Polka w Berlinie
-
Spór o mielone, czyli BERLINER BULETTE ´2
Byłam wczoraj na niezwykłym spotkaniu, poświęconemu Heinrichowi Böllowi. I to właśnie o tym niezwykłym pisarzu, nagrodzonym w 1972 roku Nagrodą Nobla, chciałam napisać.
Zmierzając jednak w kierunku Deutsches Theater , w którym spotkanie miało się odbyć, mijałam restauracje i całe mnóstwo małych restauracyjek. Duże restauracje były pustawe, małe wypełnione po brzegi, przed jedną z nich, zupełnie niepozorną, goście stali w długiej kolejce na mrozie. Przystanęłam i mój wzrok trafił na tablicę, na której wymieniano dania dnia i oczywiście królowała tam „Bulette”. Przezornie bez „Berliner”, po prostu „Bulette”.
To nie mógł być przypadek, dlatego postanowiłam mój poprzedni wpis o „Berliner Bulette” uzupełnić o jedną uwagę i jeden przepis, czyli znowu będzie o mielonym.
Otóż co następuje. W rzeczy samej, jak słusznie zuaważył pod poprzednim wpisem jeden pan, najwyraźniej znawca Berlina – nie ma wyłącznie jednego przepisu na „Berliner Bulette” i jest to w ogóle pewnego rodzaju spór Berlińczyków od lat. Każdy przygotowuje w Berlinie swoje buletty inaczej. Niebezpiecznie jest podawać jeden ujednolicony przepis, pisząc, że to na pewno prawdziwa i jedyna „Berliner Bulette”. I wcale nie żartuję, sama się o tym przekonałam. Dlaczego? Otóż na mojej prywatnej poczcie znalazłam kilka uwag dotyczących właśnie tego zagadnienia, w tym jedną od znajomego Niemca, który nie mówi po polsku, ale jakoś się dowiedział o moim przepisie i postanowił zabrać głos w debacie, która przecież debatą nie była. Spieszę niemniej jednak z wyjaśnieniami. O „Berliner Bulette”, zauważył, pisze się jedynie w przepisach:
bułka tarta, jajko, mięso mielone, cebula, bułka.
Koniec. Więcej nic.
Resztę niech każdy przyrządza jak chce. Nie należy narzucać nikomu swego przepisu, bo każdy berliński dom ma swoje tradycje i swoją BERLINER BULETTE. A w domach berlińskich naprawdę te tradycje się szanuje. Obiecałam mu, że o tym napiszę…
Natomiast na jednym z portalii społecznościowych, na którym zamieściłam link do bloga, również zwrócono mi uwagę, że skąd ja ten przepis wytrzasnęłam i podano mi kilka innych, które niewiele miały z moim przepisem wspólnego. Wywiązała się nawet ostra wymiana zdań w prywatnej korespondencji, że bez musztardy, na co komu musztarda w bulettach! Zaregowałam ostro, bo w „Berliner Bulette” musztarda po prostu musi być!
No i się posprzeczaliśmy…
A na koniec przyznam szczerze, że nie lubię mielonego z musztardą, bez musztardy i w ogóle nie lubię żdnych bulett! Jednak po ostatnim wpisie poczułam się strasznie głodna i postanowiłam zrobić te całe buletty sama. Widocznie tak to jest, że buletta jest magiczna i jak już raz się o niej zacznie, to się nie odczepi. Tradycyjnie zatem podaję kolejny przepis na nieco inną bulettę, uwaga, nie berlińską….
Naprawdę palce lizać….
500 gram mięsa mielonego (wieprzowe 70%, wołowe30%,)
jajko
bułka koniecznie moczona w śmietanie słodkiej niekwaśnej
jedna cebulka jedna łyżeczka musztardy
szczypta majeranku, pieprzu i soli, ser FETA i mięta
Po uformowaniu i obtoczeniu w bułce tartej nadziewamy masę mięsną niewielkim kawałkiem sera FETA i posiekaną miętą
Nie żałować mięty…
Cała reszta, jak w przypadku mielonych …
Chciałam zamieścić zdjęcie tych NIEBERLIŃSKICH bulet, ale proszę mi wierzyć, nie ostała się ani jedna. Syn mnie uprosił i dzisiaj u nas buletty z miętą znowu.
Użytkownik magdalena-parys zaktualizował swój stan: 2012-02-09 09:50:12 · Wyświetl
Problem buletty odfajkowany? naturalnie, ze nie: ad. mieta, musi byc tzw. ”marokanska” — ma zupelnie inny aromat i ostrosc, ktorej zwykla nie posiada. Gdzie mozna kupic: w dobrych supermarketach i naturalnie ”u Turka”… kiedy bedzie o kielbasce curry – ? det is Berlin!
Jeden mielony i cała awantura.Nie przejmuj się,kłótliwi bywamy tak jak i agresywni.To problem człowieka,który z mielonego czyni drakę.Ja lubię je,ale paradoks jest taki,że idealne BB robi z/w.On to umie.To niech robi w przerwie między humorami.Człowiek przyzwyczaja się niezdrowo do wielu ”niezdrowowści”.Niech żyje BB.