w stanie budować zdrowe relacje z ludźmi.

A wcześniej jak one wyglądały?
Często były zwyczajnie nierówne. Czułam się na przykład w obowiązku, by być najlepszą przyjaciółką na świecie. Nie miałam na coś siły, ale to robiłam, nadużywałam siebie, bo bardzo bałam się, że ktoś przestanie mnie lubić, kochać, akceptować, że zostanę porzucona. Czułam, że muszę robić wszystko, żeby być wartą drugiego człowieka. Miałam niskie poczucie własnej wartości.

W przypadku relacji partnerskich – one były po prostu toksyczne. Dużo złości, ale też dużo niewypowiedzianych słów. Mój dom był polem bitwy, a nie oazą spokoju. Nie umiałam stworzyć miejsca, w którym można poczuć się bezpiecznie, odpocząć, ja raczej wchodziłam do domu z kolczatką w dłoni. Byłam też perfekcjonistką. Jak szalona układałam wszystko w mieszkaniu pod linijkę. I męczyłam moich byłych partnerów, że nie potrafią zachować tego mojego chorego porządku. Na planie też walczyłam, głównie ze sobą. Musiałam być najlepszą aktorką. Zawsze wszystko musiałam mieć wyuczone na sto procent, musiałam być zwarta, gotowa, zadowolona, uśmiechnięta, niezależnie od tego, jak się czułam. Dziś potrafię powiedzieć, że mam kiepski dzień, kiedyś to było dla mnie nie do pomyślenia.

Opowiadam o tym wszystkim, bo chcę powiedzieć tym, którzy być może znają mnie z ekranu i mają chęć przeczytać naszą rozmowę, że można być w naprawdę ciemnej dziurze i wydobyć się z niej do światła. Mam to doświadczenie za sobą i zależy mi, by powiedzieć wszystkim, którzy dziś cierpią tak jak ja jeszcze całkiem niedawno, że zmiana na lepsze jest możliwa. Trzeba tylko chcieć, jak to mówi jedna z członkiń mojej kosmicznej rodziny: „Do łopaty!”. I zacząć nad sobą realnie pracować.

Aleksandra Adamska (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films) Aleksandra Adamska (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)

To, co mówisz, może być zaskakujące, bo po tobie zupełnie nie było widać smutku, cierpienia i lęku. Kiedy przed naszą rozmową pytałam o ciebie kilka osób, to wszystkie miały to samo odczucie – uśmiechnięta, dowcipna i charyzmatyczna. A jakie było twoje dzieciństwo, zanim spotkało cię to, o czym opowiadałaś?
Wspaniałe. Myślę, że mnie złamał też ten dość drastyczny przeskok, bo do pewnego momentu żyło mi się naprawdę dobrze. Moi rodzice poznali się w zespole folklorystycznym, więc można powiedzieć, że się w nim wychowywałam. Było mnóstwo muzyki, śmiechu i radości. Dom pełen przyjaciół rodziny. Pamiętam zimowe kuligi. Pamiętam letnie zabawy w sianie. Dużo rozrywek i miłości.

Swoją drogą to niesamowite, jak działa nasza psychika. Specjaliści mówią o mocy i sile tego zasobu, który mamy z najwcześniejszych lat – ty go miałaś – a jednak późniejsze trudności i tak mogą nas złamać.
Ostatnio oglądałam wykład o neuroplastyce mózgu i dowiedziałam się, że potrzeba pięciu dobrych rzeczy czy zdarzeń, żeby wyrównać w naszej psychice jedną złą czy bardzo trudną. Takie są podobno proporcje. Więc trzeba wyciągać z tego życia, co się da, żeby zbierać do tej szczęśliwej puli.

A jak wpływało na pracę to, co działo się w twoim życiu – poza tym, że musiałaś być w niej perfekcyjna?
Paradoksalnie w tym najtrudniejszym momencie, kiedy prywatnie dochodziłam do ściany, w moim zawodowym życiu szło mi całkiem nieźle. Dostałam jedną z głównych ról w serialu „O mnie się nie martw” z Joasią Kulig, zaczęłam kręcić serial TVN-u „Diagnoza”, w międzyczasie zagrałam w komedii romantycznej „Miłość jest wszystkim”. Granie się rozkręcało, a ja się rozpadałam. Przyznam, że bałam się, że proces terapeutyczny i zmiany w moim życiu prywatnym sprawią, że zgubię swój aktorski zasób. A jeśli się okaże, że to moje całe aktorstwo jest oparte tylko na tym cierpieniu, które w sobie mam? Bo ja emocje na planie bardzo często brałam właśnie z tego ciemnego środka, z tej złości i niewypowiedzianego żalu. Ten ból mnie na planie niósł. I miałam poczucie, że jest to mój patent na granie.

