Jaka jest Albania?

fot.123rf

Czerwony, mocny jak krew, to kolor tego kraju. Przez lata izolowanego ze względu na geograficzne położenie i komunistyczny ustrój. Małgorzata Rejmer, podróżniczka i pisarka, postanowiła zgłębić specyfikę i historię Albanii. A w wolnych chwilach
przemierza Bałkany samochodem z poznanymi w Tiranie przyjaciółmi.


reklama

Czego bałaś się, jadąc do Albanii?

Tego, że moja płeć będzie dla mnie obciążeniem, ale też przestępczości, o której słyszałam, obcości, różnicy kulturowej. Jechałam tam z wyimaginowanym strachem, który brał się z niewiedzy. Zresztą przyjeżdżając do nowego miejsca, trzeba poznać zasady, które nim rządzą, i ich przestrzegać. Jeśli wiem, że uliczka w Tiranie, równoległa do mojej, jest nieoświetlona i po zmroku zdarzają się tam napady, to się tam w nocy nie pcham. Wystarczy odrobina zdrowego rozsądku.

Albania przyjęła cię o niebo lepiej, niż zakładałaś. Ale to nie jest kraj łagodnych ludzi.

Gdy po pierwszych zachwytach zaczęłam rozmawiać z Albańczykami, okazało się, że pod pozorem niemal włoskiego stylu życia działa głęboko ukryta przemoc. To wynika z historii, z pochodzącego jeszcze z XV wieku Kanunu, systemu zasad, który regulował całe życie albańskich plemion i rządził się regułą „krew za krew”. Z jednej strony można poczuć w Albanii, czym jest banalna, codzienna agresja między ludźmi, a z drugiej doświadczyć nadzwyczajnej życzliwości i bezinteresowności. To kraj, który galopuje ekonomicznie, a z drugiej strony jest skansenem, który nie należy ani do Azji, ani do Europy. Nawet jego język nie występuje nigdzie indziej.

Dostrzegasz podobieństwa między Polską a Albanią?

Tak, właśnie w tej agresji. I w Albanii, i w Polsce ma ona uwarunkowanie historyczne. W Albanii ważna jest czerwień, to czerwień flagi, ale także czerwień krwi, mięsa. Ludzie się tam na czerwono ubierają, lokalne firmy mają czerwone loga. Czerwień jest refrenem w przestrzeni Tirany, co dużo mówi o wewnętrznym wzburzeniu Albańczyków, ale widzisz to dopiero, gdy przyjedziesz do Kosowa, gdzie też mieszkają Albańczycy, tyle że funkcjonują zupełnie inaczej. I uświadamiasz sobie, że ten pośpiech i energia Albanii to fenomen na tle innych krajów bałkańskich.

Sporo jeździsz po Bałkanach. Jak wyglądają twoje wyprawy?

W październiku pojechałam do Tirany na dwa tygodnie. Mam tam wynajęty na stałe pokój w hostelu. Pewnego wieczora poznałam niemieckiego fotografa z „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, który właśnie zbierał ekipę na wycieczkę do Kosowa. Pojechaliśmy jego vanem w pięcioro, razem z polską zielarką, izraelskim terapeutą i kosowskim dziennikarzem. Przez tydzień zwiedziliśmy osiem krajów, śpiąc w hostelach albo w vanie, poznając wielu ludzi, trafiając do przypadkowych mieszkań, nie bojąc się żywiołu, jakim jest podróż. Za chwilę znowu ruszam przez Bałkany samochodem.

Na czym polega specyfika tego regionu?

Na Bałkanach trochę wyłącza mi się racjonalne myślenie, rzadziej odczuwam lęk. W Kosowie spaliśmy w vanie w dzikim zakątku nad strumieniem, obudziliśmy się wyziębieni i ruszyliśmy w drogę. Niemal od razu dostaliśmy mandat za przekroczenie prędkości, a kilkadziesiąt kilometrów dalej, już w Czarnogórze, odpadło nam koło, na środku górskiej drogi, na zakręcie. W Polsce rwałabym włosy z głowy, na Bałkanach dostałam ataku śmiechu. Od razu zatrzymali się jacyś ludzie, sprowadzili mechanika, rozłożyli karimaty, zorganizowali jedzenie i rakiję, kilkugodzinny postój zamienił się w piknik. Na granicy Macedonii z Kosowem strażnicy przeszukali nasz samochód od góry do dołu, pewni, że przewozimy hasz albo marihuanę, po czym po półgodzinnej rozmowie zaprosili nas do siebie na kolację, mówiąc, że nie mamy po co jechać do Prisztiny, bo Skopje jest dużo ładniejsze, a oni nas ugoszczą po królewsku.

Prawdziwa wyprawa z przygodami. A co dla ciebie było w niej wyjątkowe?

To zupełnie inna podróż niż do tej pory, bo nie miała celu, ideą była tylko droga i spotkanie z ludźmi. Mogliśmy zatrzymać się w dowolnym miejscu i spać gdziekolwiek. Dla każdego z nas to była też podróż wewnętrzna. Poza tym zabawne było przejechanie samochodem przez trzy pory roku. Gdy wyjechałam z Tirany, było 25 stopni, w Kosowie przywitało nas babie lato, w Serbii powoli robiło się chłodno, w Budapeszcie temperatura raptownie spadła, a w Krakowie były dwa stopnie i ciężka mgła.

Czasem podróż, która trwa siedem dni, emocjonalnie staje się siedmioma tygodniami, bo tak dużo można przeżyć, tak wiele rozmawia się z innymi, sprawdza siebie w różnych sytuacjach, uczy się cierpliwości. I tego, że nie mamy wpływu na wiele wydarzeń, że trzeba się poddać biegowi rzeczy, trzeba odpuścić. Dopiero teraz, w wieku 29 lat, uświadomiłam sobie, jak wiele zabiera podróż samolotem, jak ciekawe jest doświadczenie jazdy samochodem, gdy przestrzeń zamienia się w czas.

Czego nauczyłaś się od ludzi spotkanych po drodze?

Będąc w Tiranie, poznałam Hindusa o imieniu Guru, który jest w podróży niemal od ośmiu lat. Dorobił się sporego majątku jako programista, a potem ruszył w drogę. Nauczył się podróżować niemal bez pieniędzy, jeżdżąc stopem, nocując przez couchsurfing, zdając się na życzliwość innych. W każdym kraju spędza miesiąc i odkrywa nie tyle miejsca, co ludzi. Bardzo dużo chodzi, potrafi przejść 40 kilometrów dziennie. To ciekawe, bo Guru kształcił się w Nowym Jorku, poruszał się pewnie w świecie nowych technologii, a teraz stał się człowiekiem drogi, o niezwykle rozwiniętej intuicji. Zresztą intuicja jest niezbędna w podróży, gdy często nie działa własny kod kulturowy, tylko ten uniwersalny, opierający się na mowie ciała, na gestach, spojrzeniach. Guru pokazał mi, jak bardzo podróż może zmienić.

Gdy myślę o sobie pięć lat temu i teraz, to widzę, że podróż wiele we mnie otworzyła, nauczyła cierpliwości, spokoju, pogodzenia się z wieloma rzeczami. Nie można mieć nadmiernych oczekiwań ani czuć presji, że coś koniecznie trzeba zrobić, że coś się musi wydarzyć. Nie musi. Najważniejsze, żeby być w danym miejscu, nie odczuwając napięcia, nie zastanawiając się, czy gdzie indziej jest lepiej. Trzeba podróżować nie dla statusu na Facebooku, nie dla zdjęcia na Instagramie, tylko dla siebie, mieć odwagę spotkać się ze sobą i z innym człowiekiem.

Pociąga cię taki tryb życia?

Nie wiem, czy mogłabym powtórzyć drogę Guru, ale fascynuje mnie jego wolność. Być może coś traci, ale od początku do końca to on odpowiada za swoje życie. Jest w tym coś pociągającego, bo zawsze zastanawiało mnie, czym tak naprawdę jest niezależność.

Wartością jest sama podróż, nie chodzi o punkt A i punkt B, tylko o ten proces i przemiany, jakie zachodzą po drodze. Kim jesteśmy pierwszego dnia podróży, a kim ostatniego, co dostaliśmy od innych, co musieliśmy dać. W drodze czas płynie zupełnie inaczej, odklejasz się od dni tygodnia, bardziej cię interesuje, kiedy zapada zmrok, ile godzin drogi przed tobą.

Jakie masz plany na przyszłość, gdy już napiszesz książkę o Albanii?

Myślę, że ruszę w długą podróż. Bycie w drodze daje złudzenie wolności i pozwala spotykać wyjątkowych ludzi, a jeśli ruszą z tobą, masz szansę na głębokie poznanie i zrozumienie drugiego człowieka. Można uzależnić się od tego przypływu energii. Nie wyobrażam sobie podróżowania bez ludzi. Dla mnie są takimi punktami zaczepnymi, bo dają mi nie tylko życzliwość, ale też opowieści, które mogę zbierać i w których mogę się przeglądać.

Chcę pojechać do Azji i odpocząć po ostatnich intensywnych dwóch latach. Ale to nie znaczy, że zrobię sobie przerwę od pisania. Dla mnie pisanie jest zwieńczeniem podróżowania, bo tylko ono daje mi pełną możliwość przetworzenia rzeczywistości.

Małgorzata Rejmer pisarka, debiutowała powieścią „Toksymia”, nominowaną do nagrody literackiej Gdynia. W 2013 roku wydała książkę „Bukareszt. Kurz i krew”, która była nominowana do Paszportów Polityki i Nike, otrzymała Gwarancję Kultury TVP, nagrodę Gryfia i nagrodę im. Teresy Torańskiej. Pisze doktorat o kinie rumuńskim i pracuje nad książką o Albanii.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »