Polka w Berlinie

  • BLOG Awatar

    BERLIN 1984

    Przez granicę przewiózł mojego brata i mnie w grudniu 1984 roku znajomy rodziców. O ile mnie pamięć nie myli, nazywał się Jan. Rodzice od dłuższego czasu przebywali za granicą. Nam dzieciom nie wydano paszportów. Dopiero przekupienie urzędnika kolorowym telewizorem odniosło skutek i mój brat i ja mogliśmy wyjechać z Polski.

    Pamiętam serdecznych przyjaciół moich rodziców, którzy jechali z nami za samochodem pana Jana, aż do Kołbaskowa, niemalże do samej granicy. Podskakiwaliśmy jak na wyrzutni, jadąc trasą, którą nazywaliśmy „lotniskiem”. Pełna dziur, zapadnięć, wybudowana jeszcze za czasów Hitlera.

    Jakieś pięć minut przed samą granicą ciocia Krysia i wujek Zdzichu zaparkowali swojego dużego fiata na uboczu i wysiedli. Mój brat i ja nie ruszyliśmy się z miejsc. W końcu ciocia otworzyła tylnie drzwiczki.

    - Chyba będziemy się musieli pożegnać – głos cioci, zazwyczaj silny, pewny siebie, zabrzmiał dziwnie nieznajomo.

    Przełknęłam ślinę i spojrzałam na brata. Bawił się małym samochodzikiem. Wujek wyciągał z bagażnika dwie nieduże walizki. Całe moje trzynastoletnie życie mieściło się w jednej z nich. W niewiele mniejszej mieściło się życie trzylatka. Ciekawe.

    - Michałek- powiedziałam – jedziemy do mamy. Po namyśle dodałam: – I do taty.

    Wsadził samochodzik do kieszonki i spojrzał mi ufnie w oczy.

    Wujek zakasłał i wcisnął mi niedużą kopertę do futerka. Futerka, które moja mama przywiozła kiedyś z Turcji „na handel”. W końcu jednak zdecydowała się futerka nie sprzedawać. Po jej wyjeździe za granicę odziedziczyłam wszystkie jej rzeczy, futerko też. Ciocia i wujek zajęli się sprzedażą mieszkania, lamp i mebli, wystanych w kolejkach albo załatwianych po znajomości w PRL, który teraz opuszczaliśmy. Na zawsze.

    Podszedł pan Jan, wysoki, ciemnowłosy.

    - Gotowi?

    Ciocia przytuliła nas do siebie.

    -Nie zapominajcie o nas! Nie zapominajcie o nas! – powtarzała.

    Nie wypadło to teatralnie. Postanowiłam nie zapomnieć.

    Łzy kapały na jej czerwony płaszcz. Nawet ich nie ocierała.

    -Nie zapomnijcie o nas! – zawtórował jej wujek.

    Pocałowali mnie w usta. Michał przytulił się do nich. Po chwil wsunął wilgotną rączkę w moją dłoń.

    Trzasnęła klapa od samochodu pana Jana.

    Mocowaliśmy się z pasami, wujek starał się nie patrzeć w naszą stronę.

    - Nie musicie zapinać – powiedział pan Jan.

    Poczułam zapach jak w drogerii, zahuśtało zielone drzewko przy lusterku. Rozejrzałam się po wnętrzu niepolskiego samochodu i czym prędzej przeniosłam wzrok za siebie. Jeszcze duże, po chwili mniejsze, małe i już całkiem maleńkie figurki cioci i wujka.

    - Ani słowa na granicy, ani słowa na granicy! – powiedział pan Jan podjeżdżając do szarej budki.

    Przełykałam więc tylko głośno ślinę, kiedy człowiek z psem krzyknął nam po twarzach: „Passkontrolle”. Michał zazwyczaj marudny, siedział sztywno i patrzył przed siebie. Aż do kolejnej kontroli granicznej nikt z nas nie wypowiedział ani jednego słowa.

    Było ciemno, kiedy zajechaliśmy pod wysoką kamienicę niedaleko Yorkstrasse. Posłusznie wdrapywaliśmy się z Michałem na drugie piętro za panem Janem.

    Weszliśmy do mieszkania ze sztukateriami na sufitach, wielkimi obrazami na ścianach, przesuwanymi drzwiami. Na stołach stały tulipany w okrągłych wazonach i świece. Jak na pogrzebie, ale ładnej. Tak pomyślałam wtedy. Tak zapisałam w pamiętniku.

    To nie było mieszkanie moich rodziców. Postanowili nie witać nas w domu dla uchodźców, w którym wtedy mieszkali. Chcieli powitać nas godnie – w domu pana Jana i jego ładnej żony.

    Michał niepewnie podszedł do mamy.

    Stałam w jakiś dużych drzwiach i głośno przełykałam ślinę.

    W tle szumiała płyta z muzyką Leszka Długosza do słów Juliana Tuwima „Berlin 1913”. Oczywiście nie wiedziałam o tym wtedy. Nie musiałam jeszcze tyle wiedzieć. Patrzyłam i słyszałam: Wielki jest Berlin, wielki – szeptał we mnie głos wielkiego poety.

    Wiele lat minęło zanim odkryłam piękno tego wiersza i wielkość tego miasta.

    BERLIN 1913

    O, smętne, śnieżne nevermore!
    Dni utracone, ukochane!
    Widzę cię znów w Café du Nord
    W mroźny, mglisty poranek.

    Strach, słodki strach od stóp do głów,
    Dygot błękitnych, czułych nerwów,
    I sen był znów, i list był znów:
    Mgła legendarnych perfum.

    Lecz nie ma mnie i nie ma mnie,
    I nigdy w życiu mnie nie będzie.
    Zostanę w liście, zostanę w śnie,
    W tkliwej, śnieżnej legendzie.

    Nic o tym nie wiesz. Czekasz, drżąc.
    Dzień sennie sypie się i szepce.
    Ach, serce moje i młodość mą
    W srebrnej nosisz torebce.

    Wczoraj? A co to było? Tak:
    Carmen, kareta, wino, walce…
    Mignęło w oczach. Nie – to ptak,
    Wyszyty na woalce.

    Pusto i ciepło w tym Café.
    Zima się w oknie szronem perli.
    Nie przyjdę. Idź. Nie spotkasz mnie.
    …Wielki, wielki jest Berlin.

     

    Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan:   2012-01-31 23:25:53 · Wyświetl

    2012-01-31 23:25:53
    • Awatar
      brati · 3 mies., 3 tygodni temu

      Wow. I takie są początki tego obcowania? Czy po tylu latach to jeszcze obce? Duża Przygoda, jak na dziewczynkę (w tamtych czasach jeszcze pewnie dziewczynkę) i jej małego braciszka…

    • Awatar
      Marika · 3 mies., 3 tygodni temu

      Przepraszam, ze sie tu odezwe do Brati: kazde zycie sie nadaje ’’żeby go z każdej strony filować’’. ;-)

    • Awatar
      Marika · 3 mies., 3 tygodni temu

      Opowiesc o poczatkach ciekawa… Nie tak prozaiczna, jak wyjazdy rodakow w ostatnim dziesiecioleciu…;) Moj w sumie byl moze lekko prozaiczny lecz przemienil sie w poezje.

    • Awatar
      magdalena-parys · 3 mies., 3 tygodni temu

      Historia w rzeczy samej wtedy mnie przerosła :) Czy wyjazdy mogą być prozaiczne? Jeśli dzisiaj się tak do tego podchodzi, to w pewnym sensie mnie to cieszy, zawsze można wrócić, decydować samemu o własnym losie. To najcenniejszy dar przemian ostatnich lat. Dla mnie osobiście wszystkie pożegnania. Wyjazdy były wtedy jak małe śmierci, ponieważ nie mogłam wrócić do Polski prawie przez trzy lata. A dla trzynastoletniej dziewczynki każdy jeden miesiąc niemal jak rok … Filować na życie, ładne :)

    • Awatar
      Anka · 3 mies., 3 tygodni temu

      Ja miałam na początku lat 80tych  wszystko nagrane do wyjazdu do Francji.Chodziło tylko o Drakulę.Nie miał kto przy niej zostać a wstrzymano nam paszporty z jej powodu.Dzisiaj STRASZNIE tego żałuję.Co prawda córka osadziła się we Francji ,w Paryżu,mocno i dobrze,ale nas tam NIE MA. kiedy ostatnio ,będąc tam tylko dwa dni,siedziałam w kafejce ,przytulnej jak moje rękawice,płakałam.We mnie wszystko jest jak z poprzednich wcieleń eklektyczne.Nie,to nie psychoza,to świadomość,kim się jest.Ja pasuję do klimatów małych miasteczek francuskich,żyłabym spokojnie,solidnie i tanio.Zostałam głupią polską kurą,której proces dojrzewania trwał lata.Dzisiaj bardziej nazwałabym się sową,gdyż mam naturę ptaka obserwującego,który ceni miejsce obserwacji i tam zrzuca pióra.

    • Awatar
      Marika · 3 mies., 3 tygodni temu

      Owszem, w wielu przypadkach ta proza zycia laczy sie z mozliwoscia wyboru (nie u wszystkich zapewne) czy chce sie byc tu czy tam. I to jest dar, na pewno, trzeba to doceniac. Moze to lekko naiwne myslenie, ale mnie te dramaty wyjazdow w tamtych latach wydaja sie nieco ’romantyczne’… w sensie tajemnicze, poetyckie…

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 3 mies., 3 tygodni temu

      Podejmujemy życiowe decyzje, myślimy ”to dla ich dobra przecież”, a rujnujemy dziece światy, o których w ogóle nie mamy pojęcia. Strasznie to smutne. I wtedy i dzisiaj. Ale też i nic się na to nie poradzi. Tak się dzieje, działo i dziać będzie. Ludzie będą emigrować, zmieniać życiowych partnerów, etc. a dzieci będą ponosiły tego konsekwencje, coś tracąc, ale też i (oby) coś zyskując. I nie ma też co się zatrzymywać i żałować, że się wyjechało, albo że się zostało. Nigdy nie wiadomo, co było gdyby. Albo innymi słowy, jakkolwiek zdecydowałeś, jakkolwiek wyszło, będziesz czegoś żałować.

    • Awatar
      Anka · 3 mies., 3 tygodni temu

      tak,tak,dziecięce światy,dokładnie naiwne wyobrażenia.Fagas z dwójką dzieci i zapłakaną żoną w Polsce,któremu tylko d..trzeba było.To są od tego agencje i koniec.Moja córka za śmietnik robić nie będzie.Naprawdę rzadko zdarza się wielkie uczucie,większość to żałosne pierdolenie.Gdy czytam o takim Kaziu durniu,robi mi się naprawdę niedobrze,naprawdę.Nie chcę komentować takich zachowań popularyzowanych przez głupie media.E,wiem,co piszę.Facet ma chcicę na coś tam,niech lezie,gdzie profesjonalnie mu dadzą i koniec a nie rozwalać rodzinę ,robić z siebie kretynkę i kretyna do pary.Tak jest i inaczej nie będzie.

    • Awatar
      Marika · 3 mies., 3 tygodni temu

      Ja nigdy nie zalowalam, ze wyjechalam i mysle ze – jak Anka – w Polsce dojrzewalabym znacznei dluzej. Tutaj musialam sie szybciej ogarnac i zrozumiec siebie i wiele zyciowych kwestii, mowiac w skrocie.

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 3 mies., 3 tygodni temu

      i naprawdę nie było nic za czym by się zatęskniło? Nic takiego nie zostało? Nie było żadnej rzeczy, sprawy, widoku, zapachu, smaku, człowieka wreszcie, którego na obczyźnie/w nowej ojczyźnie zabrakło?

    • Awatar
      Marika · 3 mies., 3 tygodni temu

      Jesli piszesz do mnie Jakubie, to oczywiscie ze byly i sa rzeczy a przede wszystkim ludzie za ktorymi tesknie. Czasem bardziej, czasem mniej. Jednak rozwazajac to, co stracilam i co zyskalam – rachunek wychodzi stanowczo na plus.

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 3 mies., 3 tygodni temu

      Do Mariki. Tak, oczywiście, to było nawiązanie do ”nigdy nie żałowałam”. A zawsze jest coś za coś, zawsze jest coś, co się traci, a dobrze byłoby zachować, choć pewnie bilans później wychodzi na plus, a przynajmniej dobrze tak myśleć, bo inaczej przyjdzie człowiekowi zwariować. Samego dobrego :) Dziękuję.

    • Awatar
      Marika · 3 mies., 3 tygodni temu

      Czyzbys takze mieszkal za granica ale zalowal…? hm?

    • Awatar
      Marika · 3 mies., 3 tygodni temu

      Ja nie zostawilam w kraju meza ani dzieci… :) Zas od rodzicow to wypadaloby odciac kiedys pepowine tak czy siak … Tylko za nimi tesknie, przyjaciol zas mam tutaj.

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 3 mies., 3 tygodni temu

      Do Mariki :) Rozmawiamy z zupełnie innych perspektyw czasowych. Moje decyzje, wracać, zostać, miały miejsce w innej epoce, bo dwadzieścia parę lat temu to inna epoka. Wtedy wybór oznaczał co innego niż teraz. Ale oczywiście najważniejsze jest, by mieć przyjaciół. W czasach licealnych mieliśmy taki pomysł, by wyjechać całą grupą przyjaciół i wspólnie się osiedlić. Jakby zabrać ze sobą kawałek świata. Nigdy tak się nie stało. Może i dobrze. Zauważyłem bowiem, że ludzie, których znałem (myślałem, że dobrze) w innym kraju, otoczeniu, warunkach stają się kimś innym. Nie zawsze miłym kimś :(

    • Awatar
      Marika · 3 mies., 3 tygodni temu

      Hmm.. a moze nie staja sie kims innym tylko wychodzi z nich to, jacy sa naprawde… Ale coz, ja nie wiem jacy byli moi tutejsi przyjaciele w Polsce, czy w swoich innych krajach.. Poznalismy sie juz na obczyznie. Moze kiedys z kims przeniose sie gdzies indziej. Zobaczymy jacy bedziemy na innym gruncie…

    • Awatar
      Jakub Marcinkowski · 3 mies., 3 tygodni temu

      Myślę, że w starej tezie Marksa, że byt określa świadomość, jest więcej prawdy niż byśmy chcieli. Ludzie i tu i tam tacy byli, jacy byli naprawdę. Tylko okoliczności pokazywały ich inną twarz. Ale wszystkie twarze były tak samo prawdziwe. W każdym razie – Mariko, jesli masz przyjaciół, jesli możesz na nich liczyć, to nieważne, gdzie będziesz żyć. W dzisiejszym świecie wszędzie jest w miarę blisko. Byle tylko – na ile się da – nie niszczyć światów dzieci i zwierząt. Zostawienie psa, który nigdy nie zrozumie, co się stało, to straszna trauma. Good night & good luck :)

    • Awatar
      Marika · 3 mies., 3 tygodni temu

      Psa tez nie zostawialm! No przestan, za kogo mnie masz! ;-) hehe…

    • Awatar
      Marika · 3 mies., 3 tygodni temu

      Ja sie z teza Marksa osobiscie nie zgadzam.. Jesli tak bywa u niektorych, to okropienstowo! :-/ Dobrej nocki zycze rowniez..

    • Awatar
      marek wobasz · 3 mies., 3 tygodni temu

      A moze po prostu zapytac dzieci emigrantow: ”Z dzisiejszej perspektywy, perspektywy doroslej osoby, jak oceniaja decyzje rodzicow sprzed 30., 40 lat i jak widza sie i kim sie czuja ? Moje dziecko mowilo juz po niemal 10. latach: ”Nie jestem Niemcem, nie jestem Polakiem — jestem Europejczykiem” Bo wygodniej? ..bo latwiej..? – byc moze. Dzis pracuje dla francuskiej firmy w niemieckim miescie i marzy o wspolnych wakacjach w Polsce. Z rujnowaniem dzieciecych swiatow jak pisze pan Jakub, bylbym ostrozny… szok przesadzenia jest tym krotszy im dziecko jest mlodsze, im latwiej mu zaadoptowac sie do nowego otoczenia, im bardziej jego rodzice byli otwarci na wszystko, co nowe.. By nie zylo w getcie polskim, by nie sluchalo na okraglo polskiej telewizji, by nauczylo sie byc otwartym na inne siwaty, inne zwyczaje, inne kuchnie…

    • Awatar
      Marika · 3 mies., 3 tygodni temu

      Mysle, ze to prawda, patrzac na dzieci w mojej blizszej i dalszej rodzinie… Moja mala siostrzenica wyjechala z rodzicami do Holandii w wieku 4 lat. Po 7 latach teraz, czuje sie tam swietnie, wsiakla w tamtejsza kulture. Mowi po polsku, ale ma samych holenderskich przyjaciol, bo Polakow w okolicy nie ma. W szkole jednak chetnie spiewa po polsku na roznych wystepach i prezentuje kuture rodzicow (bo juz chyba nie jej), co jest przyjmowane bardzo pozytywnie. Z drugiej strony sa moje kuzynki w dalekiej Australii, ktore rodzice ’wywiezli’ kiedy byly nastolatkami… To bylo prawie 20 lat temu.. Przynjamniej jedna z nich marzy o powrocie i czuje sie skrzywdzona tym, ze zostala wyrwana z kraju, od przyjaciol i ukochanych dziadkow… :-(

Zaloguj