Sienna Miller – wywiad

fot.123rf

Długo miała status „dziewczyny Jude’a Lawa”. Do dziś gazety częściej rozpisują się o jej rzekomych romansach niż o osiągnięciach artystycznych. Szkoda, bo na ekranie udowadnia, że ma talent i charyzmę.

reklama

Sienna Miller na 87th Annual Academy Awards, fot. 123rf

Twoja kariera ostatnio przyspieszyła…

To chyba tylko wrażenie. Zawsze sporo pracowałam, tyle że wcześniej gazety miały lepsze tematy do analizy.

„Sienna Miller – ikona stylu”.

Gdyby artykuły o mnie skupiały się na modzie, stylizacjach i urodzie, naprawdę nie byłoby źle. Byłabym szczęśliwa.

Naprawdę? Nie jest to powierzchowne i mało satysfakcjonujące?

Tak się wydaje, ale to część zawodu aktora. To, jak wyglądasz i jak się prezentujesz, jest tematem plotek i komentarzy, nie mam z tym problemu. Drażni mnie co innego – jeśli jest czas i miejsce na traktat o sukni od Diora, to niech też będzie czas i miejsce na dyskusję o moich rolach. Przez jakiś czas w ogóle nie istniałam jako aktorka, a przecież grałam. Za to mój związek [z Jude’em Lawem – przyp. red.] był tematem numer jeden. Gdyby prześledzić wzmianki na mój temat w prasie, można by odnieść wrażenie, że zostałam aktorką dzięki temu, iż spotykałam się przez jakiś czas ze sławną osobą.

Media wykreowały tę znajomość na jeden z najgorętszych romansów Hollywood.

Romans? Będę z tobą szczera, on mi tak samo pomógł, jak i zaszkodził, ale pisanie tylko o mojej prywatności uważam za krzywdzące. Co więcej, zwykle kobietom dokleja się właśnie taką etykietkę. Znam wielu mężczyzn, którzy dzięki znajomościom, a nie pracowitości porobili kariery. A jednak im nie przypina się etykietek w stylu „chłopak kogoś sławnego”. Wiesz, co było najbardziej frustrujące? W trakcie mojego „słynnego związku” zarówno ja, jak i Jude graliśmy w filmach. Byliśmy z racji tego zaangażowani w różnego rodzaju promocje, wywiady, programy telewizyjne. Jego bardzo rzadko pytano o prywatność, skupiano się na rolach, warsztacie aktorskim, rozprawiano o trudzie włożonej w rolę pracy.

A ciebie?

Zwykle rozmowa krążyła wokół codzienności i życia ze sławnym aktorem. Wielokrotnie zastanawiałam się nad taktem dziennikarzy i obiektywnością mediów. Hasła takie jak równość płci czy takie same szanse to puste slogany. Kobiety dużo łatwiej się deprecjonuje, trywializuje się ich dorobek, wciska w role „partnerki”, „drugiej połówki”, „muzy”… Bo przecież to musi być takie przyjemne mieć funkcję dekoracyjną.

Muza muzie nierówna. Weźmy film „Factory Girl”. Zagrałaś w nim kultową Edie Sedgwick i udowodniłaś tym samym, jak ważna była w życiu Andy’ego Warhola.

No właśnie, w życiu Warhola! Czy jednak ona sama dla siebie była ważna? Zbierając informacje o Sedgwick, poznałam sporo faktów z jej życia. Można by pomyśleć, że dziewczyn takich jak ona było wiele. Nie jest to do końca prawda, Sedgwick była wyjątkowa. Lubiła przekraczać granice, nie bała się ryzyka, nie obchodziły ją: moralność, obyczaje, normy. Coś, czego inni muszą się uczyć, ona wyniosła z domu. Wokół Warhola krążyło sporo kobiet i mężczyzn, a wierność nie była cechą specjalnie pożądaną, ale chyba tylko Sedgwick dorównywała mu swobodą zachowań. Poznał osobę nie mniej szaloną od siebie i bardzo mu to imponowało. Zresztą Sedgwick była istotna nie tylko dla niego, z myślą o niej komponowali swoje utwory wielcy artyści, chociażby Dylan.

I co? Dzisiaj figuruje właśnie jako „inspiracja”, „muza”, „femme fatale”. Miała bardzo dużo do zaoferowania, tyle że rozdawała siebie innym. Dysponowała sobą w sposób niefrasobliwy. Przede wszystkim dawała – jak wiele współczesnych kobiet – a nie potrafiła brać, nie umiała zawalczyć o siebie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »