Film „Dzikie róże”. Wywiad z reżyserką Anną Jadowską

„Dzikie róże” to historia kobiety, która musi dokonać bardzo trudnego wyboru życiowego. Jej sytuację dodatkowo komplikuje to, że żyje w małej, prowincjonalnej miejscowości, w której bardzo trudno jest coś ukryć, a bardzo łatwo zostać osądzonym.

Główna bohaterka Ewa (w tej roli Marta Nieradkiewicz) zmaga się z ogromnym poczuciem samotności. Jej życie wypełnia zajmowanie się domem i dwójką dzieci, a także czekanie na męża (Michał Żurawski), który pracując w Norwegii rzadko przyjeżdża do domu.

Młoda kobieta, chcąc znowu poczuć się kochaną i adorowaną, wplątuje się w romans z nastolatkiem. Niestety za tą chwilę „zapomnienia” przyjdzie zapłacić jej wysoką cenę.

Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy wraca mąż. Podejrzenia, plotki i oskarżenia będą przeplatać się z inną tragedią – na plantacji dzikich róż, gdzie pracuje kobieta zaginie jej 2 letni synek Jasio. Czy chłopiec się odnajdzie? Czy ta rodzina ma szansę przetrwać?

Choć możemy podziwiać na ekranie piękne lato i rodzimą przyrodę to trudno, podczas oglądania filmu, odczuwać choć przez chwilę sielankowość polskiej wsi. Pozorny spokój i wiejska „nuda” podszyte są silnymi emocjami. Problemy i stłumione uczucia bohaterów silniejsze są niż piękno natury. Oni sami mówią niewiele, nie ma rozbudowanych dialogów, które wszystko by wyjaśniły. Częściej słychać świerszcze, szum wiatru czy odgłosy ptaków. Dlatego duże uznanie dla reżyserki za umiejętne zbudowanie napięcia na tle kojącego, wiejskiego krajobrazu. Nie jest to wieś zacofana, do jakiej niegdyś przywykliśmy. To współczesny obraz małej społeczności, która rządzi się swoimi regułami. Ot, historia zdrady, która w dużym mieście nie zrobi już na nikim tak wielkiego wrażenia, w innym środowisku może urosnąć do rangi potwornego czynu. Rozpacz, gniew, nienawiść i powierzchowna religijność, a drugiej strony ludzka życzliwość i solidarność – cała gama uczuć i zachowań świetnie oddanych przez aktorów. Jednak ciężar, który dźwiga główna bohaterka dominuje nad całym obrazem. Szczególnie zaskakujące jest zakończenie filmu. Trudno wcześniej domyślić się co tak naprawdę się wydarzyło…

Przejmujący obraz ukazujący rolę kobiety w społeczeństwie i rodzinie. Rzeczywistość, która wywołuje smutek, ale i daje nadzieję.

 

 

Lubię czuć niepokój. Rozmowa z Anną Jadowską

Twój wcześniejszy film „Teraz ja” był inspirowany artykułem w prasie. Czy „Dzikie róże” to też historia są w jakimś stopniu zaczerpnięta z życia?

Anna Jadowska: Do scenariusza „Dzikich róż” docierałam na różnych poziomach. Zawsze chciałam zrobić film, którego akcja będzie się rozgrywać na plantacji dzikich róż, wychowałam się w miejscowości, która otoczona była takimi polami, bardzo wpisały się one w moją „mapę wewnętrzną”. Najbardziej prozaicznym punktem wyjścia było jednak to, że kiedy zaczynałam pracę nad scenariuszem sama miałam malutkie dziecko i wraz z nim zrodziły się nowe, ambiwalentne uczucia, z którymi chciałam się zmierzyć w tej historii. Wyobrażałam sobie jak to jest nie kochać swojego dziecka albo kiedy nie można go samemu wychować. Potrzebuję mieć mocny emocjonalny, kontakt z tym, co piszę, dlatego postanowiłam wymyślić taką historię, która zmierzy się z moimi strachami. Wtedy też wydarzyła się historia z mamą Madzi, którą bardzo przeżyłam. Nie chciałam jednak robić społecznej historii, wolałam się skupić na bohaterce. Pokazać kobietę, którą nie do końca da się lubić, która jest w momencie bardzo powolnego wykluwania się, dojrzewania do podejmowania własnych decyzji, czytania swoich emocji. Myślę, że 90 procent polskich kobiet poza Warszawą i dużymi miastami żyje w takiej szklanej pułapce, ograniczone tym, czego się od nich wymaga, czego chce kościół, rodzina, mała społeczność. To naprawdę wąska klatka.

Wyszłaś więc od swojej własnej historii.

Kiedy obejrzałam pierwszą okładkę filmu – bo montażystka robiła ją beze mnie – zdałam sobie sprawę jak dużo sama włożyłam do tej opowieści. Wychowałam się w podobnym modelu, co bohaterka: mieszkałam z bardzo silną babcią i mamą, w gronie dwóch kobiet. To podobny rodzaj energii, bardzo silnej, ciasnej, ograniczającej miłości i strachu przed tym, że ktoś może być trochę inny. Niezgoda na tę inność, a jednocześnie ciekawość. Z tego wyrastam.

Są też konkretne sprawy, na przykład wianek na komunii, który nosi córka bohaterki. To przydarzyło się mnie. Wszystkie dziewczynki nosiły plastikowe wianki, a moja mama wymyśliła, żebym ja miała wianek z prawdziwych kwiatków, co było wtedy dla mnie totalnym obciachem i największym dramatem.

W przypadku obojga bohaterów widzimy dość typowy podział ról: mężczyzna wybiera między pracą a dobrym kontaktem z dziećmi, spędzaniem z nimi czasu – a kobieta poświęca się rodzinie, rezygnując z życia zawodowego. Czy myślisz, że to świadoma decyzja bohaterów, czy raczej sytuacja wpycha ich na takie tory? Robią po prostu to, co inni.

Myślę, że nie są to świadome wybory. O takich rzeczach decyduje się bardzo wcześnie, w wieku dwudziestu lat, więc trudno tu mówić o dojrzałej świadomości. Podąża się za pewnymi kanonami i rzadko kto w takich małych społecznościach poza takie rozwiązania życiowe wychodzi. Raczej jest to kanał, w który się wpada, do którego jest się formatowanym. Nie ma w tym oczywiście nic złego, dopóki to nie kłoci się z głosem wewnętrznym. Jeśli natomiast ten głos wewnętrzny jest zagłuszany i człowiek zmusza się do mechaniczno-robotycznego wypełniania obowiązków, to myślę, że blisko już do stanów depresyjnych i lękowych – życia nie własnym życiem.

No właśnie, odbieram bohaterkę jako kobietę bardzo samotną wśród ludzi. Osoby z otoczenia: matka i przyjaciółka chcą jej pomóc. Tylko nie bardzo wiedzą jak.

Jest na pewno bardzo samotna, bo nikt jej nie nauczył, jak to jest dzielić swoje życie z drugą osobą. Jest bardzo wrażliwa, wrażliwsza, niż wszyscy wokół. Mocniej odbiera bodźcie. Była dzieckiem innym, niż reszta. Mama musiała ją bardzo mocno zamykać w ramy, żeby ją w ten sposób uciszyć, ale to też nie do końca się udało. Ona chce się z tej klatki wyrwać, ale nie ma do tego narzędzi, bo zostały jej odebrane. Robi więc fałszywe kroki, które jej nie budują, a raczej są autodestrukcyjne. Oddała się zupełnie potrzebom swoich dzieci i zbudowaniu domu. A mąż wyjeżdża i wraca, nie buduje z nią ani rodziny ani domu. Za to matka jest nieodłączną częścią jej życia. Mówi się, że wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, a każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób. Rodzina, o której opowiadam, jest właśnie przykładem takiego nieporozumienia, rozszczepienia tkanki, która teoretycznie powinna łączyć, a tak naprawdę nigdy się nie zbudowała, bo nie miała na to szansy.

Dzieci nie widzą taty prawie wcale, czekają na niego miesiącami.

Tak, są zatrzymane między władzą mamy i babci. Nie wiadomo kto tam tak naprawdę podejmuje decyzje. Ewa jest w stosunku do swojej matki bardzo wycofana, podległa jej, nie oderwała się jeszcze od matki, nie weszła w dorosłość. Myślę teoretycznie, że po wydarzeniach opisanych w filmie zrobi jednak ten pierwszy krok, żeby wyjść poza funkcjonujący do tej pory schemat.

W „Dzikich różach” postacie są bardzo wyraziste. Jak pracujesz z aktorami? Pozwalasz im na improwizację czy trzymasz się ściśle scenariusza?

Różnie. Tutaj akurat, w porównaniu do tego, co robiłam wcześniej, trzymaliśmy się dość mocno scenariusza. Napisałam go dla Marty Nieradkiewicz. Po pracy w serialu, gdzie liczy się przede wszystkim czas, i zawsze brakuje go na pracę z aktorem, chciałam stworzyć sobie inne warunki. A z Martą już pracowałam, pewne sprawy mamy wyjaśnione. Mam też wrażenie, że podobnie widzimy świat i odbieramy pewne rzeczy, więc sama sobie ułatwiłam zadanie. Moim zdaniem to wyjątkowa aktorka o niesamowitej otwartości. Oddaje się zupełnie roli, czasem miałam wrażenie, że pracuje sama ze sobą.

A inni aktorzy?

Zawsze wymaga to pracy, żmudnego powtarzania – niczego więcej. Michał Żurawski był bardzo zdziwiony, że na planie jest tak wiele kobiet. I ta energia przełożyła się na jego pracę. Bardzo lubił wszystkie sceny poszukiwań, wkładanie w pracę wysiłku fizycznego, lubił porządnie się zmęczyć, przebiec się po polu róż w tę i z powrotem. Wtedy czuł, że rzeczywiście zrobił coś dobrego, dał coś z siebie.

Z kolei dziewczynka, ich filmowa córka, to bardzo mocna osoba. Czasem na mnie krzyknęła, bo obiecywałam, że robimy ostatni dubel, a potem prosiłam jednak o powtórkę. Protestowała: „Nie będę grała!”. Po prostu ma charakter. A najmłodszy bohater, Jaś – do jego roli mieliśmy na planie bliźniaki. Marta miała z nimi bardzo dobry kontakt, szczególnie z jednym. Kiedy przychodziła, wyciągał do niej ręce i scena była zaraz zrobiona. Więc nie czuję, żebym robiła jakieś specjalne rzeczy z aktorami, myślę, że po prostu z nimi pracuję, nie mam metody.

Wspomniałaś, że Michał Żurawski zwrócił uwagę na liczbę kobiet na planie. I znów pojawia się to okropne hasło „kina kobiecego”.

To określenie to infantylizowanie tego, co robią kobiety. Wiadomo, o co chodzi: ktoś płacze, patrzy smutno przez okno itp. Jestem kobietą, widzę świat z perspektywy kobiety. Myślę, że kobieca bohaterka, i z miasta i ze wsi, nie jest w ogóle reprezentowana w kinie polskim, a jeśli już, to w bardzo małym wymiarze. Dlaczego nikt nie mówi o kinie męskim? Nie podobają mi się kobiety w kinie kręconym przez mężczyzn. Bardzo często zdarza się, że pojawiają się tylko w aspekcie seksualnym. Wiadomo, że zaraz zdejmą bluzkę.

Uciekasz od klasycznych konstrukcji dramaturgicznych w coś dla widza mniej oczywistego: dialog z nim, niedopowiedzenie. Co w takiej narracji jest dla reżysera najtrudniejsze?

Sama piszę, co jest bardzo trudne, bo nie mam ściany od której bym się odbijała. W przypadku tego scenariusza weryfikowałam go najpierw z producentami: Izą Igel i Romanem Jaroszem, potem przeszłam przez warsztat Scripteast, gdzie byli zagraniczni tutorzy – doradcy scenariuszowi. Wśród nich Tom Abrams, scenarzysta ze Stanów Zjednoczonych i Peter Webber, który zrobił „Dziewczynę w perłą”. To było bardzo ciekawe doświadczenie, bo obejrzałam ten scenariusz z drugiej strony, ich oczami. Ale pomagał mi też Andrzej Mellin, profesor ze Szkoły Filmowej w Łodzi, który kończył ze mną ten scenariusz. Jego uwagi bardzo mnie bolały, były niewygodne, ale pomogły mi wyjść poza strefę komfortu i przeniosły w rejony, do których sama bym nie doszła. O to chyba chodzi. To było bardzo cenne.

Co jest w takiej pracy najważniejsze?

Myślę, że każda historia powinna mieć swoją formę. Dyktuje ją bohater, przebieg akcji. Trudno mi powiedzieć jak to się dzieje, ale najczęściej zaczynam pracę nad opowieścią od tego, że wyobrażam sobie jej kształt. Z jakich elementów się składa. Dopiero potem czymś to wypełniam. Teraz piszę nowy scenariusz i zaczęłam właśnie od formy. Oparty jest na autentycznej historii kobiety, która napadła na bank. Najbardziej dojmujące jest to, że ze swoimi problemami była zupełnie sama.

Skupiam się więc na bohaterce, nikogo innego w tej historii nie ma. Podobnie było w „Dzikich różach”. Bohaterka jest bierna, wycofana – chciałam sprowadzić jej życie do mikroelementów, do drobnych rzeczy, bardzo delikatnych emocji. Wszystkiego, co dzieje się pod powierzchnią wydarzeń. Nikt tam nie wyraża tego, co czuje, prawdziwe emocje wychodzą dopiero wtedy, kiedy staje się coś, co przekracza wyobrażenie bohaterów o normalności.

Nie wierzę do końca w arystotelesowską formułę dwóch punktów zwrotnych. Myślę, że jest wiele różnych struktur dramatycznych i literatura nam to pokazuje. Film jest oczywiście prostszy. Ja sama lubię czuć niepokój w tym co robię. Jest to też mniej przewidywalne, zaskakuje i trafia do widza na innym poziomie.

Czy obserwując siebie na przestrzeni lat zauważyłaś, że jakieś tematy stały ci się bliższe, a inne może się wypaliły, wyczerpały? Zmieniło się twoje podejście do kina i pracy?

Kiedyś miałam potrzebę humoru, czarnego w moim przypadku. A w „Dzikich róż” tego humoru w ogóle nie ma, historia jest naprawdę dramatyczna. Niewiele jest momentów oddechu, które stawiałyby wobec niej nawias. Można więc powiedzieć, że poważnieję, nie wiem z czym to jest związane. Najchętniej robiłabym eksperymentalne filmy. Choć prywatnie lubię różne rzeczy, na przykład stare kino i musicale. W nowym kinie cenię poszukiwania. Coś, co jest nierówne, co zadaje pytania, ale nie szuka łatwych odpowiedzi. W Polsce niewiele takich rzeczy się dzieje w kinie, dużo za to w teatrze. Można dlatego, że to inna forma wypowiedzi, łatwiej rezonująca z rzeczywistością.

Ostatnio bardzo mnie poruszył spektakl „Wszystko o mojej matce” w reżyserii Michała Borczucha ze Starej łaźni. Wyjątkowa rzecz o charakterze brudnopisu, nieszablonowego zapisu, a jednocześnie bardzo wzruszająca i mocna.

Rozmawiała Aleksandra Różdzyńska

Anna Jadowska – urodzona w 1973 roku polska scenarzystka i reżyserka, studiowała reżyserię w Szkole Filmowej w Łodzi i Szkole Wajdy. Brała też udział w międzynarodowych warsztatach filmowych Ex Oriente i EAVE. W której dorobku znajdują telewizyjne i kinowe filmy dokumentalne i fabularne.

Jej debiutem był film „Dotknij mnie” (2003), nagrodzony m. in. Nagrodą Główną w Konkursie Kina Niezależnego na Festiwalu Filmowym w Gdyni i Złotą Kaczką dla najlepszego filmu offowego.

Następnie wyreżyserowała obraz „Teraz ja” (2004), również nagrodzony na Festiwalu Filmowym w Gdyni, za debiut reżyserski w Konkursie głównym i, również za reżyserię, na targach filmowych CentEast, organizowanych w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Ostatni dokument Jadowskiej, „Trzy kobiety” (2013) wygrał nagrodę Magic Hour Award na Planete + Doc Film Festival w Warszawie.