Zbigniew Kasprzak – Grunt to zdrowy krytycyzm

123RF.com

Obok Grzegorza Rosińskiego jest najwybitniejszym polskim rysownikiem komiksów. Na rynku frankofońskim odniósł spory sukces, czego dowodem jest nagroda belgijskiej Izby Ekspertów Komiksu za ilustracje do pierwszego albumu serii „Halloween Blues”, u nas dostępnego w wydaniu zbiorczym dzięki wydawnictwu Egmont. Obrazy Zbigniewa Kasprzaka wystawiane są często w francuskich i belgijskich galeriach, oryginały natomiast upiększają wiele prywatnych kolekcji na całym świecie. Niedawno spełnił swoje młodzieńcze marzenie, rysując komiks przedstawiający życie Marylin Monroe. Niebawem historia obrazkowa o ikonie kina ujrzy światło dzienne w Polsce za sprawą wydawnictwa Ongrys. Premiera albumu jest planowana na tegoroczny Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi.
– Wspominałeś w wywiadach, że wychowywałeś się w cieniu Marylin Monroe. Jako jej wielbiciel musisz czuć się szczęściarzem.

reklama

Wielbiciel to może za mocne słowo. Nie jestem w końcu typem fana bez limitów. Rzadko wracam do filmów z Marylin, nie jestem też zbieraczem jej pamiątek. Rzecz jasna mam ciepłe spojrzenie na tą postać i z uwagi na swój wiek to jej mit jeszcze żył. Już jako dzieciak miałem z nią kontakt poprzez zdjęcia w prasie. Oczywiście mówimy o socrealistycznej Polsce. Społeczeństwo nie było zamerykanizowane, a media nie mogły wywyższać na piedestał postaci z tamtego kręgu kulturowego. Niemniej Marylin Monroe była międzynarodowo uznaną aktorką i mówiono o niej nawet w polskich artykułach. Już w podstawówce oglądałem z nią filmy. Ten ideał blond piękności, taki „sexy”, pomimo powierzchowności emanował klasą, był zniewalający dla młodego człowieka. Zresztą on przetrwał u mnie do tej pory. Ponadto postać ta silnie oddziaływała na czasy, w których egzystowała. Proszę spojrzeć na chociażby rysowany przeze mnie „Halloween Blues”, usytuowany w Ameryce lat 50. Dana, zjawa dręcząca swojego męża policjanta i jedna z głównych bohaterek, wyszła częściowo z inspiracji Marylin Monroe. Dlaczego? Bowiem Marylin oderwała się od swojej postaci fizycznej. Z tego też względu stała się mitem. Przestała żyć. Jej śmierć jest nadal kwestią ciągłych spekulacji, zagadek i domniemań. Oczywiście można przyjąć główne podejrzenie, samobójstwo. Ale czy tak było naprawdę? Nigdy się tego nie dowiemy.

– To zresztą fascynująca postać. I jak złożona. Dla jednych słodka idiotka, dla drugich zaś intelektualistka czytająca „Ulisessa” Joyce’a.

– Jak to w najznamienitszych kawałach o blondynkach – duże walory fizyczne i mały rozum. Ani mnie to nie oburza, ani nie buduje pozytywnie w odniesieniu do społeczeństwa i jego stosunku do stereotypów. Myślę, że ona miała wiele wad.

– Jakiego pokroju?

– To były wady nabyte, wynikające bardziej z skomplikowanego życia, niezawinione. Urazy z dzieciństwa, kompleksy nabyte w specyficznych warunkach. Matka była w końcu schizofreniczką. Widmo choroby psychicznej ciążyło nad nią od dzieciństwa. Często takie choroby są dziedziczone, choć nie zawsze. Proszę zauważyć, że ona właściwie była wychowywana przez przyjaciółkę matki, nawet nie dalszą rodzinę. Jej matka była kompletnie niezdolna do opieki nad dzieckiem ani zapewnienia matczynej miłości. Następną kwestią jest wiecznie nieobecny ojciec. Za nim idzie kompleks mężczyzny, wiecznego przywodziciela. Zadawała się przecież z mężczyznami, którzy nie grzeszyli urodą, ale mieli w sobie charyzmę, inteligencję. Dlatego też mowa o jej skomplikowanym charakterze i wadach. A raczej brakach. Tak, brak jest o wiele lepszym słowem w tym przypadku. Brak to także wada, ale niezawiniona. Wiedziona była przecież chęcią spełnienia, potrzebą zauważenia siebie w oczach mężczyzny w sposób znaczący. Aby ten mężczyzna zobaczył ją taką, jaka chciała być. Wreszcie te wszystkie stereotypy, które imputowano jej w procesie wychowywania…. Nie chcę iść za głęboko w psychoanalizę, ale owa bieda intelektualna, moralna, ale też i materialna paradoksalnie wywyższyła ją na szczyty powodzenia. Stała się obiektem masowej wyobraźni. Dziś to trochę niezrozumiałe, gdyż jesteśmy bardziej zdystansowani. Dużo konsumujemy i szybko zapominamy. Ale w tamtych czasach oglądanie filmów z Marylin mogło kogoś naznaczyć na całe życie.

– Ciekawe, jaka Marylin była w rzeczywistości, a na ile jest sumą naszych wyobrażeń?

-To bardzo dobrze postawiona kwestia. Prawda leży pośrodku.Każdy ma swoją prawdę. My bardzo dużo dopisujemy. Dopisujemy to, co wiemy. Odczucie tego, co wiemy oraz naszą aprecjację, czyli ocenę tego wszystkiego. Dlatego też nie sądzę, by pojawił się na świecie biograf, który zrobiłby stuprocentowo rzetelną robotę wobec Marylin. To jest niemożliwe. Muszą w takiej pracy być zawarte kalki, przypuszczenia, znamiona masowej perspektywy. Posłużyliśmy się nimi zresztą w komiksie. 46 plansz przy takiej postaci to jest mało. A opowiedzieć na nich biografię to karkołomne zadanie. Nie miało sensu opowiadanie całej biografii, więc jest to bardzo cięty, nietypowy scenariusz. Przyznaje, że tylko raz w życiu mogłem sobie wtedy pozwolić mentalnie na taki zabieg, będący wbrew mojej filozofii tworzenia i wbrew temu, co komiks winien sobą reprezentować. Komiks został bowiem wydany w kolekcji „buntownicy” i w niej Marylin występowała jako buntowniczka wobec systemu hollywoodzkiego. Musiała ponieść konsekwencje tego buntu.

– Czyli rysowany przez Ciebie komiks nie jest laurką?

– Właśnie nie. On usiłuje pokazać na tych niewielu stronach tą delikatną, niewinną stronę osobowości Marylin, a z drugiej strony jej buntowniczość. Ona w którymś momencie postanowiła powiedzieć „nie!” systemowi hollywoodzkiemu, przez co filmowi włodarze musieli przyjść do niej i zatrudnić ją na innych zgoła warunkach. Mało kto wie, że kontrakty aktorów w tamtych czasach były beznadziejne. Wtedy dużo światowych sław kina było gorzej opłacanych niż dzisiaj aktorzy drugoplanowi. Pierwszy kontrakt, który wchodził w standardy statusu gwiazdy i był jej godny, Marylin dostała dopiero na krótko przed śmiercią. Ona nigdy nie zarabiała wielkich pieniędzy. Jej światowa sława, prestiż nigdy nie odzwierciedlały jej statusu majątkowego, ni wyboru ról , i jeszcze mniej możliwości decydowania o swoim życiu. Czuła się narzędziem i z tego powodu też się buntowała. Choćby to jest dowodem na to, że nie była papierową postacią, ani głupiutką blondynką. Oczywiście, że ona żonglowała danymi z góry elementami, oczywiście że ją „wycinano” w trakcie montażu i ona sama musiała wchodzić w ramy narzucanej jej roli. Zmuszano ją do wielu rzeczy, by potem można było zrobić montaż, który pozwalał na stworzenie innego zgoła efektu. Niemniej ten image sprzedawał się najlepiej, bowiem za nim szły pieniądze. I tak jest do dziś. Nie łudźmy się, że sposób, w jaki sprzedają się hollywoodzkie produkcje dzisiaj się zmienił. To nie tyle sprzedaż obrazu, ale również sprzedaż osoby. Niestety, potrzeba skandalu i dopisywania aktorom pewnych cech ażeby lepiej obrócić towarem.

– Czy aby na pewno się nie zmienił? W przeciągu ostatnich 20 lat doszło do zmiany widowni w popkulturze. Co więcej, niektórzy mówią, że ona jednak stara się nam coś powiedzieć pod płaszczykiem pustki.

– Tak, ale pod jednym względem. 20-30 lat temu nie było takiej ekspansji Internetu i nie było takich struktur poziomych. Łatwiej było prowadzić widza za rękę. Dzisiaj są dwa obozy. W pierwszym znajdują się wierni konsumenci ograniczający się jedynie do wchłaniania popkultury i zachwytów, życia w cieniu idoli. Są to młodzi konsumenci często bez wyrobionego gustu, licealiści i młodzież mająca jeszcze prawo myśleć w taki sposób. Te młode pokolenie rozpoczynające inicjację kulturową już w wieku 7, 8 lat przeżywa wraz z swoimi ulubionymi bohaterami pierwsze życiowe doświadczenia – pierwsze miłości, pierwsze sukcesy, pierwsze fantazmy. W drugiej zaś znajduje się widownia, która jest o wiele bardziej krytyczna i porozumiewa się między sobą poprzez blogi, listy dyskusyjne, komunikatory. Wymieniają myśli oraz tworzą oddzielną, niezależną popkulturę. Popkulturę odbioru, w której można odnaleźć rzeczy mogące jeszcze zaskoczyć, pomóc produktowi masowemu albo go całkowicie zniszczyć czy przynajmniej przyblokować. Przypuszczam, że w ciągu następnego 10-lecia będziemy mieli do czynienia z innymi strukturami odbioru rozrywki. Nie zmienia to jednak faktu, że kultura masowa ma się dobrze i będzie się miała lepiej, bowiem takiej ilości, takiej rzeszy konsumentów z niej czerpiących jeszcze nie było w historii. Dzięki tak prostym oraz łatwym formom komunikowania i przesyłania plików można jeszcze bardziej atakować i gnębić samodzielne myślenie. Weźmy przykład „Harry’ego Pottera” czy sagi „Zmierzch”, które są najskrajniejszymi przykładami obrabiania głowy i w dobrym i w złym sensie. Kiedyś te mechanizmy działały powolniej, ale w sposób bardziej trwały, namacalny. W tamtych czasach bowiem trudniej było o krytykę i samodzielne myślenie.

– Dzisiaj dużo się mówi o dyktacie fanów w kulturze masowej. Odczuwasz ją w trakcie rysowania komiksu?

– Czasem próbują wpływać na moje poczynania. Momentami jest to niezdrowe. Z jednej strony jest to wskazane dla autorów, którzy drepczą w kółeczko, zjadając swój własny ogon.Jeżeli ktoś nimi potrząśnie to może to wywołać jakąś ciekawą, twórczą inicjatywę. Z drugiej strony fani chcą zbyt bardzo wchodzić w naszą skórę… ale ogólnie to jest bardzo dobry proces. Nawet jeżeli pewne opinie śmieszą, krzywdzą, są prowokacyjne to pozwalają na szybką reakcją, wytworzenie stanowiska. A trzeba na to reagować natychmiastowo, bowiem jakiś problem czy kwestia może w niedługim czasie urosnąć do rangi lawiny sprzeciwu. Są to rzeczy trudno wymierzalne i trudne do powstrzymania. W ten sposób można kogoś łatwo wynieść, ale też i zniszczyć. Ale jak najbardziej czynna rola odbiorcy i krytyka zarazem to coś absolutnie nowego, bowiem w dawnych czasach trzeba było pisać listy do redakcji i wysyłać pocztą. Potrzeba było grubego skandalu i niesamowitego głosu sprzeciwu, by zostało to zauważone w redakcjach. Wracając jednak do kwestii fanów to nie sądzę, by dałoby się powstrzymać ich ingerencje. Nawet nie jest to wskazane, gdyż w jakiś sposób relacje autor – fan układają się w o wiele dłuższym procesie dojrzewania. Natomiast wszelkie próby ustanowienia ponadnarodowego cerbera internetowego strzegącego porządku, cenzurującego sieć nie zwalczą tego zjawiska, choć wszelkie znaki na niebie i ziemi pokazują, że powoli takie pomysły przeistaczają się w ciało. W każdym razie ten proces uporządkuje się sam, jeżeli w ludziach będzie potrzeba autocenzury. Owszem, nadmiar wolności prowadzi do anarchii a ona wyzwala w człowieku bardzo niedobre instynkty. Doprowadza do czynienia niefrasobliwych działań. A w człowieku powinien przejawiać się jednak jakiś hamulec moralny, etyczny itd. Z drugiej strony odwoływać się do każdego indywidualnego sumienia to tak jakby urządzać mszę na pustyni i oczekiwać, że kamienie się poruszą. Ogólnie myślę, że z tego nadmiaru, przesytu informacji narodzi się dystans do Internetu. Kto wie, może nawet i znużenie. Bo w tej chwili jesteśmy w epoce zachłystywania, przemęczenia mediami, obiegiem informacji, łączenia ludzi w grupy. To niesie ze sobą wiele dobrego, bo pozwala skrzyknąć wiele set ludzi do akcji. Ale co, jeśli nie mamy wtedy kontroli nad sytuacją w realnym świecie?

