Dzień Świętego Patryka

123RF.com

Moja pierwsza wizyta w Irlandii przypadła w Dzień Świętego Patryka. Wylądowałem w Dublinie przed południem i wpadłem w sam środek jednego z najpopularniejszych festiwali na świecie. 17 marca to absolutne szaleństwo – tego dnia każdy jest Irlandczykiem!
To bez wątpienia jeden z ważniejszych tygodni na Szmaragdowej Wyspie. Ledwo zakończyła się najważniejsza gonitwa wyścigów konnych w Cheltenham, a zaraz rozpocznie się Święty Patryk. Od samego rana tłumy Irlandczyków, rodzimych i przyjezdnych, a także turystów szykują się na paradę. To ona stanowi główny punkt obchodów święta narodowego, choć dzień ten jest przede wszystkim świętem kościelnym. 17 marca to data śmierci świętego Patryka. Wychowani w narodowej tradycji Irlandczycy nie zapominają tego dnia pójść na mszę. Z rana. Bo po południu, paradzie i obowiązkowej wizycie w pubie, odwiedzenie kościoła mogłoby zakrawać na świętokradztwo. Rozumieją to zresztą sami kaznodzieje i w niektórych parafiach nie znajdziemy nabożeństwa wieczornego. Nic dziwnego, gdyż parafianie prędzej będą w jednym z okolicznych pubów, gdzie przez cały dzień trwa zabawa w zielonym kolorze.

reklama

Zielony to kolor Irlandii. Kolor koniczyny, dzięki której Patryk wyjaśnił istotęTrójcy Świętej, ale też symbol zielonych pastwisk, tak charakterystycznych dla tamtejszego krajobrazu. Tego dnia wypada mieć na sobie coś zielonego: koszulę, kapelusz, perukę, girlandy lub choćby krawat czy muszkę. Jedynym odstępstwem jest kolor piwa! Ono musi być w kolorze czarnym. Stout to ciemny rodzaj trunku, który powstał przez przypadek. Pożar składu jęczmienia sprawił, że pan Guinness nie chcąc marnować nieco nadpalonego ziarna postanowił zrobićz niego użytek. Ciemny napój szybko zyskał uznanie (także dzięki niższej wtedy cenie), choć na pintę (jednostka miary równa 0.568 litra) trzeba czekać kwadrans. Dlatego zapobiegliwi Irlandczycy często zamawiają kolejne piwo w połowie poprzedniego. 17 marca całe lady są zastawione nalanymi do 4/5 szklanki stoutami w oczekiwaniu na finałowe dopełnienie. W dużych miastach ruch jest tak duży, że… trudno jest dopchać się do baru.

Uciekłem z zatłoczonego Dublina.

Jakimś cudem udało mi się załatwić rezerwację w leżącym o godzinę drogi na południowy zachód Kilkenny, bo o nocleg w tym czasie jest równie trudno jak o miejsce przy barze. To urocza miejscowość o bogatej historii. Zaledwie kilometr dzieli średniowieczną katedrę od zamku. Co ciekawe, przestrzeń pomiedzy zabytkami, jest wprost utkana pubami. Udałem się do jednego z nich – to jeden z takich, które opisuje Pete Mc Carthy w swojej książce Bar Mc Carthy’ego.“Po przyjeździe kup lokalną gazetę i idź się napić– notatki z procesów ceny nieruchomości i nekrologi powiedzą Ci więcej niż niejeden przewodnik, a piwo oczyszcza umysł i człowiekowi zdaje się,że rozumie sprawy, które w rzeczywistości go przerastają”.Trudno w tym dniu czytać gazety, ale rozmowa przy barze też może być pouczająca…

– Masz szczęście, że przyszedłeś tak późno – mówi mi John Paul – trochę mi wstyd za to w jaki sposób jesteśmy postrzegani tego dnia. Zwykle na świecie pijanych w sztok ludzi można zobaczyć nad ranem. Tu już od 16 mamy pierwsze “zwłoki”. Kiedy pytam go o dość charakterystyczne imię, odpowiada – Urodziłem się w 1979 roku. Po 16 października ’78, wielu chłopców dostało imię po naszym – to znaczy waszym – papieżu.

Siedzący przy sąsiednim stoliku Mathew, niejako kontynuując polski wątek, dodaje: -A ja modlę się o to, żebym stracił pracę. Wtedy nic mnie nie będzie już tu trzymało i wyemigruję do… Polski, gdzie mieszka moja narzeczona. Rozmowę przerywa kolejny set muzyczny z niekończącego się maratonu klasycznych irlandzkich pieśni. Co ciekawe – wiele z nich funkcjonuje u nas w tłumaczeniu jako klasyczne pieśni żeglarskie.

Irlandczyków nie trzeba zachęcać do śpiewania. Tegoroczny weekend świętego Patryka jest na tyle długi, że może uda nam się trafić na spontaniczne “jam session” grupy przyjaciół, czy pojedynczego barda, który przysiądzie sobie w kącie i weźmie do ręki gitarę lub banjo. Trudno ich szukaćw centrum Dublina, gdzie grają komercyjne zespoły. Ale w Kilkenny jest łatwiej. Polecam pub Johna Cleere’a przy Parlament Street (w pobliżu katedry). Tu – nie tylko przy Patryku – jest rodzaj otwartej sceny. Publika przy barze ciepło przyjmuje nawet grupy szansonistów niemieckich czy – co wydaje się bardziej nieprawdopodobne – gości z Londynu. Swoją szansę mają także domorośli poeci, którzy korzystając z chwili ciszy deklamują swoje wiersze. Irlandia wydała na świat Georga Bernarda Shaw i James Joyce’a więc literacką buławę każdy z twórców nosi w swoim plecaku.