Tomasz raczek: rzecz o męskiej przyjaźni

materiały prasowe

Jeśli się z kimś we wszystkim zgadzam, to nie ma takiej możliwości, żebym się do niego zbliżył. Fascynują mnie ludzie, którzy myślą inaczej – mówi Tomasz Raczek. O tym, co go łączyło, ale i dzieliło z Zygmuntem Kałużyńskim, opowiada Robertowi Rientowi.

materiały prasowe

Kiedy pomyślał pan o Zygmuncie Kałużyńskim jako o przyjacielu?

To było wtedy, gdy Zygmunt dowiedział się, że ma raka, jakieś trzy, cztery lata przed jego śmiercią. Zrozumiałem, że jest dla mnie kimś więcej niż zawodowym partnerem i zauważyłem, że on mnie też traktuje jak przyjaciela. Ale nigdy nie zostało to powiedziane.

Zbliżająca się śmierć pomogła inaczej spojrzeć na relacje?

Uświadomiłem sobie, że łączy nas więcej prywatnych nici, niż wcześniej myślałem. Poczułem odpowiedzialność za niego i potrzebę bycia przy nim. Dotarło do mnie mnóstwo rzeczy, które nigdy nie były zwerbalizowane. W momencie zagrożenia stało się jasne, że one wewnątrz mnie są wyklarowane i pewne, że nie mam wątpliwości co do naszej przyjaźni, tyle że wcześniej nie było potrzeby wyciągać tych myśli na wierzch, nazywać ich.

O uczuciach w ogóle nie rozmawialiście?

Nie. Rozmawiałem z nim na różne tematy, w sumie codziennie opowiadałem mu, co się u mnie dzieje. Jak wydarzyło się coś trudnego, myślałem sobie: „Pójdę do Zygmunta, ciekawe, co on powie”. Ze mną jest taki kłopot, że nie mówię o emocjach, ani w przyjaźni, ani w miłości. Mama mi to zarzuca. Nie dość tego, nie ufam ludziom, którzy nazywają szybko uczucia i mówią „kocham cię”. Raz w ciągu wieczora to wytrzymam, ale jeśli „kocham” padnie kilka razy, to wszystkie dzwony u mnie biją.

Dlaczego?

Bo myślę, że to nie może być prawda. Nazywane uczucia potwornie szybko się złuszczają. Mówienie „kocham” to jest podgrzewanie herbaty. Po pierwsze gorzej smakuje, po drugie szybciej się kończy. Mam to po ojcu, wszyscy mówili, że był Skandynawem, chociaż to nieprawda. Ale rozumiem tamtą mentalność, świetnie się czuję w Skandynawii, a zupełnie choruję we Włoszech czy Hiszpanii. Takiej dużej zewnętrznej ekspresji, z ciągłym dotykaniem, po prostu fizycznie nie znoszę, a przede wszystkim jej nie wierzę. Od razu posądzam o aktorstwo, uleganie powierzchownym emocjom, niepowiązane z odpowiedzialnością. Bo jak już mówię „kocham”, to nie wchodzi w grę, żeby potem się z tego wycofać.