– A propos – Słyszałeś o próbach wskrzeszenia Marylin Monroe komputerowo?

Wyjątkowo nietrafiony pomysł. Oczywiście kino szuka ciągle nowych rozwiązań, ale „odgrzebywanie” Marylin cyfrowo przypomina w rzeczywistości odgrzebywanie trupa. Pozostawmy ją tam, gdzie żyła. Jest tyle do wyeksploatowania z tego, co po sobie pozostawiła, że starczy to na dziesięciolecia. Każdy czas ma swoich bohaterów i oni pozostają wieczni, jeżeli są mocni i wnoszą coś ze sobą do pokolenia. Dla mnie są to bardziej akcje komercjalne, dewiacyjne wręcz. Jeżeli ja nawet robie komiks o niej to chce jej w ten sposób złożyć hołd, a nie wskrzeszać ją by mogła nadal nas bawić i dawać nam rozrywkę, zachowuję umiar. Skoro już jesteśmy przy tym – Artur Miller, ostatni mąż Monroe, przeprosił się z nią w ostatnim rozdziale swego życia. Zanim bowiem zmarł, zdążył napisać książkę zawierającą formę rozliczenia. Tam oddaje jej hołd, a siebie przedstawia w normalnym świetle, czyli dość wątpliwym – manipulatora, wytykającego jej głupotę i wszelkiego innego typu rzeczy mogące rozsadzić związek.

– Czyli Marylin Monroe była typem żony alkoholika. Pozwalała sobą pomiatać i mimo to zostawała z swoim ukochanym mężczyzną.

Tak, ona niewątpliwie miała coś w sobie z masochistki. Miała wiele wad, które jej w ogóle nie służyły. W niej była zaszczepiona chęć poszukiwania prawdziwego mężczyzny, ale w sensie intelektualnym. Tacy ludzie jak Truman Capote ją intrygowali, a to siłą charakteru, a to osobowością, a to wiedzą. To też świadczy o osobie, o której rozmawiamy, oczywiście nie biorąc pod uwagę znajomości wymuszonych. Co tu dużo mówić, „promocja kanapowa” była wtedy równie aktualna, co i dzisiaj – w Hollywood karierę rozpoczynało się w łóżku albo się ją nie daj boże kończyło. I tak było w życiu Marylin. W komiksie na tym się jednak nie skupiamy. W naszej historii wybraliśmy parę momentów z jej życia, które zadecydowały o jej losach i ją ukształtowały. Ukazaliśmy je w formie retrospekcji, gdy ona jest już na łożu śmierci. Zazwyczaj bowiem , jak mówią ci, którzy „otarli się” o śmierć, gdy umieramy to całe nasze życie przelatuje nam przed oczami w formie flash-back’ów. Ten motyw służył moim scenarzystom w konstruowaniu scenariuszy w kolekcji „Buntownicy”, zbudowanych na podstawie ciągu retrospekcji. Jesteśmy więc skonfrontowani w tym wypadku z dokumentem rysowanym, opartym na faktografi i tylko wzbogaconym dywagacjami i odrobiną „ licencia poetica” dla pogłębienia wyrazu tego komiksu.

– Agata „Endo” Nowicka wspominała niedawno, że komiksiarzami są w większości faceci, bo łatwiej im odłączyć się od świata.

Coś w tym jest. Znam parę rysowniczek w tym fachu. To nie jest żadna armia, ale warto podkreślić ich wkład. One emanują kobiecością i jako kobiety są również bardziej odpowiedzialne, ale różni nas od nich kwestia postrzegania świata. One go ujmują w prosty sposób, postrzegają go takim jakim jest, co najwyżej wyciągają z niego to co jest najlepsze, najbardziej wyraziste. Mężczyźni w tym „przemyśle” zawsze byli małymi chłopcami zatopionymi w świecie fantazji, kreującymi swoje wyobrażenia od podstaw. Mężczyznę charakteryzuje często zdolność oderwania się od rzeczywistości, tworzenia abstrakcyjnych światów i akcji, zawodowego śnienia, a gdy jeszcze za to dostaje pieniądze to już w ogóle jest wspaniale. Myślę, że jest to kwestia organicznej chemii. Będąc w szkole miałem spory wpływ na rówieśników. Potem jakoś się zdystansowałem, ale gdzieś tam zakorzeniły się we mnie skłonności przywódcze i chęć poczucia kontroli oraz ustanawiania reguł. Ustanawiam je teraz w świecie fantazji rysowanej.

