Ludzie morza, ludzie gór – felieton Tomasza Sobierajskiego

Dlaczego ty i ja ciągle chcemy więcej i więcej? Nie potrafimy się zatrzymać na tym, co mamy, tylko nieustannie przemy do przodu? Szukamy nowych wyzwań…? – w głosie Agi czuć było poirytowanie.
Była zdenerwowana na siebie samą, bo do głowy wpadł jej kolejny pomysł, który nie pozwalał spokojnie spać. Obmyślała, jak go wprowadzić w czyn, i to chwilę po tym, jak zrealizowała ostatni plan i odniosła sukces. Nie bez powodu zadawała to pytanie mnie. Wiedziała bardzo dobrze, że ja też tak mam. Plan, realizacja, spełnienie. Plan, realizacja, spełnienie. I tak w kółko. A przecież mogłoby być: plan, realizacja, a potem spełnienie, spełnienie, spełnienie i odcinanie kuponów od tego, co się udało. – Po co my ciągle tak gonimy? – dopytywała Agi.

Zastanowiłem się nad jej pytaniem i odpowiedziałem: – Wiesz, wydaje mi się, że ludzie dzielą się na dwie grupy. Są ludzie morza i ludzie gór. Ludzie morza kochają spokój, niespieszny czas. Lubią widzieć życie aż po horyzont. Nie lubią niespodzianek i zaskoczeń. Nawet jeśli morze-życie jest wzburzone, to mają ten komfort, że sami decydują, czy zamoczą w nim stopę. Zawsze mogą wybrać pozostanie na piaszczystej, bezpiecznej plaży i obserwowanie życia z oddali. Są bardzo towarzyscy, serdeczni, spokojni. Uwielbiają długie spacery. Oni nie idą przez życie. Oni się przechadzają. Są spełnieni, syci. Mają marzenia, a nie plany. Nawet jeśli czasem zaleje ich zdradliwa fala, to szybko otrząsają się z porażki. Mają gdzie i do kogo wracać. Wystarczy im jedna rzecz, jeden sukces, który pielęgnują bardzo długo w swoich sercach i podpalają jego wyobrażenie w głowach innych, utrzymując go nieustannie na tym samym, wolnym ogniu. Ich życie nigdy nie eksploduje. Nie dążą do tego. To ich nawet nie interesuje.

Są też ludzie gór, którzy nieustannie wspinają się wyżej, dalej, biegną przed siebie. Liczy się dla nich głównie to, żeby osiągnąć szczyt. A kiedy już na nim są, rozglądają się wokoło, ale nie po to by kontemplować widoki. Patrzą uważnie, bo z wierzchołka lepiej widać, co jest jeszcze do zdobycia. To ludzie, którzy nieustannie narażają się na niebezpieczeństwo spadających z góry odłamków z litej skały ludzkiej głupoty. Są samotnikami, ale mają wielki szacunek do osób, które mijają na swojej drodze. Przyciągają innych opowieściami, ale relacje z nimi wymagają wielu wyrzeczeń, które dla większości bliskich – rodziny, przyjaciół – są nie do zniesienia. Życie jest dla nich mocowaniem się z kolejnymi górami. Przynosi wiele radości, a osiągnięcie szczytu motywuje do kolejnej przygody. Oni nie marzą, bo marzenia niosą w sobie coś nierealnego. Oni nieustannie planują. Potrzebują adrenaliny, masochistycznie pławią się w poczuciu niepewności. Pragną szybko zrealizować to, co sobie zamierzyli.

– To znaczy, że ja i ty jesteśmy ludźmi gór? – niepewnie zapytała Agnieszka. – Tak, na to wychodzi – odpowiedziałem. – I nie ma znaczenia to, że oboje tak samo mocno kochamy ocean i góry. Morze czy góry są tylko metaforą. Są w nas. Głęboko. Na zawsze. Tak jak ludzie morza potrafią usypać sobie plażę bezpieczeństwa w każdych okolicznościach, tak ludzie gór zbudują sobie górę na najbardziej bezkresnej równinie. Nas ciągle ciekawi, co jest za kolejną górą. Ludzie morza potrzebują spokojnego rytmu fal do osiągnięcia harmonii. To ich życiowy metronom. Ludzie gór potrzebują przyspieszonego rytmu serca i pulsowania skroni.

– A nie można mieć gór i morza? Przecież w przyrodzie tak bywa. Widziałam takie miejsca! – Agi wyraźnie ożywiła się na to wspomnienie. – Nie sądzę – odpowiedziałem. – Ludzie gór prędzej niż później odwrócą się plecami do bezpiecznego morza, zaczną wspinać się na górę i po chwili stracą łagodnie zaokrąglony horyzont. Ludzie morza zaś, nawet jeśli wejdą na górę, to tylko po to, żeby stamtąd lepiej widzieć horyzont i bezkres czekającego ich spokoju.

Niestety, większość z nas nie rozpoznaje w sobie tych tendencji. Żyjemy w poczuciu winy i osamotnienia, bo nie spełniamy oczekiwań innych. Nie cieszy nas nieustanna wspinaczka w górę, która stanowi motor napędowy większości współczesnych stanowisk pracy w korporacjach. Ale pomimo to wdrapujemy się, choć cały czas bardzo cierpimy. A przecież moglibyśmy zostać na dole. Niektórzy z nas męczą się również na pustej plaży. I choć tęsknie patrzą na wierzchołki gór opodal, to nie decydują się na ryzykowny spacer w obawie przed tym, co ludzie powiedzą.

Zbyt łatwo przyswajamy oczekiwania innych jako własne, a społeczny, konformistycznie wypracowany komfort jako swój. Tymczasem nie ma sensu mocować się ze swoją naturą. Poświęcamy w życiu mnóstwo energii na to, jak chcieliby nas widzieć inni. Nie lubimy własnych ciał, przyzwyczajeń, odruchów, skłonności i zamierzeń. Modyfikujemy je wbrew własnej naturze. Po co? Może warto polubić siebie takimi jacy jesteśmy? Ułóżmy sobie życie po naszemu. Nie oceniajmy zbyt surowo samych siebie. To z powodzeniem robią za nas inni. Patrzmy na góry lub patrzmy w morze – tak jak lubimy i jak nam podpowiada nasz wewnętrzny kompas.

Dr Tomasz Sobierajski: socjolog, kulturoznawca, badacz społeczny.