Zaufanie zamiast zadufania

123RF.com

Ponurzy, podejrzliwi, ufamy tylko „swoim” – członkom rodziny i sąsiadom, pod warunkiem że ich dobrze znamy. Zachęcani
do działania na rzecz innych odpowiadamy często: „a co ja będę z tego miał?”. Taka postawa programowej wręcz nieufności bywa jednak źródłem niemałego stresu. Czy można to zmienić?

reklama

 Błonie, wioska w województwie świętokrzyskim, 300 mieszkańców, 80 gospodarstw. Rok 2008, stan posiadania: zdewastowany park, zrujnowany ośrodek maszynowy, sklepik spożywczy, przystanek autobusowy (jedyne miejsce towarzyskich spotkań).

– Pomyślałam sobie, że to już tak dłużej trwać nie może – mówi Anna Paluch, młoda rolniczka, gminna radna. – Każdy żyje osobno, dzieci nie mają się gdzie bawić, wszystko w ruinie, żal patrzeć. A przecież, myślałam, mamy prawdziwe bogactwo – park, z którego można by zrobić miejsce sąsiedzkich spotkań, plac zabaw dla dzieci, boisko. Gdy udało się pozyskać trochę pieniędzy z Poakcesyjnego Programu Wsparcia Obszarów Wiejskich (finansował ten program Bank Światowy), zwołała zebranie w sklepiku, przyszło sporo ludzi. Zapytała, czy jej pomogą, bo sama nie da sobie rady. Powiedziała, że ich pomoc jest ważniejsza niż pieniądze, bo nawet jak się ma pieniądze, bez ludzkiej życzliwości niewiele się zrobi. Na zebraniu zdecydowano, że w parku powstanie plac rekreacyjny. Ustalono, kto i co ma robić: kto kopie, kto grabi, kto wynosi śmiecie, kto muruje. – Przez dwa tygodnie karczowaliśmy, kosiliśmy, sprzątaliśmy, mieszaliśmy beton. Spotykaliśmy się wieczorami i nocami, bo większość z nas to rolnicy, którzy mają czas dopiero wtedy, kiedy skończą prace w polu. Ludzie przynosili swoje narzędzia, przyjeżdżali traktorami. Nikt nie nawalał. Zauważyłam wtedy jedną ważną rzecz: ludzi zbliża nie zabawa, tylko wspólny wysiłek. Gdy zobaczyli, jak świetnie nam wychodzi, nabrali ochoty na więcej: zabraliśmy się do budowy boiska do siatkówki i piłki nożnej. Zarazili się marzeniami.

 

Muszę cię kupić

W Błoniu się udało, bo znalazła się liderka z wizją, rozmawiała ze swoimi sąsiadami językiem, który rozumieli i który trafił im do przekonania, każdy mógł do jej pomysłu wnieść coś od siebie, wspólna praca przyniosła sukces. Na ogół jednak tak różowo nie jest. Gdy się pyta liderów społecznych, co jest największym problemem, żeby namówić ludzi do wspólnego działania, odpowiadają zgodnie: brak zaufania. Najczęstsze reakcje to: „Musi mieć w tym jakiś interes”, „dlaczego mam się wysilać, skoro z mojej pracy skorzysta obcy człowiek?”, „co ja będę z tego miał?”, „i tak się nie uda”. Chcielibyśmy poprawiać sobie życie i upiększać otoczenie, ale oczekujemy tego albo od państwa, albo lokalnych władz, albo niesprecyzowanych „innych”.

Taka postawa jest źródłem stresu: boję się cokolwiek zrobić, bo mogę zostać wykorzystany, oszukany. Doświadczyła tego zresztą i Anna Paluch: – W drugim roku naszych działań niektórzy w Błoniu zaczęli mówić, że muszę mieć w tym jakiś interes. Uznałam, że i tak wszystkim nie dogodzę, i robię swoje.

Stanisław Baska, lider społeczny, współpracujący ze Stowarzyszeniem Młodzieży Katolickiej „Wolni od Uzależnień” z podkarpackich Zaleszan, opowiada, jak jego organizacja pomagała podczas ubiegłorocznej powodzi. Pomocą objęto pięć gmin, kierowali ją do przedszkoli, szkół, straży pożarnych, zespołów sportowych. Jakaś firma ofiarowała 150 lodówek, pralek, kuchenek. Wiadomo było, że wszyscy poszkodowani ich nie dostaną. Stowarzyszenie zwróciło się więc do gminy o ustalenie czytelnych kryteriów rozdziału i sporządzenie listy. – Wójt się na to nie zgodził – mówi Baska. – Powiedział, że ma swoją listę. Po długich przepychankach wycofaliśmy się ze współpracy z gminą – sama „dzieliła”, zaś kolejni darczyńcy, którzy zwrócili się do nas o pośrednictwo, zrezygnowali i przekazali sprzęt innym miejscowościom. Dlaczego wójt tak postąpił? Właśnie na zasadzie „dlaczego mam się wysilać, skoro na tym nie skorzystam?”. Może uznał, że zyska większy splendor, zwłaszcza że wybory za pasem? Może nie chciał, aby ktoś „z zewnątrz” ustalał inne reguły gry? Potraktował nas jak konkurentów, a nie partnerów. Szkoda.
Prof. Marek Szczepański, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego i wykładowca Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, mówi, że od lat wynika z badań, że tylko 11 osób na 100 zrobiłoby coś bezinteresownie dla innych.

Dlaczego nie ufamy sobie nawzajem i wietrzymy złe intencje? – Mamy wielki problem ze sobą, bo mamy sprzeczny stosunek do polskości. Z jednej strony pozytywny, bez tego przecież trudno byłoby nam żyć, a z drugiej – bardzo negatywny. Wynika to przede wszystkim z tego, że gdy w XIX wieku na świecie kształtowały się tożsamości narodowe, my nie mieliśmy swojego państwa. Stąd tożsamość dla nas to bycie ofiarą – mówi psycholog społeczny prof. Bogdan Wojciszke ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – W jednym z miasteczek postanowiono uczcić pomnikiem bohaterów spod Monte Cassino, nazywając ich obrońcami Monte Cassino… Bo przecież my, Polacy, nie możemy nikogo zaatakować, możemy być tylko tymi, których się atakuje! To świetny przykład na to, jak Polacy postrzegają siebie w kategorii ofiary. Taka postawa ma fatalne następstwa: badania psychologiczne dowodzą, że ofiary stają się bardziej niemoralne, bo uważają, że należy im się więcej, a powinno się od nich wymagać mniej. Poza tym myślą nie w kategoriach sprawczych, czyli co mogę skutecznie zrobić dla siebie i swego otoczenia, tylko w kategoriach społeczno-moralnych, czyli co mnie jeszcze złego może spotkać? To prowadzi do bierności, bo po co działać, skoro i tak nie wyjdzie.

Ponadto: nasze poczucie wspólnoty ma szczególny rys, to wspólnota rodzinno-plemienna. – Jesteśmy skrajnie skoncentrowani na rodzinie. Aż 80 proc. Polaków odpowiada w badaniach, że najbardziej jej ufa. Socjologa cieszy, że ludzie mają taką kotwicę, ale nie cieszy zamykanie się w rodzinnym kręgu – mówi prof. Szczepański. 

Zdaniem prof. Wojciszke to prowadzi do „plemienności” działań: dbamy przede wszystkim o swoją rodzinę, krąg, oraz do „plemienności” norm moralnych: wobec osób spoza własnego kręgu nie musimy być uczciwi. Dokonujemy wymiany dóbr, usług, uprzejmości tylko między swoimi, nie chcemy angażować się na zewnątrz, bo musimy mieć pewność, że to nam się zwróci. – To prowadzi do wypaczonego postrzegania świata – mówi. – Jeśli nie mogę ci zaufać, to muszę cię kupić, żeby zapewnić sobie twoją lojalność.

Przykładem takiego sposobu myślenia jest chociażby nasz stosunek do lekarzy: ciągle wciskamy im pieniądze za leczenie bliskich. Jeżeli lekarz nie chce przyjąć pieniędzy, nie myślimy o tym, że takie ma zasady, tylko że pacjent jest taki chory, że już nic się nie da zrobić. 

Językiem ofiary jest – jak to określa prof. Wojciszke – „skargliwość”, wieczne narzekanie na świat i ludzi. Z badań przeprowadzonych przez niego kilka lat temu wynika, że narzekanie jest sposobem nawiązywania relacji, podtrzymywania i pogłębiania więzi, rozpoznawania „swoich”.

 

Pucybut kariery nie zrobi

Ponad 20 lat temu nieufność była uzasadniona. Żyliśmy w takim systemie, że zaufanie obcemu mogło się skończyć na przykład więzieniem. Ufność była głupotą. Dziś w dużej części za tamte lata płacimy. Badania prowadzone w Europie pokazują, że najniższy poziom zaufania ze wszystkich krajów Unii prezentuje Grecja i Polska. To nie znaczy, że Polacy nie ufają nikomu – nie ufają tym, których dobrze nie znają. 

