Młodzieżowe orkiestry – po co komu takie granie?

W Polsce nadal są mało popularne. I niedoceniane. Szkoda, bo mają niezwykły potencjał. Młodzieżowe orkiestry wyłapują młode talenty i są dumą swoich krajów. Wychowują muzyków, a czasem nawet ratują im życie.
– Gdyby nie orkiestra młodzieżowa, nie miałbym szans zostać tym, kim jestem – mówi Edicson Ruiz, jeden z najbardziej znanych kontrabasistów na świecie. Wirtuoz, który zasłynął jako najmłodszy w historii i pierwszy latynoamerykański muzyk, który dołączył do Filharmoników Berlińskich, urodził się i dorastał w stolicy Wenezueli

reklama

Caracas. W mieście, gdzie w slumsach żyje ponad milion dzieci. W kraju, gdzie na jedną rodzinę przypadają trzy Sztuki broni palnej. I gdzie właściwie każdy może zostać taką gwiazdą jak Ruiz. Wenezuelski system orkiestr młodzieżowych obejmuje i najniebezpieczniejsze dzielnice miast, i biedne przedmieścia.

MUZYCZNA UTOPIA

Ruiz nie wychowywał się w slamsach, a w zwykłej czynszówce w centrum Caracas, ale nieraz bywało, że nie mieli z czego żyć. Nie było mowy o szkole muzycznej czy prywatnych lekcjach gry na instrumencie. Zresztą jako mały chłopiec i tak nie zapowiadał się na wirtuoza. Był dzieckiem nadpobudliwym i sprawiającym problemy. Kiedy po raz pierwszy wziął do ręki skrzypce, wyślizgnęły mu się i o mało nie roztrzaskały o podłogę. Kontrabas to co innego: ciężki, wyważony, dwa razy większy od 11-latka. Ruiz szybko robił postępy, został zauważony. Za pierwsze pieniądze z koncertów kupił mamie lodówkę i pralkę. Miał niecałe 16 lat, kiedy został najmłodszym zwycięzcą prestiżowego konkursu Międzynarodowego Stowarzyszenia Kontrabasistów (International Society of Bassists). Dziś ma 26, koncertuje średnio przez siedem miesięcy w roku. Mieszka w Berlinie. Lubi jego spokój, porównuje go z potwornym hałasem i korkami w Caracas. A jednocześnie z podziwem mówi o mieście, gdzie prawie wszyscy jego koledzy grali na jakimś instrumencie. Ruiz to dziecko El Sistema. Sieć amatorskich orkiestr działa w całym kraju, skupiając kilkaset tysięcy dzieci i młodzieży. Wymyślił ją w latach 70. ekonomista José Antonio Abreu, dziś traktowany jak bohater

narodowy. Jego idea była z pozoru utopijna – muzyka miała być lekarstwem na bolączki kraju: bezrobocie, biedę i zatrważające statystyki policyjne. Kiedy dzieci grają, nie kradną i nie strzelają. Z inicjatywy Abreu, który potrafił przekonać do swojego projektu kolejnych rządzących Wenezuelą polityków, jeden po drugim otwierały się ogniska muzyczne, tzw. nucleos. Do dziś państwo je finansuje, powstają nowe. El Sistema może nie uzdrowiła całego kraju, ale zmieniła wiele. Ważny jest tu aspekt społeczny: już trzecie pokolenie młodych ludzi, którzy nie trafili dzięki niej na ulicę, pokończyło szkoły i zaangażowało się w działalność na rzecz innych. Trudno znaleźć inne państwo na świecie, które ma tyle amatorskich orkiestr, ansamblów jazzowych, konserwatoriów, szkół lutniczych i profesjonalnych zespołów co 30-milionowa Wenezuela. Prawie wszyscy działający w nich muzycy zaczynali od grania w osiedlowych nucleos.

KONCERT W MUNDURKU

Edicson Ruiz

Po tym jak Edicson Ruiz wygrał konkurs Międzynarodowego Stowarzyszenia Kontrabasistów, trzecie i drugie miejsce oraz nagrodę specjalną w kolejnych edycjach zdobył Polak, dziś muzyk Orkiestry Filharmonii Kaliskiej. Karol Kowal skończył Akademię Muzyczną we Wrocławiu, po czym na dwa lata wyjechał na podyplomowe studia mistrzowskie. Dostał stypendium Uniwersytetu Oklahoma City. Trafił na południe Stanów, na tereny tzw. pasa biblijnego. Mówi, że było dokładnie tak jak na filmach. Rozległe pustkowia, pastorzy w telewizji, tornada. Na ulicach mężczyźni mówiący z silnym południowym akcentem, w kowbojskich butach i kapeluszach, z nieodłączną wykałaczką w ustach. A w tym wszystkim sale koncertowe wypełnione ludźmi. Karol Kowal wspomina swoją współpracę z orkiestrą Fort Smith Symphony. Raz w miesiącu, w niewielkiej miejscowości na granicy Oklahomy i Arkansas, w budynku miejskiego centrum kultury, odbywają się koncerty symfoniczne, które ściągają widzów z sąsiednich stanów. Muzycy tamtejszej orkiestry mają też na koncie dwa albumy nagrane dla wytwórni Naxos, jednego z wiodących wydawców muzyki klasycznej. Skąd miłość do Händla czy Brahmsa pośrodku amerykańskiej prerii? Karol Kowal twierdzi, że zna odpowiedź. Jako stypendysta był zobowiązany kilka godzin tygodniowo pracować na rzecz uczelni (Wanda L. Bass School of Music). Pomagał m.in. w organizowaniu konkursów dla orkiestr szkolnych – podstawówek i gimnazjów – na szczeblu międzyszkolnym i stanowym. Pamięta, jakie wrażenie zrobił na nim widok trzecioklasistów, z błyszczącymi oczami, w mundurkach z emblematem szkoły, wykonujących suitę „Peer Gynt” Griega. Tłum rodziców i kolegów na widowni dopingował ich jak sportowców.

