Spotkanie z Śiwą

Kańćipuram, miasto w południowych Indiach nie jest typowym celem turystów. Chętniej przybywają tu pielgrzymi, którzy czczą Śiwę w tutejszej świątyni Ekambareśwary. Na własnej skórze doświadczyliśmy tam starej, globtroterskiej prawdy – podróż nie zawsze trzeba planować. Czasem warto pozwolić jej „się wydarzać”.
W podróży czasem tak jest, że dociera się do miejsc niekoniecznie wyróżnianych w przewodniku. I tak właśnie było w przypadku nas i Kańćipuram. Miasto samo w sobie jest średnio atrakcyjne, mieliśmy problemy ze znalezieniem noclegu, a świątynia, owszem piękna, ale widzieliśmy piękniejsze. Dlatego po paru godzinach spędzonych w Kańćipuram wyraźnie nasuwało się pytanie: co my tu właściwie robimy…?.

reklama

Na odpowiedź nie czekaliśmy długo. Podczas bezcelowej włóczęgi nagle zobaczyliśmy duży i głośny orszak. -Śiwa, śiwa! – tłumaczył mi z przejęciem jeden z mężczyzn. Okazało się, że trafiliśmy na jeden z niewielu dni, kiedy bóg Śiwa opuszcza mury swojej świątyni. Niesiony w lektyce, objawia się na ulicach miasta. Kroczące dumnie słonie, głośna orkiestra i Śiwa w całej okazałości!

Warto było tu być, chociaż, przyznajemy, sprawił to przypadek. Ale tak naprawdę, to nie koniec niespodzianek, jakie czekały nas w Kańćipuram.- Mam na imię Ramia. Odwiedzicie nasz dom? – tak po prostu, z wyciągniętą reką i wspaniałym uśmiechem zaczepiła nas na ulicy młoda dziewczyna. Nie opieraliśmy się długo.

Ramia i jej rodzina otworzyli przed nami swój dom, albumy ze zdjęciami, pokój modlitwy. Spędziliśmy ze sobą całe popołudnie i wieczór (w tym pół godziny w ciemności, podczas standardowej przerwy w dostawie prądu). Nasi gospodarze byli ciekawi nas nie mniej niż my ich. Chociaż nie wszystko rozumieliśmy, nie na wszystkie pytania odpowiedzieliśmy i nie na wszystkie dostaliśmy odpowiedź, to był wspaniały czas.

Tekst: Joanna Grzymkowska-Podolak