Drugą stroną nieufności jest zawiść o sukcesy innych. – Zawiść to zjawisko powszechne i w innych krajach, tyle tylko że Polacy nie mają takich mitów i przekonań, jakie funkcjonują w dobrze rozwiniętych społeczeństwach, a które wzmacniają i tłumaczą system, jak chociażby słynny amerykański mit, że pucybut może zostać milionerem – mówi prof. Wojciszke. – Wierzą w niego nie tylko ci, którym się udało, ale i ci na dole społecznej drabiny. Ponad 60 proc. Amerykanów uważa, że ich system jest dobry, w  Polsce – może 3 proc. obywateli, bo Polacy nie identyfikują się ze swoim państwem, uważają je wręcz za obcy, wrogi twór. Polska zawiść nie pobudza do aktywności, lecz przynosi jedynie stres, Polacy marzą o tym, żeby milionerowi powinęła się noga, zamiast myśleć, co zrobić, żeby osiągnąć to samo.

Dlaczego takie mity nie urodziły się w Polsce po 1989 roku, chociaż pokonaliśmy imperium, bogaciliśmy się na potęgę, uliczni handlarze majtek i cytrusów zakładali świetnie prosperujące firmy? Zdaniem prof. Szczepańskiego w polskiej historii wielkie momenty solidaryzmu pojawiają się podczas gwałtownych, traumatycznych wydarzeń, ale to jedynie krótkotrwałe okresy wspólnoty i współczucia. 

I tak zamiast pozytywnie zmitologizować okres bonanzy, potępiamy go, mówimy – językiem ofiary – o niesprawiedliwości, wyprzedaży majątku narodowego, nieuczciwych fortunach. U wielu jednak taka postawa łagodzi poczucie klęski; można sobie powiedzieć: nie ja jestem nieudacznikiem, tylko „oni” mnie oszukali, nie pozwolili rozwinąć skrzydeł. Polacy mają silnie zakorzenione przekonanie, że świat jest niesprawiedliwy, podczas gdy w dojrzałych demokracjach jest widziany w równowadze – jako częściowo sprawiedliwy i częściowo niesprawiedliwy.

Partnerstwo jak przyjaźń

– Jeśli chcesz działać społecznie w dłuższej perspektywie, musisz postępować przejrzyście według uczciwych kryteriów, bo to pomaga budować zaufanie – mówi Stanisław Baska.

– Musisz rozmawiać z ludźmi i słuchać ich. Jasno przedstawiać intencje. Traktować ich jak partnerów, zaufać ich poglądom i racjom. Partnerstwo jest jak przyjaźń.

Stowarzyszenie, z którym współpracuje, działa już 12 lat, pomaga dzieciom i młodzieży, wspiera lokalne inicjatywy obywatelskie. – Nie wykształciliśmy w Polsce języka debaty, wymiany myśli, poglądów. Brakuje instytucji, które stanowiłyby forum debaty, a mogłyby nimi być np. uczelnie czy szkoły. Ale tam raczej wtłacza się wiedzę, niż uczy ze sobą rozmawiać – mówi prof. Szczepański. – Brakuje dobrych wzorów: językiem dialogu nie mówi ani Kościół, ani politycy, ani media, brutalizacja wkradła się nawet do języka profesorów i poetów. Nie umiemy słuchać, a to oznacza, że jesteśmy zamknięci na szukanie kompromisu.

Uważa on, że takiego języka musimy nauczyć się sami, nikt tego za nas nie zrobi, choć państwo powinno inwestować w edukację, także obywatelską, już od przedszkola. Jego zdaniem rosnąca zamożność społeczeństwa będzie miała wpływ na wzrost zaufania do siebie nawzajem i do państwa, wzrost aktywności społecznej, osłabienie syndromu ofiary. Zmiany już widać, rośnie m.in. otwartość Polaków na świat zewnętrzny.

***
Błonie, 2010 rok, stan posiadania: tętniący życiem plac zabaw dla dzieci, dwa boiska, altana, młodzieżowy zespół wokalno-taneczny Huragan Błonie, młodzieżowa drużyna piłki ręcznej i siatkowej. Koło Gospodyń Wiejskich. Cykliczne Pikniki pod Jesionem: zawody, konkursy, licytacje prac plastycznych dzieci, muzyka, dobre jedzenie, świetna zabawa. Sylwestry pod chmurką. Zagospodarowano kolejne 1,5 ha parku. Nikt dotąd niczego nie zniszczył, choć nikt nie pilnuje.