Hanna Samson: Pora na bunt

hanna samson: pora na bunt
123rf.com

Czy podstawową wartością kobiety jest jej wygląd? Dobrze wiemy, że nie. Ale z tej wiedzy niewiele wynika. Żyjemy tak, jakbyśmy brały udział w konkursie piękności.

reklama

Pracowałam ostatnio z grupą kobiet w różnym wieku, w różnych sytuacjach życiowych, z różnymi problemami i sukcesami na koncie. Naprawdę wiele je różniło, ale szybko wyłonił się wspólny mianownik. Wszystkie były niezadowolone ze swojego wyglądu, co odbierało im pewność siebie i utrudniało życie. Kiedy to odkryłyśmy, niemal każda była zdziwiona, że nie tylko jej to dotyczy. Ona też? Taka piękna, zgrabna, i elegancka, i cierpi na to samo co ja? Kiedy patrzyły na siebie nawzajem, widziały, że to bez sensu, absurdalne, „Czego ona od siebie chce, przecież jest w porządku”. Gdy same patrzyły na siebie, to poczucie absurdu znikało: „One to co innego, ale ja mam powody, żeby cierpieć”.

Kalina, 32 lata, drobna, szczupła blondynka, pnąca się po szczeblach naukowej kariery. Naprawdę mogłaby być z siebie dumna. I czasem jest. Dopóki nie przypomni sobie, że nie pasuje do wzorca. Za mały biust, za krótkie nogi, za duży nos. Zbiera pieniądze na powiększenie piersi i liczy, że to poprawi jej samoocenę.

Monika, 36 lat, po rozwodzie samodzielnie wychowuje córkę, pracuje w korporacji, gdzie świetnie zarabia, ma wielu przyjaciół i niewiele powodów do narzekania. Poza tym, że nie ma partnera i nadziei, że będzie go miała. Bo jest za gruba.

Ewa, 52 lata, elegancka, zadbana bizneswoman, która zwycięsko przeprowadza własną firmę przez czasy kryzysu. Jest pewna siebie, zarządza dużą grupą ludzi, podejmuje strategiczne decyzje. Ma męża i dwoje dzieci. Kobieta spełniona, która zna swoją wartość. Ale gdy staje przed lustrem, pewność siebie znika. – Jeszcze nie zdążyłam siebie polubić, a już się zestarzałam. Walczę ze zmarszczkami, wiem, że ich prawie nie widać, ale i tak nie jestem z siebie zadowolona. Nawet w łóżku nie potrafię się rozluźnić, bo myślę o tym, jak wyglądam – mówi.

Jak to możliwe, że dałyśmy sobie wmówić, że najważniejsze jest to, jak wyglądamy? I że rzadko jesteśmy wystarczająco dobre we własnych oczach?

„Większość z nas czuje się tak, jakbyśmy były uczestniczkami konkursu piękności, w którym rywalkami są wszystkie kobiety” – pisała kilkanaście lat temu Nancy Etcoff w głośnej książce „Przetrwają najpiękniejsi”, a jej słowa nie tylko nie straciły, lecz zyskały na aktualności. Gdy wchodzimy gdzieś, gdzie są inne kobiety, odruchowo sprawdzamy, czy są ładniejsze, czy brzydsze, starsze czy młodsze, lepiej czy gorzej ubrane. Nim dojdziemy na swoje miejsce, już wiemy, które w rankingu jesteśmy. Gdyby to współzawodnictwo dotyczyło tylko kobiet, z którymi stykamy się w życiu, każda z nas miałaby szansę czasem wygrać. Ale gdzie tam! Nasza kultura każe się porównywać nie tyle z modelkami, co z ich zdjęciami po obróbce. To one wyznaczają kanon piękna, do którego ślepo dążymy, choć jesteśmy skazane na klęskę.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »