Ścinki z życia

Jan Dziaczkowski Tijuana 2009 olej na płótnie

Artysta Jan Dziaczkowski spadł z Tatr i się zabił. Taki koniec autora pracy „Dlaczego nie wszyscy kochamy przygody?”, gdzie w technice kolażu pokazał szczyty gór. A pracę zamieścił w modnej warszawskiej klubokawiarni, gdzie ludzie sączą latte i wcale nie chcą wyjeżdżać z miasta.
To nie przedwojenny lans na Zakopane, narty, brydża. Tu się pracuje i nie ma czasu na „górskie przygody”. Urlop jest przedłużeniem załatwiania interesów, urlop aktywny to drogi sprzęt i komórka zamiast kijków narciarskich. Dlatego też Dziaczkowski obkleił kolażową fototapetą wnętrze warszawkowej socjety, aby choćby na chwilę sprowokować do refleksji na temat spędzania czasu. Aby zasiać ziarno niepokoju – czy na pewno przewalanie się z klubu do klubu i z wernisażu na premierę to idealny sposób na zabawę? A gdzie przyroda, drzewo, szlak? Powietrze zatykające pory i przewiercające tlenem czaszkę? Achaś, nie potrzebujecie tlenu, tacy jesteście nowocześni- dobrze, w takim razie smażcie się w smogu i permisywizmie. I artysta Jan Dziaczkowski jechał prosto z Warszawy kolejką linową na Rysy, siadał i z góry patrzył na wszystko. Głównie na nas samych. Potem wracał do domu i kleił wspaniałe kolaże.

reklama

To technika coraz rzadziej używana, wywodząca się ze współczesnej sztuki początków XX wieku (Picasso dał gatunkowi nazwę, dadaistka Hannah Hoch doprowadziła do perfekcji, w Polsce sławił wczesny „Przekrój”). Polega na zestawianiu ze sobą obiektów o różnej fakturze i materiale (gazety, fotografie, przedmioty), naklejaniu ich na płótnie lub papierze w najbardziej dziwnych konstelacjach. I tak Mona Lisa ma tułów osła, zza pleców Hitlera wychylają się jelenie na rykowisku, a jakaś pani czyta spokojnie książkę na siedząc na głowie hipopotama.

W Polsce chyba najbardziej znaną osobą tworzącą nałogowo tego typu obrazy jest Wisława Szymborska. Jej oryginalne kartki wysyłane do przyjaciół opierają się za to na zadziwiających zestawieniach zdjęcia lub grafiki i wycinku tekstowego z gazety. W książce autorstwa Joanny Szczęsnej i Anny Bikont „Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny Wisławy Szymborskiej” znaleźć można kopię pocztówki wysłanej do pisarki Małgorzaty Musierowicz, gdzie pół naga kobieta pręży się wydymając usta, a z jej głowy „strzelają” francuskie nazwy wyrafinowanych potraw. Obrazki są starannie wycięte, oszczędne w treści. Po prostu są wierszami w innej formie. Inna noblistka, Herta Müller, również w wolnych chwilach wycina słowa lub całe zdania z gazet. Układa z nich wiersze. Zostały one ostatnio wydane (i przetłumaczone) również w Polsce. Tutaj każdy wyraz dostaje nowy sens, nasze przyzwyczajenie rozbijane jest przez kontekst. Dotychczasowe znaczenia nie mają racji bytu. Stereotyp zamiera, kalki myślowe do niczego nam się nie przydają. Choćby na pocztówce Szymborskiej – goła baba okazuje się koneserką kulinarną. Na innej kartce słodki kociak podpisany jest jako „panienka lekkich obyczajów”. I tak dalej.

W twórczości Dziaczkowskiego, uhonorowanej możliwością zaprojektowania okładki na 65-lecie „Przekroju” (muszą to Państwo zobaczyć – klasyka!) kolażowe obrazy stają się opowiadaniami. Powieściami wielowątkowymi. Wyprawami we wszystkie strony mózgu- na szczęście z biletem powrotnym. Wspólnie z ojcem pracował nad archiwum wycinków z gazet, starych zdjęć, druków i reprodukcji dzieł sztuki. Wykorzystywał je do tworzenia oryginalnych, nawiązujących często do klasycznego malarstwa, „wycinanek”. W wywiadzie do Gazety Wyborczej powiedział, że cała magia kolażu polega na tym, że papier ma swoją historię. Na tym to wszystko polega. Papier, nożyczki, klej. Czasami inne materiały. Z fakturą, zapachem, aurą. W najlepszym programie graficznym nie zrobicie tego, co robił Dziaczkowski. W zbiorze „Kolaże” z 2007 roku jest wszystko to, co daje nam prawdziwe dzieło: możemy śledzić załamanie papieru, źle odbitą czcionkę maszyny do pisania (tak, pamiętacie taki wczesny notebook?), włosa przyklejonego do starej fotografii. Czegoś, co żyje, a nie jest uładzoną formą przysłaną nam z kosmosu i podrzuconą na wycieraczkę. Kto wącha stare gazety kupione na starociach, ten wie.

Nie da się zastąpić szczerej twórczości choćby najbardziej profesjonalną kreską. Tyczy się to wszystkich form kultury. Potknięcie w wierszu, nieudana scena w powieści, wreszcie moment, w którym aktor spojrzał przez chwilę w kamerę. Sekunda prawdy, dotknięcia nas samych. Brzmi górnolotnie? A co tam, w zdepilowanym świecie wszystko, co emocjonalne nie jest dobrze widziane.

I dlatego żal Jana, żal niepowyklejanych obrazów (a miały takie powstać). Żal „Przekroju”, że nie ma już kolaży.

Po śmierci Dziaczkowskiego można się tylko pocieszać, że dołączył do listy wybitnych taterników, którzy ponieśli śmierć w ukochanych górach. To właśnie dla nich powstał symboliczny Cmentarz Ofiar Tatr pod Osterwą. Znajdują się na nim tablice poświęcone min. Januszowi Długoszowi (współpracującemu z „Piwnicą pod Baranami”) czy Mieczysławowi Karłowiczowi (dyrygentowi i kompozytorowi). Wszyscy oni wycięci są teraz pewnie przez Janka i wklejeni do nowego obrazka. Nie wiem tylko, gdzie go można zobaczyć.