Sambor Dudziński – Połączyć duchowość z techniką

Markus / Sambor Dudziński w masce ptaka

Multiinstrumentalista i kompozytor, aktor oraz wojownik sztuki. Nagradzany na wielu festiwalach – artysta zależny od nikogo prócz siebie samego. „Śpiew, taniec i nagość w największym stopniu wymagają od człowieka przełamania wstydu. Mam raczej większe problemy z hamowaniem się w tej kwestii. Scena wyzwala we mnie zwierzę, którym lubię się stawać. Zwierzę, które bardziej ufa niż się boi” – mówi Sambor Dudziński. W swojej wrocławskiej pracowni rozmawiamy o tworzeniu maski, za którą chowają się ludzie, odkrywaniu muzyki wciąż na nowo, barwie, jaką przybierają emocje, poczuciu wewnętrznej niezależności i wiosce artystycznej – wolnej od schematów i reguł narzucanych przez jakikolwiek system.
Anna Bielak: Słuchałam ostatnio twoich starych nagrań i wciąż chodzi mi po głowie „Korowód” Marka Grechuty: „Kto pierwszy szedł przed siebie? Kto pierwszy cel wyznaczył? Kto pierwszy sławę wszelką i włości swe miał za nic? Kto pierwszy w noc bezsenną wymyślił wielką armię?” Kto wymyślił ciebie?

reklama

Sambor Dudziński: (po długim milczeniu) Ludziom bardzo często się wydaje, że muszą siebie wymyśleć, stworzyć, znaleźć na siebie sposób. Bardzo często to się kończy jednak tym, że człowiek znajduje sobie maskę, za którą się chowa całe życie bądź jego większość. A być może jest tak, że my jesteśmy już przez kogoś wymyśleni i nie musimy robić tego sami? Może powinniśmy raczej siebie odnaleźć? Nie okłamywać się, być ze sobą w zgodzie i podążać za swoimi pragnieniami. Może ten, kto nas wymyślił, zrobił to od nas lepiej i fajnie dać sobie szansę, by dowiedzieć się tego?

– I ty się już tego dowiedziałeś? Jest taki moment, kiedy to następuje?

Dowiedziałem się już sporo na swój temat, ale nie jestem zamknięty na dowiadywanie się wciąż od nowa. Wierzę, że jeśli jutro okaże się, iżj est inaczej niż myślałem, przyjmę to z wielkim zaciekawieniem.

– Pochodzisz z teatralnej rodziny, dla której ciało stanowi od zawsze niezwykły środek ekspresji. Nie jest ono tym, czego się wstydzimy, ale tym, co pozwala nam ukształtować swoją duszę. Jak zmieniał się twój stosunek do ciała, kiedy byłeś dorastającym chłopcem? Jaki jest obecnie?

Czasami ciało jest źródłem naszego wstydu, bo jest grzeszne i grzechów się wstydzimy, choć czasem im ulegamy. Ciało jest też źródłem naszej radości, naszego szczęścia. Jeżeli sobie uświadomię, że ciało jest moim narzędziem, które mogę rozwijać i doskonalić, to okazuje się ono bardzo przydatne. W zależności od tego, jak z niego korzystam, wstydzę się go bardziej albo mniej. Poczucie wstydu jest potrzebne w jakimś procencie – jak wszystko w życiu (strach, odwaga czy pewność siebie). Istotne jest to, aby żadna z tych emocji nie okazała się dominująca. Trzeba znaleźć odpowiednie proporcje. Jeżeli działam na swój własny pożytek, to na ogół wstydzę się swojego ciała. Jeśli działam na czyjś pożytek, wstydu jest w tym dużo mniej – to jest więc kierunek moich poszukiwań.

– Zapytałam o ciało, ponieważ powiedziałeś kiedyś, że to, czego się wstydziłeś, to była twoja indywidualność

Nigdy tak naprawdę nie miałem kłopotów ze wstydem, kompleksy to co innego – są we mnie do dzisiaj. Śpiew, taniec i nagość w największym stopniu wymagają od człowieka przełamania emocji tego typu. Mam raczej większe problemy z hamowaniem się w tej kwestii. Scena wyzwala we mnie zwierzę, którym lubię się stawać. Zwierzę, które bardziej ufa niż się boi.

Foto: Markus– Mówiłeś, że odkryłeś muzykę dzięki studiom na wydziale lalkarskim w szkole teatralnej, poznałeś sekretne życie lalek, które zamieniałeś w instrumenty muzyczne.

Muzykę odkryłem na wydziale lalkarskim na nowo. Pierwszy kontakt z muzyką miałem w domu rodzinnym. Uczęszczałem do szkoły muzycznej, gdzie uczyła moja babcia. Wcześniej – jako pięcioletni chłopiec, wsłuchiwałem się w moją mamę– śpiewającą i grającąw domu na pianinie. Muzykę odkrywałem również w naszym rodzinnym teatrze, Performer [http://free.art.pl/performer/ przyp. red.], szukałem jej indywidualnie od piętnastego roku życia, odnajdując ją w piosence poetyckiej i autorskiej. Na wydziale lalkarskim zobaczyłem nowe oblicze muzyki dzięki zrozumieniu różnicy między muzykąestradową a sceniczną. Będąc na pierwszym roku komponowałem muzykę do dyplomu kolegów z czwartego roku – „Henryka V” William Szekspira w adaptacji Jerzego Remigiusza Brzyka. Miałem do dyspozycji różne instrumenty i różne dźwięki, które proponowałem jako tło do poszczególnych scen spektaklu. W jednej ze scen żaden nie spełniał swojej roli, nie pasował. Reżyser chodził już po scenie zaniepokojony i w końcu zarządził przerwę. Stanąłem sobie z boku i półświadomie zacząłem coś brzdąkać. To zwróciło jego uwagę, podszedłi powiedział: To! To było dobre! To, co teraz grałeś. Odparłem, że nic nie grałem… To co w takim razie słyszałem? – nalegał reżyser – dokładnie takie dźwięki pasują idealnie do tej sceny! Proponowałem mu najpiękniejsze dźwięki, a on wybrał brzdąkanie. Uświadomiłem sobie jednak wtedy, że teatr jest przestrzenią, w której czasem nie o estradową muzykę chodzi, nie o arcydzieło, ale dźwięk, może przypadkowy, może nie muzyczny, ale dźwięk, który niesie naddane znaczenie – nawet dzięki swojej prostocie. Muzyka okazała się dużo szerszym pojęciem niż myślałem. To nagle otworzyło przede mną ocean możliwości.

– Kiedy w Jeleniej Górze graliście sztukę w kontenerze na śmieci wasze hasło brzmiało: sztuka jest śmieciem, śmieci są sztuką. Obecnie w trakcie realizacji jest projekt pt. Dźwięki z Odzysku, w ramach warsztatów ma powstać Orkiestra Surowców Wtórnych.

Tak, to idea realizowana wspólnie z Michałem Litwińcem i Pawłem Romańczukiem, która narodziła się w ramach projektu dedykowanego dzieciom biorącym udział w warsztatach muzycznych, które będziemy prowadzić we trójkę. No i… ahoj przygodo! Stajemy przed nieznanym, ale to właśnie to jest dla mnie ciekawe. Chciałbym, żeby to, co nieznane stało się znane, oswojone.

– Z czego wykonujecie instrumenty?

– Instrument nie zawsze trzeba zrobić. Czasem wystarczy go odnaleźć, usłyszeć atrakcyjne dźwięki wydawane przez przedmioty, które na pierwszy rzut oka nie maj ąz klasycznymi instrumentami nic wspólnego.

– Kolory z muzyką pozornie też niewiele, a ty polubiłeśżowy kolor natychmiast, jak go zagrałeś… Jesteś synestetą– kojarzysz ze sobą barwy i dźwięki. Jaki kolor ma melodia liryczna, jaki rytmiczna, jaki kolor ma krzyk, a jaki spokój?

To nie jest zależne od gatunków, ale od wrażeń. Muzyka liryczna może mieć kolor zielony, jeżeli w danym momencie dany temat będzie dotykał tych emocji, które kojarzą mi się z zieloną barwą. Kolory nie są przyporządkowane wyłącznie danym kategoriom, są one raczej wyrazem wrażeń, a muzyka jest językiem emocji. Jeżeli jest we mnie jakiś stan emocjonalny, wyzwalam go poprzez dany język, którym w moim przypadku jest właśnie muzyka. W niej wszystko znajduje punkt wspólny. Barwy są materializacją wrażeń, jakim podlega muzyka. Z drugiej strony odpowiedni kolor przed oczami może pomóc muzykowi nadać określony charakter utworom, które wykonuje [ściany w pracowni Sambora są pomarańczowe – przyp. red] Kiedy grałem kolor różowy – natychmiast podporządkowałem się wrażeniu związanemu z tym kolorem.

Foto: Markus– Zbigniew Preisner powiedział, że kompozytor teatralny albo filmowy ma tyle do gadania, co końdo woźnicy. Ja powiedziałabym nieco inaczej: gdyby nie koń– woźnica nie ruszyłby wozu z miejsca.

To, czego nauczyłem się od Zbigniewa Preisnera, było bardzo piękne. To on mi uświadomił, że nie wolno realizować własnych ambicji, jeżeli jest się współtwórcą. Dowódcą okrętu w teatrze i na planie filmowym jest reżyser. To bardzo ważna zasada, wymaga pokory i świadomości tego, że jeśli ochota kompozytora nie pokrywa się z ochotą reżysera – należy poniechać realizacji pomysłu, by obaj twórcy finalnie coś na tym zyskali. Tego wymaga dyscyplina. Analogię do tej sytuacji możemy znaleźć choćby w religii – jeśli ktoś ma ochotę na czyn, którego zabrania mu religia, którą wyznaje – powinien z niego zrezygnować, by w rzeczywistości zyskać coś innego. Czasami dużo więcej zyskujemy, kiedy jesteśmy czymś zniewoleni, ponieważ prawdziwa wolność to ograniczenia. Jeżeli ograniczę swoje nałogi to jestem od nich wolny, prawda? Nasze ograniczenia bywają naszą wolnością.

– Powiedziałeś, że sukces jest największym zniewoleniem. Rzuciłeś etat w teatrze, szukasz wolności, niezależności, to sprawia, że nie czujesz się martwy. Przypomina mi się piosenka Edie Brickell & New Bohemians „Me By the Sea” i jej słowa: “I’m a prisoner of freedom, ten toes in the sand…” Jesteś więźniem swojej wolności?

Zrezygnowałem z pracy etatowej, bo uznałem, że cierpię pracując w teatrze, ponieważ nie mogę realizować tego, czego naprawdę chcę. Zostając w teatrze musiałbym realizować czyjeś pragnienia, nawet jeśli w danym momencie nie pokrywałyby się one z moimi własnymi. To byłoby nieuczciwe. Praca na etacie dała mi jednak duże doświadczenie i uświadomiła w większym stopniu, czego pragnęw życiu. Czy jestem więźniem swojej wolności? To ciekawe sformułowanie… nie chciałbym nim być, aczkolwiek uważam, że dobrze jest być zniewolonym przez coś, co się szanuje. Jeżeli szanuję postawę życiową człowieka, który mi szalenie imponuje – chciałbym się zniewolić jego wyborami. To, czego powinniśmy się najbardziej obawiać to mylenie zachcianek z pragnieniami. W pogoni za niezależnością można niewłaściwe rzeczy czynić treścią naszej wolności. Dlatego uważam, że prawdziwa wolność to są ograniczenia, mądre ograniczenia, na które się świadomie decydujemy.

– Twoje imiona to Damian Paweł, Sambor to pseudonim artystyczny. Mówiłeś, że cieszysz sięz jego istnienia, bo pozwala ci on na zachowanie dystansu do rzeczywistości. Sztuka współczesna stawia sobie jednak za cel niwelowanie dystansu, czynienie sztuki elementem intymnego, codziennego doświadczenia.

Sambor stał się moim pseudonimem dzięki pani w urzędzie, która powiedziała, że nie ma takiego imienia w języku polskim i kazała wybraćsobie inne na „s” [śmiech] Dystans między życiem a sztuką to temat rzeka! Kiedyś dałbym się zabić za pewność, że życie i sztuka to jest jedno i to samo.

– Jako chłopiec zamiast iść do zerówki wyjechałeś z ojcem na rok do waszej chaty w Bondyrzu pod Zamościem. Uczyłeś się godzenia życia i sztuki, tworzenia całości z rzeczy, które wymagają stuprocentowej uwagi same w sobie.

Problemem w tej kwestii jest często nazewnictwo… Jeżeli kobieta myje klatkę schodową, bo to należy do jej obowiązków – mówimy, że wypełnia swoje zadanie. Potem wraca do swojej rzeczywistości. Jeśli jednak wykonując to zadanie owa kobieta nie separuje się od siebie samej i nie czuje się niewolnikiem swojej pracy to znaczy, że jej życie jest połączone z jej zadaniem. Zadanie artysty polega w pewnym sensie na tym samym – musi zakasać rękawy i być sługą swojej powinności, pieczołowicie wykonać swoje zadanie i nie zapominać przy tym, że jest zwykłym człowiekiem. Ma piękne myśli, ale i troski, trwa w przestrzeni ciągłej zmiany, twórczośćjest tylko częścią procesu, któremu podlega – tak jak sprzątanie klatki schodowej jest częścią życia wspomnianej kobiety. Istotne jest to, by nie oddzielać tych dwóch rzeczy od siebie, zawsze być tym samym człowiekiem, który po prostu umiejętnie dzieli swój czas na zadania. Realizować je z powinnością sługi, ale nie przeciwko sobie.

– I tobie się to udaje?

Czasami tak.

– Zapytałam kiedyś kolegę– aktora, czy kiedy gra jest w stanie na kilka godzin całkowicie odciąćs woją codzienność od rzeczywistości scenicznej. Powiedział, że tak.

Ludziom bardzo często się wydaje, że muszą siebie wymyśleć, stworzyć, znaleźć na siebie sposób. Bardzo często to się kończy jednak tym, że człowiek znajduje sobie maskę, za którą się chowa całe życie bądź jego większość.

To bardzo dobrze. Zadanie aktora polega na stawaniu się inną postacią. To niebezpieczne, jeśli nie separuje się od niej mimo, że przepuszcza ją przez swoją wrażliwość. Większe niebezpieczeństwo niosą jednak sytuacje, w których aktor realizuje zadania aktorskie w życiu prywatnym. Jeśli nie oddziela się sacrum od profanum w tej kwestii i jeżeli wchodzi się w sferę sacrum w sferze profanum – w rzeczywistości codziennej – to może się to źle skończyć. Jeśli ktoś staje się inną postacią w życiu codziennym i odgrywa ją przed sobą samym i innymi, to może wszystkich bardzo zaboleć. Uważam, że pod tym względem nie tylko warto, ale należy oddzielać sztukę od życia.

– A ty nie chcesz tych dwóch rzeczy obecnie połączyć na stałe? W Lubiążu pod Wrocławiem, gdzie po latach starań ma powstać twoja wioska artystyczna [http://www.alewiocha.pl/]?

Chcę. Musimy jednak pamiętać, że sztuka – prócz tego, że jest fragmentem Boga, którego dotykamy swoim działaniem, to też rzemiosło. Należy połączyć duchowość z techniką, czyli tym co w obrębie sztuki jest bardzo dobrze znane. To ogromnie ważne, by w procesie twórczym nie wyrzec się żadnej z tych rzeczy. My artyści – tak jak duchowni, kaznodzieje, księża i szamani, jesteśmy odpowiedzialni za pracę z duszą. To jest nasza powinność. Nie wszyscy artyści muszą oczywiście wypełniać tak rozumianą powinność. Można realizować się artystycznie wyłącznie na obszarze estetycznym i nie dotykać duchowości. Sztukę tego typu najłatwiej porównać mi jednak do cyrku, który daje ludziom rozrywkę, ale nie pretenduje do wnikania w głębsze obszary emocji. Musimy wykorzystywać i umysł i serce równocześnie.

– Masz w sobie coś z Suzanne z piosenki Leonarda Cohena, którą kiedyś słyszałam w twoim wykonaniu, Suzanne, która „proponuje ci herbatę i chińskie pomarańcze”, Suzanne, za którą chcesz podążać, bo „dotknęła twego ciała myślą swą”…

A jak odbierasz Suzanne? Jak byś jąs charakteryzowała? Jako kogo?

– Hmm, przy Suzanne wystarczy jeden gest, jedno spojrzenie, żeby wiedzieć wszystko, mimo, że nie potrafisz zwerbalizować niczego. Taka jest Suzanne, mimo jej niedoskonałości, z których doskonale zdajesz sobie sprawęi tak staniesz z nią ramię w ramię. Jest w niej i serce i dusza, racjonalny umysłi szaleństwo, prostota i wyrafinowanie.

To komplement, dziękuję.

– I tym sposobem nie powiedziałeś niczego o wiosce artystycznej [śmiech]

Wioska jest moim marzeniem od dawna. Po przyjeździe do Wrocławia długo jeździłem po okolicy w poszukiwaniu siedziby dla społeczności, bardzo złożonej i rozmaitej, choćskładającej sięgłównie z członków mojej rodziny. Mam na myśli moich rodziców [Pawła i Bożenę Dudzińskich – przyp. red] oraz czwórkęrodzeństwa i ich rodziny. We wszystkich tkwi ogromny potencjał twórczy. Dziś coraz bardziej popularne staje się przywiązywanie się do swoich rodziców. Nie chodzi tu o brak samodzielności, ale o współ-pobieranie, twórcze współ-istnienie. Nie chcę jednak ograniczyć wioski tylko do członków mojej rodziny. W moim wyobrażeniu to przestrzeń rozwoju i współpracy bardzo wielu ludzi, to rodzaj placu zabaw – na tyle uniwersalnego, żeby bawić się na różne sposoby. Bawić się w muzykę, teatr, rzeźbę. Projekt opiera się na tym, aby na jednym obszarze (my dysponujemy obszarem 9 hektarów) zbudować kompleks pracowni rękodzieła artystycznego. To dziedzina, która interesuje mnie najbardziej, ale nie jestem zamknięty na poszukiwania w obrębie innych. Profile poszczególnych pracowni będą zależne od osób, które będą się nimi zajmować. Chcę zebrać stałą grupę twórców, która będzie współtworzyła środowisko ludzi rozwijających swoje pasje. Nie chodzi mi o stworzenie komuny – to ważne. Wejdźmy do pierwszej wsi w Polsce – żadna z nich nie jest komuną. Chciałbym, żeby oprócz artystów mieszkali tam też lekarze, rolnicy, naukowcy czy technolodzy. Tym, co będzie łączyć nas wszystkich jest niezależność od państwa, które niestety w wielu przypadkach wyrządza swoim obywatelom wielką krzywdę swoim wadliwym systemem. Pragnę stworzyć tam przestrzeń sprzyjającą rozwojowi każdej jednostki, a nie hamującą ją na każdym kroku.