Jak wychowuje Tymon Tymański

fot. Łukasz Gawroński

Po całym dniu niańczenia młodszej dwójki czasem nie mam siły, żeby zająć się swoimi sprawami, a mam ich sporo, więc zdarza się, że się wkurzam. Ale nigdy nie myślę, po co te dzieci, bo wiem po co. Bo ich chciałem – mówi Tymon Tymański.

fot. Łukasz Gawroński

reklama

Wróciłem do ojcostwa z myślą, że wreszcie uda mi się zrobić to porządnie i dobrze. Co nie znaczy, że wcześniej byłem niedobrym ojcem, bo zawsze podchodziłem do tego zadania poważnie, nawet jeżeli, a raczej kiedy na pewno, popełniałem jakieś błędy wychowawcze.

Pierwsze moje ojcostwo było cokolwiek niepełne, ponieważ nie wybierałem życia z mamą syna. Po prostu pewnego dnia pewna Szwajcarka namówiła mnie na dość abstrakcyjny jak na Polaka Anno Domini 1991 związek. Powiedziała: „Podobasz mi się, wybrałam ciebie na ojca mego dziecka. Co ty na to?”. To było po paru tygodniach znajomości, nie byliśmy nawet razem. Powiedziała to w momencie, gdy już wypiłem 0,75 litra whisky, którą mi postawiła. Poczułem, że jestem mocno wstawiony, więc powiedziałem: „Wrócimy do rozmowy, jak wytrzeźwieję”. Pogadałem z moim przyjacielem Mikołajem Trzaską i po szczeniacku stwierdziliśmy, że to śmieszny pomysł, więc czemu nie, skoro w dodatku nie była to dziewczyna z Lęborka i nie trzeba było jej płacić alimentów i z nią być. Nie ukrywam, że moja decyzja była dość lekkomyślna, ale nigdy nie żałowałem, że Lukas jest na świecie. On chyba tym bardziej nie żałuje, kochamy się, uczymy się siebie nawzajem rozumieć i wspierać, choć nasz związek jest dynamiczny. Lukas wie o swoich prapoczątkach, przyjął tę wiadomość, bo cóż miał zrobić, choć pewnie nie było to dla niego łatwe.

Więcej w wydaniu 7/ 2017, dostępnym także w wersji elektronicznej

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »