Artur Żmijewski jako Paddington

materiały prasowe

Nowe wcielenie Artura Żmijewskiego – najsłynniejszy brytyjski miś – Paddington. Od stycznia na ekranach kin jego głos bawi nas i wzrusza. Ile w nim samym jest z misia oraz dlaczego nie cierpi się spieszyć, opowiada Hance Halek.
Kiedy spotkał się pan z Misiem Paddingtonem po raz pierwszy w życiu?

reklama

Nie tak dawno. Proszę pamiętać, że przyszedłem na świat w głęboko siermiężnej komunie i nie miałem żadnych szans nawet na zobaczenie książki z Paddingtonem. To były czasy „Wilka i Zająca”, „Rozbójnika Rumcajsa”, „Bolka i Lolka”.

Kto robił na panu największe wrażenie?

Chyba Bolek i Lolek jako tandem, najmniej lubiłem moment, gdy pojawiała się Tola – wtedy nieważna była już przygoda jako taka, bo punkt ciężkości przenosił się na rywalizację pomiędzy dwoma chłopakami na temat jednej dziewczyny… Z Paddingtonem natomiast zakolegowałem się niedawno, dając mu głos, i żałuję, że nie znałem go w dzieciństwie, na pewno byłaby to jedna z moich ulubionych postaci.

Dlaczego?

On jest prawdziwy, nawet jeśli robi rzeczy straszne. Jest wyrwany z peruwiańskiej dżungli i nagle włożony do świata, w którym co prawda zna język, ale – jak się okazuje – to zbyt mało. Miś, owszem, dogaduje się z ludźmi, jednak zupełnie nie rozumie ich zachowań. Dżungla miejska jest bowiem kompletnie inna niż ta peruwiańska i trudno te dwa światy na siebie przełożyć. Sam doświadczam czasem podobnych stanów, gdy np. wyjeżdżam na urlop i wchodzę w jego rytm. Przez pierwsze parę dni chodzę, czasem bez sensu, z miejsca na miejsce, po tygodniu zaczynam się uspokajać, a po kolejnych kilku dniach mogę zacząć odpoczywać.

Ma pan e-maila?

Tak, choć długo się broniłem.

Konto na Facebooku?

Przed tym będę się bronił do końca życia, bo uważam, że niezależnie od zapędów tabloidalnych, które nas dziś dotykają, każdy powinien mieć swój fragment prywatności. Nie czuję potrzeby dzielenia się z całym światem tym, że właśnie teraz rozmawiamy, co mamy na talerzach, jak jesteśmy ubrani i czy nas to zadowala. To nasza sprawa. Kogo w Berlinie czy Lublinie może obchodzić, co ja teraz robię?

Myślę, że, niestety, wiele osób.

Może tak, ale mówię tu o swoim myśleniu. Są rzeczy, którymi dzielę się tylko z najbliższymi i tymi, z którymi mam interes się dzielić. Dlatego ani Facebook, ani Twitter, ani też konto na Instagramie mnie nie interesują. Nie chcę iść za tępym odruchem społecznym i całym tym pośpiechem, bo już wiem, że nie ma takiego samolotu, na który nie można się nie spóźnić. Pamiętam, jak z Janem Englertem siedzieliśmy na lotnisku w Warszawie, czekając na odlot do Wrocławia, wiedząc, że nie odlecimy na czas ani o siódmej, o dziewiątej też nie. O dziesiątej, kiedy powinniśmy już być w charakteryzatorni we Wrocławiu, producent oświadczył: „bierzcie taksówkę”. I co? Zdjęcia się odbyły. Nie zapomnę też, jak faszerowałem się olbrzymią ilością leków przeciwgorączkowych i byłem wieziony przez mojego teścia do Teatru Narodowego, gdzie odgrywałem swoją rolę w „Kartotece”, a potem w charakterze zwłok wracałem do domu. Ale parę lat później, gdy nie byłem nawet w stanie wstać z łóżka, przedstawienia zostały odwołane i świat się nie zawalił. Tak, zdecydowanie nie cierpię presji, pośpiechu, SMS-ów wysyłanych hurtem z jednego kliknięcia do wszystkich, w dodatku jeszcze ściągniętych z Internetu z jakąś okropną choinką. Byle szybciej.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »