Samotnie przez Bałkany – przystanek Tokaj

Ania Jackowska już wkrótce wyrusza na kolejna motocyklową wyprawę, do Argentyny. W książce „Samotnie przez Bałkany” wspomina swoją drugą z kolei samotną podróż.
Sobota w Tokaju ma wszystkie cechy soboty uroczej. Słońce, rodzinne spacery z dziećmi, kolorowe balony, gigantyczne lody. W tle rzeka. Trochę brudna, ale idealnie pasująca do tego sielankowego obrazka. Stoliki w ogródkach zastawione langoszami i piwem. Sama mam ochotę wpisać się w ten leniwy klimat, ale bez konieczności pożerania tłustego placka ze śmietaną. Zamiast tego decyduję się na statek wycieczkowy. „Królową Dunaju” zarządza trzyosobowy zespół: kapitan, sternik, bufetowa. Każdy pełni funkcję stosowną do umiejętności i każdy jest szefem swojego rewiru. W stosunku do wielkości statku, pasażerów jest niewielu. Bufetowa krząta się po swoim królestwie. Likierówki, kieliszki do brandy, wina i whisky wyglądają obiecująco, jednak szybko się okazuje, że w czasie tego rejsu pełnią tylko funkcję ozdobną. Mam obawy, że powoli nabierają wartości muzealnej. Gościom serwuje się piwo i sok. W jednorazowych plastikowych kubkach.

(…)

Wieczorem poddaję się miejscowemu zwyczajowi oblegania barów. Zamawiam herbatę. To chyba mało popularny napój w Tokaju. Miejsca oczywiście brak. Właściciel sam z siebie robi mi dostawkę do stolika zajętego przez dwóch mężczyzn i kobietę. – Superman – mówi, wskazując na jednego z nich i dając mi tym samym do zrozumienia, który z tej dwójki jest wolny. Zresztą pani również bardzo szybko mnie o tym informuje. W babskim kodzie komunikatów oczywistych.

W kawiarniach wyraźny podział. Turyści degustują furminty i deserowe muscaty, a miejscowi popijają piwo. Słychać klekot bociana i dźwięk klepania kotletów. Przypominam sobie zapach róży, który tak bardzo podobał mi się rano. Idę się przejść. Na jednym z placów widzę posąg nieźle już wstawionego Bachusa. Legenda głosi, że bóg wina tak bardzo zatracił się w lokalnych trunkach, że przepił całe ubranie i został w samych butach. Obuwie i mały siusiak świecą się nawet wieczorem. Chyba każdy gość w Tokaju stawia sobie za punkt honoru złapanie za któryś z Bachusowych atrybutów. Na szczęście i ku przestrodze. Też łapię, bo chciałabym tu przyjechać znowu. Gdy wracam do baru, moje krzesło przy Supermanie już jest zajęte. Właściciel wynosi dla mnie jeszcze jedno krzesełko i okrągły stolik. Żebym mogła pisać – pokazuje na laptopa. Obok stawia kieliszek muscatu. Żeby pisało się lepiej.

Wzdłuż drogi kwitną na przemian sterty śmieci i stoiska z dynjami. Duże i apetyczne arbuzy wodzą na pokuszenie. Motocykl jest nieubłagany. Dobrze, moja babska beztroskość bez zastanowienia weszłaby w posiadanie tego najbardziej okazałego, a w przypadku promocji, nawet dwóch. O szaleństwo, które nadajesz memu życiu słodkiej domieszki absurdu! Przypominam sobie drogowskaz stojący na głównym placu Tokaju: precyzyjnie nakreślone odległości do zabytków z listy UNESCO. Dla kulturalnie zorientowanych. W jedną stronę liczba kilometrów, ani kierunek nie były jasno sprecyzowane. Pokręcony szlaczek przypominał symboliczny powrót wężykiem. Bez czasu, celu, dystansu. Dla nieprzewidywalnych i szalonych. To miłe, że ktoś pomyślał o mnie. Jadę dalej!

Tarocistka Danuta rozwiązała tajemnicę Twojej przyszłości i chce Ci przekazać ważną wiadomość. Udzieli Ci rady, która wiele wyjaśni.

Tajemniczy SMS wyrywa mnie ze wspomnień o rubasznym Bachusie lewitującym w oparach tokaju. Szkoda, że Danuta nie rozwiązała tej tajemnicy w październiku zeszłego roku. Może za 3,69 PLN dowiedziałabym się, że aż tak długo będę pisała tę książkę. A gdyby rozwiązywanie tajemnicy zdarzyło się już w lipcu, to może w ogóle nie pojechałabym na te Bałkany? Ba, nigdzie bym nie pojechała! W sumie to wszystko jedno. Na pewno przeżyłam bałkański hardcore.

„Nie wiem, kiedy tak naprawdę zaczyna się i kończy podróż. Czy definiują ją tylko przejechane kilometry? Gdzie zaklasyfikować przygotowania i wyobrażenia towarzyszące nam przed wyjazdem, a gdzie myśli i wspomnienia? Siedzę przy komputerze w swoim warszawskim mieszkaniu, dwa tygodnie po powrocie. Mimo to mam wrażenie, że ta podróż trwa nadal, że bardzo intensywnie we mnie żyje. I że na pewno jeszcze się nie skończyła”.

Tak, to sprzed roku. Może przez ten rok powinnam na tyle rozwinąć swój pisarski kunszt, aby nową książkę rozpocząć od bardziej wyrafinowanego wstępu? Ale albo kunsztu nie rozwinęłam, albo w tej kwestii po prostu niewiele się zmieniło. Lubię ten początek. Pewnie kiedyś mi się znudzi, ale póki co chcę, żeby znalazł się również w tej książce. Tak było rok temu. Tak czuję i teraz. I tylko widok z okna mam inny.

 

Fragment książki „Samotnie przez Bałkany”, Wydawnictwo Pascal, 2011

 

Relację z wyprawy Ani czytaj na blogu