Mexico City – czyste szaleństwo z posmakiem papryczki chili

Albo się w nim zakochasz, albo już nigdy do niego nie wrócisz. Smakuj go ostrożnie, bo czasem bywa ostre. Odkrywaj je powoli i bez pośpiechu, bo w panującym tam chaosie, zgiełku klaksonów i gęstym tłumie łatwo przeoczyć piękne szczegóły.

reklama

W tym szaleństwie jest metoda!

20 milionowa metropolia tętni życiem od samego rana. Chodnikami, szybkim tempem przemieszczają się tabuny ludzi. Ulice pełne samochodów, a w nich nerwowi kierowcy. Z każdej strony słychać dźwięk klaksonów. Na drodze wyznaczonych pasów do jazdy jest trzy, ale białe linie nikomu tu nie przeszkadzają. Równolegle z nami jadą jeszcze cztery auta. Według meksykańskiej, niepisanej reguły, pasy tworzą się same, w zależności od potrzeb, a dokładniej, ilości pojazdów mieszczących się w jednej szerokości. Prawo ruchu drogowego nasz kierowca taksówki traktuje jedynie jako sugestię, a nie nakaz. To, że jesteśmy na prawym pasie, nie znaczy, że nie możemy skręcić w lewo. Podczas tego manewru kierunkowskaz jest mile widziany, ale z tego dobrodziejstwa kierowcy korzystają tu bardzo rzadko. Latynoski temperament zmusza ich raczej do energicznego wymachiwania rękami i mocnego uderzania w klakson, niż spokojnego stosowania się do zasad. Kiedy przed skrzyżowaniem zatrzymujemy się na czerwonym świetle na pasy wbiega mężczyzna. W szybkim tempie wskakuje na rozłożoną wcześniej drabinę i zaczyna żonglować. Po krótkim występie podchodzi do każdego z samochodów wyciągając rękę po kilka pesos. Kolejna rzecz, której nie sposób nie zauważyć, to handel obnośny, który w Mexico City jest bardzo popularny. Podczas postoju na czerwonym świetle mogłyśmy zaopatrzyć się nie tylko w flamastry, okulary przeciwsłoneczne, ale również szminki i płyty CD z podróbkami najnowszych przebojów za jedyne 10 pesos, czyli 1 dolara.

W samym sercu

Z okna rozpościera się widok na zabytkową katedrę. Tuż za nią plac Zocalo, a na nim wielki targ książek. To lokum to był strzał w dziesiątkę. Hotel Catedral mieści się w samym centrum miasta (www.hotelcatedral.com). Wszędzie blisko, do tego czysto i tanio (120 pesos za osobę, ok. 12 dolarów). Nic dziwnego, że miejsca trzeba rezerwować z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. W pokoju są trzy-piętrowe łóżka, z czego my zajmujemy dwa. Po podłodze walają się dopiero co wyciągnięte rzeczy naszych niemieckich i australijskich współlokatorów. Główna zaleta dormitorium to niska cena i międzynarodowe towarzystwo. Największa wada? Nigdy nie wiesz czy twój sąsiad nie zacznie w nocy głośno chrapać.

Na El Zocalo

Spacerujemy nieco bez celu. Staramy się złapać klimat, który przyprawiony jest smogiem unoszących się spalin i zanieczyszczeń. Chwile nam zajęło zanim otrząsnęłyśmy się z pierwszego wrażenia ogólnego chaosu i bałaganu. Szczególnie nieprzyjemny okazuje się dźwięk rzężących katarynek, który bezlitośnie atakuje nas praktycznie na każdym kroku. Do tego nieustannie trąbiący taksówkarze, którzy głośnym klaksonem reagują na każde skinienie ręki, nawet podrapanie się po nosie. Ale na La Plaza de la Constitución, który potocznie nazywany jest placem Zocalo, szybko zapominamy o zgiełku i panującym nieładzie. Teraz liczy się już tylko ogromna . Zdobią ją dwie wysokie wieże pomiędzy którymi dumnie stoi wieża zegarowa. Katedra powstała w latach 1573 – 1813 na wzór hiszpańskich budowli tego okresu. A w środku potężna kopuła otoczona zdobionymi łukami. W głębi katedry przed złoconym ołtarzem klęczą wierni. Po bokach pod wielkimi obrazami stoją potężne konfesjonały. Jest w nich jednak coś dziwnego, stoją pod dziwnym kątem, pochylają są w różne strony. To wina posadzki, która jest zapadnięta. Wygląda to jakby ktoś zrobił podkop i cała katedra lekko się przechyliła. To skutek licznych trzęsień, których katedra doświadczyła. W części wschodniej placu znajduje się Palacio Nacional, który powstał na ruinach pałacu królewskiego Azteków. Znajdują się tam muzeum oraz murale słynnego meksykańskiego artysty Diego Rivery. Idąc w jego kierunku dostrzegamy Indian, którzy w tradycyjnych, dosyć skąpych strojach, z kolorowymi pióropuszami na głowach tańczą w rytm dźwięków wybijanych na bębnach. Tuż obok starszy Indianin, który najwyraźniej pełni rolę szamana, za jedyne 10 pesos uzdrawia duszę białych twarzy. „Głowa w dół” – mówi do mnie szaman, poczym dmucha na mnie dymem z kadzidła – „Ręce do góry” – kontynuuje uderzając moje dłonie i barki liśćmi. Jeszcze tylko krótka modlitwa i moja dusza jest już uzdrowiona.

Przed Palacio Nacional nie ma kolejki, która w niedzielne popołudnia sięga nawet kilometra. To dlatego, że właśnie w ten dzień do wszystkich muzeów Meksykanie mają wstęp wolny. Normalnie bilet do muzeum kosztuje 50 pesos (ok. 5 dolarów),ale ku naszemu zdziwieniu za obejrzenie murali nie musimy płacić. Na trzech ogromnych ścianach Diego Rivera pędzlem przedstawił historię swojego kraju. Jest tu Gran Tenochtitlan oraz obrazy z życia Azteków i Majów. Są także konkwistadorzy z Hermanem Cortesem na czele, a także przedstawiciele kościoła szerzący wiarę wśród Indian. Biali ludzie pokazani są jako postacie negatywne, żądne złota i pieniędzy. Indianie natomiast jako lud ciemiężony i wykorzystywany. Diego Rivera próbował również przewidzieć przyszłość, co uwiecznił w swym dziele. Jako socjalista wierzył, iż pewnego dnia Meksyk będzie krajem rządzonym pod hasłami Marksa i Lenina.

Tylko na ostro

Idąc ulicą Cinco de Mayo, która mieści się tuż przy placu Zocalo poczułyśmy głód. Znajdujemy restaurację przed wejściem, której widnieje napis „Tacos ricos”. Sprzedawca trzymając w ręku plastikowy talerzyk zawinięty w folię obsługuje zainteresowanych w błyskawicznym tempie. Jeden tacos kosztuje zaledwie 4 pesos. „Tacosy z mięsem czy warzywami?” – pyta. Po wielkości widać, że po dwóch będziemy miały dosyć, dlatego bierzemy po jednym z każdego rodzaju. Nie ma tu obrusów i świeczek na stołach. Przypomina to raczej polski bar mleczny z metalowymi stolikami i krzesełkami. Do wyboru mamy dwa sosy – czerwony i zielony. Bez zastanowienia nakładam dużą porcję sosu. I to był duży błąd. Oczy o mały włos nie wychodzą mi z orbit wylewając z siebie tony łez. Języka prawie nie czuję, a moje gardło pożera ogień. Pośpiesznie szukam butelki z wodą i w ekspresowym tempie wypijam płyn, który troszeczkę łagodzi pieczenie. W lustrze, które jest przede mną, widzę, że moje cierpienie bardzo rozbawiło siedzących za mną ludzi. „Pikantne, bardzo pikantne!” – krzyczy do mnie mężczyzna w dużym, meksykańskim kapeluszu. Uśmiecham się niewinnie potakując. Następnego tacosa spożywam bez dodatków.

Podziemne miasto, czyli meksykańskie metro

Jest niezawodne, szybkie i tanie, bilet kosztuje zaledwie 3 pesos (75gr.). Metrem dojedziesz do słynnych ogrodów Chapultepec, do Muzeum Antropologicznego, na plac Zocalo, do dzielnicy Coyocan, na plac Garibaldi i Bazyliki Guadalupe. Poszczególne linie mają swoje kolory, a stacje dodatkowo oznaczane są charakterystycznymi dla danej stacji obrazkami. Jest tylko jeden minus, jest niesamowicie zatłoczone. Tutaj, pod ziemią, życie kwitnie tak samo jak kilka metrów wyżej. Tysiące śpieszących się ludzi, liczne budki z jedzeniem, sprzedawcy rzeczy przeróżnych i meksykańska muzyka rozbrzmiewająca we wszystkich tunelach. Na peronie nie dajemy rady tłumowi napierających pasażerów, zostajemy wypchnięte, pociąg odjeżdża. Po dwóch minutach pojawia się następny, ale historia się powtarza. Przy trzecim podejściu jesteśmy w środku. Kolana i łokcie przydają sie podczas przedzierania sie w kierunku wyjścia. Ale natrafiamy na przeszkodę. Oczekujący na peronie ludzie rozpoczynają szturm do środka, nie czekając, aż wysiądziemy, wciskają nas ponownie do wagonu. Wysiadamy na następnej stacji i przechodzimy na drugą stronę, żeby się cofnąć. Tutaj zauważam, że wszystkie kobiety kierują się na początek peronu. Okazuje się, że w godzinach szczytu część każdego peronu zostaje oddzielona i przeznaczona wyłącznie dla kobiet i dzieci. Ta podróż jest zupełnie inna. Nie ma tłoku i pchania się. Kobiety poprawiają makijaż i nakręcają swoje fikuśne grzywki na wałki, bo według meksykańskiej mody im większa rolka włosów na czole tym jesteś piękniejsza.

W domu Fridy Khalo

Za pomocą niezawodnego metra docieramy do dzielnicy Coyoacan i Casa Azul, domu słynnej meksykańskiej artystki Fridy Khalo. Bilet wstępu to koszt 30 pesos (ok. 3 dolary). Podobnie jak jej obrazy, tak i jej dom tonie w kolorach. Kolonialny budynek pełen jest pamiątek po artystce, a także jej mężu Diego Riverze. Oglądam obrazy i zdjęcia, na których jest Frida. W sypialni stoi łóżko, a na nim leży jej gorset, w którym chodziła z powodu bolesnego urazu kręgosłupa. W drodze powrotnej próbujemy słynnego chicharron, czyli mocno wysmażonej świńskiej skóry. W smaku przypomina tłuste chipsy, które Meksykanie spożywają jedynie z ostrym sosem i sokiem z limonki.

Matka Boska Guadalupe

Meksykanie to ludzie mocno wierzący. Najważniejszym miejscem kultu w całym Meksyku jest Bazylika Nuestra Senora de Guadalupe. Do najświętszego obrazu Matki Boskiej z Guadalupe przybywają pielgrzymki wiernych na największy odpust świata. Na pasażu, który prowadzi od stacji metra do świątyni, mieszczą się tysiące stoisk. Tu można kupić różańce, figurki Matki Boskiej, płyty z muzyką oraz filmami religijnymi, a nawet ciastka w kształcie hostii. Na głównym placu znajduje się nowa bazylika, obok niej dużo starsza, a schodkami do góry jeszcze dwie kolejne. W świątyni podążamy za tłumem w kierunku najświętszego obrazu. Niektórzy przemierzają ten odcinek na kolanach. Po chwili pewna kobieta słysząc nasz język pyta – „Polonia?” – twierdząco kiwamy głowami, na co ona – „Ojczyzna Juan Pablo Secundo”.

Kanałami Xochimilco

Metrem dojeżdżamy do Tasquenia, a stamtąd pociągiem jedziemy bezpośrednio do Xochimilco. Tutaj ceny trochę nas podłamują. Za jeden rejs po kanałach panowie życzą sobie 80 dolarów. Udaje nam się jednak dzielić gondolę z parą Francuzów, co zdecydowanie zmniejsza koszty. Większość gondoli zapakowana jest po brzegi meksykańskimi rodzinami. Na stołach pełno jedzenia i alkoholowych trunków. Meksykanie odpoczywają, tylko gdy głośno śpiewają i dobrze się bawią.

Meksykańska fiesta

Na Plaza Garibaldi słychać dźwięk gitar, trąbek, skrzypiec elegancko ubranych Mariachi w tradycyjnych czarnych strojach i wielkich sombreros. W Meksyku bardzo wiele osób żyje z muzyki, jednak Mariachi zdecydowanie różnią się od przeciętnych grajków. Ich występ to nie tylko gra, to również teatralny popis. Meksykańska zabawa to po pierwsze Mariachi, a po drugie tequila. Dlatego aby zasmakować prawdziwej fiesty udajemy się do Tenampa na Plaza Garibaldi. Szczypta soli, kwaśna cytryna i tequila. Zlizuję sól, popijam mocny trunek, lekko wykrzywiam twarz, szybko zagryzam cytryną i popijam sok pomidorowy. Jeden z Mariachi podchodzi do nas i oferuje swoje usługi za jedyne 80 pesos za utwór. Kiedy mówimy, że jesteśmy z Polski panowie zaczynają grać i śpiewać „Cielito lindo„, której melodia brzmi identycznie jak polska piosenka „Kto handluje, ten żyje”. Kolejna tequila, tańce i śpiewy… A za oknem już prawie świta.

Jedyne w swoim rodzaju…

… i na pewno nie dla każdego. Polecam je natomiast tym, którzy chcą poznać prawdziwy smak papryczki chili i zaśpiewać z Mariachi w duecie. Skorzystać z usług indiańskiego szamana, poznać niesamowicie barwną kulturę i podziwiać sztukę najwybitniejszych meksykańskich artystów. I wreszcie tym, którzy na własnej skórze chcą doświadczyć znaczenie słów „Ale Meksyk”.