– Rysowanie komiksów to ciężki kawałek chleba?

– Bardzo wymagający i czasochłonny. Szczególnie, gdy ktoś się zajmuje rysunkiem realistycznym. Narysowanie jednego albumu, składającego się z 46 stron, to kwestia roku pracy, a dla niektórych nawet 2-3 lat. Jeżeli jest określona rama czasowa danej opowieści to musze wgłębić się w jej stylistykę, jej unikalny nastrój. W trakcie prac nad „Halloween Blues” musiałem wiedzieć wszystko o amerykańskim modelu życia w latach 50. – jak wyglądały wnętrza, architektura, ubrania, tamtejsze samochody. Nie jest to łatwa praca, ale dająca dużo satysfakcji. Zwłaszcza teraz, gdy na rynku jest przesyt tytułami. We frankofonii rocznie ukazuje się 5,5 tys. tytułów, z czego połowa to są nowości. Z roku na rok wzrasta liczba tytułów, a nie globalna sprzedaż. Cóż – kryzys nadprodukcji. Trudno znać wszystkich twórców komiksów, jest ich naprawdę dużo, wystarczy pojechać na festiwal do Angouleme, żeby się o tym przekonać.

Rysowanie komiksów przypomina wspinaczkę – jest to zmaganie się z samym sobą, potrzeba dyscypliny i umiejętność widzenia i opowiadania językiem graficznym.

– Dobrze Ci się żyje w Brukseli?

– Tak, nie narzekam. Zamieszkałem tam z rodziną 18 lat temu, mając 38 lat i kontrakt wydawniczy w ręku. To przyjazne miejsce (szczególnie dla komiksiarzy), chociaż (mówiąc przesadnie) zarazem kosmopolityczne i prowincjonalne, jak zresztą cała Belgia. W końcu to bardzo mały kraj w którym żyje wiele milionów ludzi, gdzie na największe w Europie zagęszczenie populacji nakłada sie dwukulturowość flamandzka i walońska wzmożona multikulturalizmem Brukseli. Trzeba nauczyć się z tym żyć.

– Na koniec chciałem wrócić do współczesnej kondycji kultury – jak się w niej odnaleźć? Jak przeżyć w rzeczywistości ciągle atakowanej przez obrazy?

– Jest to niewątpliwie trudne, bo wymaga od nas wytworzenia pewnej określonej hierarchii i filtrów, dzięki którym będzie funkcjonować to nasze sito kulturowe. Myślę, że najlepszym na to lekarstwem jest zdrowy krytycyzm. Pozwólmy atakować się tym obrazem, ale jednocześnie zachowajmy dystans wobec niego. Bez tej postawy możemy w łatwy sposób wpaść w kompleks niewiedzy polegający na tym, że sądzimy iż wraz z przyrostem wchłanianej informacji będziemy mądrzejsi i lepiej zrozumiemy otaczającą nas rzeczywistość, a tymczasem efekt często jest odwrotny. Czujemy sie zagubieni, przytłoczeni nadmiarem, zdezorientowani. Trudność wyboru stawia nas wobec największego problemu dzisiejszej sztuki i kultury – braku systemu czytelnego wartościowania. Możemy w łatwy sposób poddać się popularnym opiniom, które często mijają się z prawdą albo faktami. Przez ten relatywizm możemy się poczuć jak barany pędzone przez stado cwanych pastuchów. I nie ma w tym nic z teorii spiskowych. Jest to piramida budująca się samoistnie i jedyne, co możemy z tym robić to akceptować to ze zdrowym dystansem. Po części bierze się on ze świadomości, że nie sposób jest być na bieżąco we wszystkich sferach rozrywki. Nie można zwyczajnie nadążyć za całym tym szumem medialnym. W chwili obecnej wydaje się tyle książek, płyt i filmów, komiksów, że dla odbiorcy jest to nie do ogarnięcia, co wymusza wybór ograniczony i bardzo osobisty ale to chyba dobrze, jeśli w ogóle ten wybór ma miejsce.

Wywiad został zrealizowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Egmont.