Zwątpiłaś w swoje umiejętności aktorskie?
Tak, ale tu znowu pomogła terapia. I duchowość, o której wspomniałam na początku. To pozwoliło mi się nie poddać. Jestem osobą wierzącą, nie w żadnym obrządku, ale wierzącą. Wierzę, że jest gdzieś wyższa siła, która nas trzyma w objęciach i na maksa nas kocha. To mi bardzo pomaga każdego dnia. Pati grałam już bez „wsparcia” czarnej dziury. I jakoś chyba się udało…

Udało się nawet doskonale, bo po twojej roli w serialu „Skazana” – w nim poznaliśmy Pati – powstał jego spin-off, czyli serial poświęcony wcześniejszym losom twojej postaci.
Wiem, że widzowie polubili tę postać, to mnie bardzo cieszy. Natura lękowa jest opanowana, ale wciąż daje o sobie czasem znać. I teraz kiedy przychodzą kolejne propozycje, mam chwile, kiedy się zastanawiam, czy ja na pewno umiem, czy na pewno dam radę. Ale potem odzywa się drugi głos, wypracowany, który mówi: „Oleńko… zobacz, chcą cię, to znaczy, że się nadajesz, spokojnie”. A poza tym powiedzmy sobie szczerze: nie jestem lekarzem chirurgiem, nie pracuję na otwartym sercu, od mojego błędu nikt nie umrze. Jeżeli się nie sprawdzę, to trudno, kolejne doświadczenie. Tylko tyle. Staram się tak myśleć.

Jakiś czas temu powiedziałam mojej terapeutce, że się boję. A ona na to: „Ale czego się pani boi, pani Olu?”. Ja na to: „Boję się, ale właściwie jednocześnie się cieszę”. Usłyszałam w odpowiedzi: „Miks tych dwóch emocji to ekscytacja, pani Olu”. Ulżyło mi. Uczę się rozbrajać to, co we mnie. Staram się i z każdym dniem bycie kapitanem tego swojego statku coraz lepiej mi wychodzi. Nie dawać się lękom – to najważniejsze. Do ciemnej dziury nie wrócę. Mam teraz naprawdę dobry czas w życiu. Mam górki, a czasem dołki, jak każdy, ale patrzę na to wszystko już z innej perspektywy. Mam więcej energii, bo lęk mnóstwo jej zabierał, mam też pieniądze – tyle, ile mi potrzeba, żeby przyjemnie funkcjonować.

Aleksandra Adamska (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films) Aleksandra Adamska (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)

Nie masz dużych potrzeb?
Komfortem jest dla mnie to, że mogę pójść na targ i wybrać owoce czy warzywa, na które mam ochotę, i nie muszę patrzeć na ich cenę. To luksus w dzisiejszych czasach. Nie potrzebuję markowych ciuchów. Oczywiście, jeżeli coś mi się spodoba i jest z wyższej półki, to w nagrodę z przyjemnością sobie to kupuję. Ale bardzo lubię rzeczy używane, nie tylko ciuchy. Mam w domu starą lodówkę, którą sama przemalowałam na miętowy kolor, mam stary kredens, który dostałam, a w nim całkiem mały telewizor, mam lampę, którą kupiłam na pchlim targu, radio Unitra, które – naprawdę – znalazłam przy śmietniku! W ogóle się tego nie wstydzę. Ktoś je zostawił, a ja uznałam, że jest piękne, chcę je wybebeszyć i zrobić z niego półkę. Na świecie powstało już tyle rzeczy, że można z nich korzystać bez końca. Spłaciłam dużą część kredytu hipotecznego, kupiłam sobie autko, nie jakieś wypasione, tylko miejskie, używane, takie, na które było mnie stać od ręki. Ale jest śliczne i moje. Realne. Naprawdę nie potrzebuję wiele, największym luksusem jest to, jak się dziś czuję. Bo nareszcie czuję się ze sobą dobrze.

Aleksandra Adamska aktorka, ukończyła Wydział Aktorski w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie w specjalizacji wokalno-aktorskiej. Występowała m.in. w Gliwickim Teatrze Muzycznym i Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Największą rozpoznawalność przyniosła jej rola Patrycji Cichy w serialu „Skazana”. Powstał spin-off o tej bohaterce pod tytułem „Pati”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze