Barbara Krafftówna – Ta pani jest mała i ruda?!

East News / Barbara Krafftówna w „Jak być kochaną” Wojciecha Hasa, 1962 r.

Barbara Krafftówna w tym roku obchodzi 65-lecie pracy na scenie. Nadal dużo pracuje. Nie pije kawy ani herbaty, ćwiczy. W dzieciństwie słyszała: „nie garb się, zachowuj się”. Nie chodziło tylko o dobre maniery, ale i o postawę życiową. Samodyscyplinę. To zostaje w człowieku na zawsze.
Na mieście zawsze umawia się w tym samym miejscu. W warszawskiej kawiarni Wedla przy Szpitalnej. Pojawia się punktualnie co do sekundy, zdejmuje płaszcz i czapkę, odsłaniając długie włosy związane w kucyk. Stolik w Wedlu nazywa swoim biurem albo sztabem generalnym. Od lat zamawia to samo. Gorącą czekoladę z miętą.

reklama

Wygląda świetnie. Trudno pojąć, że niedawno świętowała swoje 82. urodziny. Nadal jest zabiegana. Gra, jeździ na spotkania z publicznością. Krytycy przywołują jej role w filmach Kazimierza Kutza, Andrzeja Wajdy, spektaklach Kazimierza Dejmka, Erwina Axera. Ale zwykli widzowie z setek jej wcieleń najlepiej pamiętają te z telewizji. Narzeczoną Gustlika Honoratę z „Czterech pancernych i psa”, siostrę Wołodyjowskiego z „Przygód pana Michała”. No i kabarety. Pod Egidą, ale przede wszystkim Kabaret Starszych Panów. Występowała w każdym odcinku. Śpiewała „Zakochałam się w czwartek niechcący” w eleganckim kostiumie, słomkowym kapeluszu i rękawiczkach, siedząc między wyfrakowanymi Jeremim Przyborą i Jerzym Wasowskim. Albo z Bohdanem Łazuką w duecie „Przeklnę cię”. I w piosence „W czasie deszczu dzieci się nudzą”, gdzie w fartuszku szkolnym wyglądała jak uczennica, choć w rzeczywistości miała już męża i podrastającego synka. To koniec lat 50. i początek 60., czasy czarno-białej telewizji, przyniosły jej największą popularność. Kiedy nadawali nowe odcinki „Kabaretu Starszych Panów”, ulice się wyludniały. Ludzie skrzykiwali się na seans u kogoś, kto miał odbiornik, życie towarzyskie kwitło. Przechodnie zaczepiali Krafftównę, gratulowali. Ale też często się dziwili: „o matko, to pani jest mała i ruda?!”.

GDZIE JEST BASIA?!

Kolor włosów długo był jej przekleństwem. Mama – brunetka, ojciec – jasny blondyn, mała Basia najbardziej podobna była do ciotki, siostry taty. Jako mały rudzielec nie miała łatwo. Dorośli oglądali się za nią na ulicy, od dzieciaków z podwórka słyszała: wiewiórka, marchewka.

– Odetchnęłam już jako dorosła osoba, kiedy nastała moda na farbowanie włosów na rudo. Nagle okazało się, że ten odcień to zaleta, nie wada.

Siedząc w Wedlu, Barbara Krafftówna wspomina, że w czasie okupacji mieszkała z matką i siostrą zaledwie kilka kroków stąd, na ulicy Górskiego. Przed wojną mieli dwa mieszkania. Jedno w Warszawie, drugie na Wołyniu. Ojciec był naczelnym architektem w Łucku. Wołyń, który raz na zawsze opuściły po wkroczeniu Armii Radzieckiej, to dla niej trawy sięgające czoła, zapach gruszek i lasu. I wycieczki dorożką nad wodę w każdą niedzielę. Był taki moment, kiedy w czasie jazdy woźnica skręcał i jechał jakiś czas wysoko położonym wałem. Za każdym razem mama, zwykle odważna i zasadnicza, zasłaniała ręką oczy i błagała, żeby wracali. Małą Basię w duchu rozśmieszało to do łez, już wtedy lubiła podpatrywać ludzi, wyłapywać komizm sytuacji. Ta scena wróci do niej po latach, tylko że wtedy nie będzie jej już tak wesoło. Na wyciecze za granicą w czasie zwiedzania, gdzieś w połowie wspinania na wieżę, bardzo ażurową, siadła nagle na także ażurowych schodach. Nie poszła dalej, drogę powrotną przerażona pokonała, sczołgując się na pupie z zamkniętymi oczami. Lęk wysokości ma do dziś. Dla niej Kazimierz Dejmek w słynnym „Żywocie Józefa” (1965) w jednej ze scen zamienił balkon na ganek. A trzy lata temu w „Peer Gyncie” reżyser Paweł Miśkiewicz musiał obniżać szafę, na której siedzi grana przez Barbarę Krafftównę bohaterka.

Z Jerzym Wasowskim i Jeremim Przyborą w komedii „Upał” Kazimierza Kutza, 1964 r.;To, że będzie aktorką, wróżyli w rodzinie od zawsze. Przebierała się w stroje matki i tańczyła na parapecie. Założyły się z przyjaciółką, która z nich przyciągnie więcej widzów. Ilu sąsiadów spojrzy zza firanki, ilu przechodniów z dołu zatrzyma się, żeby podziwiać je w oknie. Wygrała oczywiście Basia.

W głowie została jej też scena, jak mokra od potu wbiega na strych z wiadrami wody i przez okienko leje tę wodę w rynny, tak żeby w nich dudniło. Żeby wszyscy myśleli, że pada deszcz.

Miała wtedy z osiem, może dziewięć lat. I niezły charakterek. Jak w domu było dłuższą chwilę cicho, od razu ktoś z dorosłych się podrywał. Gdzie jest Basia?!

A jednak powtarza, że dzieciństwa prawie nie miała. Skończyło się krótko po tym, jak wybuchła wojna.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »