Na czczo w miasto cz. 1

fot. Minta Eats

Czy w stolicy tego pięknego kraju można z apetytem zacząć dzień? To się okaże.|Czy w stolicy tego pięknego kraju można z apetytem zacząć dzień? To się okaże.
Razem z Mintą Eats rzuciłyśmy warszawskim restauracjom wyzwanie: dajcie nam śniadanie! Sprawdziłyśmy Śródmiejską i Lenivca i… wciąż jesteśmy głodne. – Bez śniadania nigdzie nie wyjdziesz! – huczała na mnie babcia, nawet jeśli w tle grał już Gary Moore, co jednoznacznie wskazywało, że radio za chwilę oznajmi godzinę ósmą, a ja wybiegnę na pierwszą lekcję. Choć żołądek miałam skurczony szkolnym stresem, siadałam dzielnie przy bawarce i kaszy mannie na mleku, tak gęstej, że łyżka w nią wbita stała pionowo. By trochę osłodzić mi początek dnia, kochana babcia wypisywała na mannie syropem malinowym moje imię: Basia. Czasami były płatki owsiane spowite aurą baśni, którą czytano mi na dobranoc – o jakimś gościu, który jadł owsiankę i miał po niej supermoc i piękne włosy, i wcale nie męczyły go bąki. Od wielkiego dzwonu do bawarki była słodka chałka z kruszonką, grubo posmarowana masłem, lub pajda chleba posypana cukrem. Tamtą gehennę wspominam dziś z rozrzewnieniem. Nikt później nie dbał tak o mój żołądek o poranku… Postanowiłam sprawdzić, czy któremuś z warszawskich restauratorów zależy na moim porannym samopoczuciu. Tak zrodził się projekt „Na czczo w miasto”, do którego przyłączyła się Minta Eats, równie jak ja spragniona dobrego śniadania. Relacje ze wspólnych poszukiwań będą ukazywać się równolegle na naszych blogach. By rozpocząć ten śniadaniowy przewodnik, w minioną sobotę odwiedziłyśmy dwa miejsca. Na pierwszy ogień poszła Śródmiejska. Fajna nazwa i świetna lokalizacja (róg Marszałkowskiej i Wilczej). Mimo że wcześniej mieściły się tu kulinarne przybytki, które gastronomii robiły więcej krzywdy, niż przynosiły korzyści, z wielkim entuzjazmem – i z wielkim głodem – udałam się do Śródmiejskiej. Wiedziałam, że jej właścicielka prowadzi również Coco de Oro – przemiłą żoliborską klubokawiarnię z pikantnym, ciekawym jedzeniem ze Sri Lanki. Obietnica egzotycznego śniadania wprawiła mnie w dobry nastrój, a w dodatku właśnie tutaj 11 listopada ukryła się Kozak. To Śródmiejskiej zawdzięcza całą głowę, nietkniętą kostką brukową czule posłaną z rąk narodowców. Duży lokal odmłodniał. Pojawiły się kolorowe mebelki, trochę starych gratów, siedziska z europalet i wszelkie warunki do prowadzenia klubokawiarni. Zachęcone pytamy o śniadanie, które zresztą widzimy przed sobą w menu na barze. – Nie podajemy śniadań w weekendy – studzi nasz zapał barmanka. Kto je śniadania w tygodniu? Freelanserzy? Hm, jesteśmy jedynymi gośćmi w tym lokalu, na pewno chce nam pani odmówić jedzenia? – Może kucharz przygotuje je w drodze wyjątku? – pomaga w myśleniu Małgosia. Pani barmanka idzie zapytać. Tak, zrobi. Wspaniale. Zamawiamy chleb puri z serem (w zestawie z herbatą lub kawą – 12 zł). Po 10 minutach, kiedy siedzimy już wygodnie, okazuje się, że nie ma sera. Do wyboru jest kurczak i tuńczyk. Małgosia nie je mięsa, ja takiego również unikam. Wychodzimy. Trochę mi smutno, zwłaszcza że nawet zwrot pieniędzy jest kłopotem. Trochę więcej nadziei pokładałam w tym miejscu. Na szczęście niedaleko jest Leniviec (ul. Poznańska 7). Ach, jak tu miło i domowo! Białe drewniane podłogi, ceglane ściany, szarości przytulnych siedzisk. Zapadłabym się tu na godziny, ale niech mi dadzą jeść! Niestety spóźniłyśmy się, śniadania podają do 12… Potem już tylko lunch. Tymczasem panie za barem wykazują inicjatywę. Omlet? Trzeba będzie dłużej poczekać, ale twarożek – będzie zaraz. Małgosia dzielnie mierzy się z pięknie podanym zestawem śniadaniowym (serek, pieczywo, marmolady, krem czekoladowy, herbata – 17 zł). Twaróg smakuje i wygląda bardziej na bielucha z nutą mascarpone. Ja w desperacji zjadam kisz. Byłby dobry, gdyby był ciepły, niestety nie jest. Babcia by się załamała. Postanawiamy z Małgosią, że ta sobota nas nie zniechęci. Szukamy dalej. Kto nakarmi śniadaniem Starecką i Mintę? Przeczytaj wersje wydarzeń wg Minty!

reklama