W Stanach tradycja szkolnych orkiestr jest niemal tak silna jak szkolnych drużyn bejsbolowych. Uczniowie podczas regularnie odbywających się konkursów walczą nie tylko o zwycięstwo dla swojej orkiestry, ale i rywalizują między sobą. Co sezon, a czasem przed każdym występem, organizowane są przesłuchania. Dzieci walczą o pozycje

liderów, o miejsca z przodu orkiestry. Dla kogoś z zewnątrz konkursy mogą być szokujące. Nie są to wykonania na światowym poziomie, w repertuarze nie tylko klasyka, ale i np. instrumentalne aranżacje przebojów country. Najważniejsze, żeby w czasie występu dać z siebie wszystko. Karol Kowal: – Konserwatoria i prywatne lekcje gry są dla chętnych, ale przeciętny amerykański uczeń nawet jeśli podczas szkolnych konkursów tylko kibicuje swoim kolegom, oswaja się przy okazji z muzyką i wyrabia sobie muzyczny gust. Ci sami ludzie, już jako dorośli melomani, odwiedzą salę koncertową. Karol Kowal oprócz grania w orkiestrze uczy też w szkole muzycznej w Kaliszu. Sam mówi, że polski system edukacji jest świetny, ale niekompletny. Kształci solistów. Prężnie działających młodzieżowych orkiestr jest u nas jak na lekarstwo.

KOMÓRKA KONTRA KONTRABAS

Tym cenniejsze są takie inicjatywy jak wspierana przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego Sinfonia Iuventus, zawodowy zespół najzdolniejszych absolwentów uczelni muzycznych z całej Polski. A co z młodszymi muzykami? 21-letni Michał Wiśniowski studiuje w Warszawie, klasę kontrabasu ukończył w Bielsku-Białej. U legendarnego Bonawentury Nancki, profesora, który wykształcił wielu znanych kontrabasistów. W szkole indywidualne lekcje z profesorem były dla Michała wydarzeniem, za to hasło „orkiestra” oznaczało dla niego obowiązkowy przedmiot do zaliczenia.

Z orkiestrą młodzieżową z prawdziwego zdarzenia po raz pierwszy zetknął się, kiedy miał 15 lat. W Niemczech. Z kolegą zostali zaproszeni na warsztaty do Badenii-Wirtembergii. Tamtejsza Landesjugendorchester

(większość niemieckich landów ma własne dziecięce i młodzieżowe zespoły), potrzebowała kontrabasistów. Michał opowiada też o niezwykłym obozie artystycznym w Kalifornii, około stu mil od Los Angeles. Miesiąc na warsztatach, sala koncertowa wśród domków kempingowych, z dala od cywilizacji. Na miejscu dyrygował słynny Larry Livingston, który na podeście tańczył i potrafił z młodych ludzi wycisnąć wszystko, co chciał. Ale Michał dobrze pamięta też przesłuchania przed tamtymi próbami i swoje chwile zwątpienia. Z początku nie wiedział, czy podoła, nie czuł się pewnie w grupie. Mówi, że większość muzyków w naszym kraju staje przed tym samym problemem już jako dorośli ludzie, kiedy zatrudniają się w zawodowych zespołach. Michał Wiśniowski ma też za sobą warsztaty w Chile, w tym roku po raz kolejny dołączy do międzynarodowego projektu The Baltic Youth Philharmonic, w ramach którego setka młodych ludzi z różnych części Europy koncertuje w krajach nadbałtyckich.

O zagranicznych projektach, warsztatach, stypendiach dowiaduje się od znajomych, na uczelniach wiszą plakaty, można coś znaleźć w Internecie. Żałuje, że w Polsce programów wspierających młodych muzyków jest tak niewiele. Sam dwukrotnie był stypendystą Agrafki Muzycznej, która przez dziesięć lat dofinansowywała najzdolniejszych polskich uczniów. Mówi, że nie musimy mieć statystyk policyjnych czy bezrobocia jak w Wenezueli. Dzieciakom, które chcą grać, i tak nie jest łatwo. Jemu pieniądze z Agrafki przydawały się na strojenie instrumentu (200 zł) czy nabicie smyczka – (kolejne 200). Jedno i drugie trzeba powtarzać co kilka miesięcy. Wart kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy kontrabas można w szkole wypożyczyć za darmo, ale już komplet strun do niego kosztuje ponad 1000 zł. Wystarczy na pół roku, czasem na dłużej. Dzieci z małych miejscowości muszą płacić za dojazdy do szkoły muzycznej, do miasta. Czy w naszym kraju sprawdziłaby się sieć ognisk podobnych do tych z El Sistema? Słysząc to pytanie, Karol Kowal i Michał Wiśniowski kiwają głowami. Sceptyczny jest tylko Edicson Ruiz. Tak, kilka krajów europejskich próbuje tę samą wizję przenieść na swój grunt. Ale jemu wydaje się to mało realne. – Dla wielu młodych ludzi z Polski czy Europy granie na instrumencie to obciach. Po co im to, skoro mają komputer czy komórkę? W Wenezueli, gdzie 80 procent społeczeństwa żyje na granicy ubóstwa, muzyka jest warunkiem przetrwania. Jedyną nadzieją na lepsze życie. Myślę, że to tajemnica ogromnego sukcesu El Sistema. Każdy naród powinien szukać swoich rozwiązań.