Starecka galopuje na Służewcu

Od miesiąca trwa sezon na warszawskim torze wyścigów konnych Służewiec. Trzeba tylko wybrać faworyta, obstawić go, a potem czekać na krzyk podekscytowanego spikera: „Bomba w górę!” i „Rrrrruszyły!”.
Emocje u graczy jeszcze w delikatnym kłusie – na trybunie honorowej spotykają się tylko fascynaci, zaprawieni w bojach hazardziści, którzy już parę razy stracili dom i żadna przegrana nie jest im straszna. Na początku sezonu wódeczkę sączy się dyskretnie, rozmawia szeptem, po cichu obstawia faworytów wedle własnego, zapisanego maczkiem i od lat stosowanego systemu. Potem emocje wejdą w galop, a cwałować będą jesienią. Wtedy, jak co roku, odbędzie się Wielka Warszawska, na którą zjedzie się cała Polska i na której będzie telewizja oraz pojawią się paparazzi głodni pseudogwiazd w pseudokapeluszach. To najważniejsza gonitwa sezonu, podczas której zwycięzca otrzymuje Nagrodę Prezydenta Miasta Stołecznego Warszawy oraz tytuł Konia Roku (czytaj: zarabia dużo pieniędzy). Na razie spokojnie, nie przeciskając się przez tłum, można oglądać konie prezentujące się na padoku przed gonitwą. Zakłady obstawia się na zwycięzcę lub na tzw. porządek – czyli kolejność koni na mecie. Kuchcik w „Programie gonitw” czyta prognozę faworytów komisji technicznej Totalizatora Sportowego. Nasz wybór pada na Lucky Petera, trzyletniego ogiera, który, jak czytamy w ocenie, „legitymuje się jednymi z najlepszych »papierów« na Służewcu. Jest po cenionym w hodowli irlandzkim Marju, którego potomstwo łącznie wygrało 1795 gonitw i zgromadziło na swoich kontach prawie 35 milionów funtów brytyjskich (!). Ma talent do galopowania, dobre pochodzenie, ale nie imponuje eksterierem”. Nie wiemy, co to eksterier, ale do wyboru przekonuje nas imię jego matki – Lucky Flirt. Z takimi genami musi wygrać! Wprawdzie w zeszłym roku również kierowałam się jakimś ekstrawaganckim imieniem typu Against The Wind i nie skończyło się to dobrze, bo koń w połowie gonitwy zmienił zdanie i zamiast biec ku mecie, zawinął na start, ale może wiatr wiał w złą stronę? Disco lat 70. brzęczące z głośników nagle cichnie. Spiker krzyczy podekscytowanym głosem: „Bomba w górę”, a zaraz potem charakterystycznie akcentując pierwszą literę: „Rrrrrruszyły!”. Biegną, biegną, dżokeje mocniej ściskają konie kolanami, a staruszkowie ściskają kupony w dłoniach, krzycząc imiona swoich faworytów. Lucky Peterowi słabną nogi i ku naszemu zaskoczeniu prowadzenie obejmuje Enjoy The Silence. Rrrruszyły! Który koń wygra – mój czy Seby? Żaden… Tor Służewiec – kultowy punkt gastronomiczny Na porażkę, jak wiadomo, najlepsza jest wiśnióweczka. Po tym, kto ją pije, widać, kto przegrał. Siadamy przy przykrytym szklanym blatem oldskulowym stole w punkcie gastronomicznym. – Czas na obiadek – odzywa się przed nami w kolejce do garmażu duża blondyna z tapirem. – Strogonof poproszę. – Pani Grażynko, kolkę do tego? – dopytuje się kasjerka. Pani Grażynka kiwa potakująco głową, falując konstrukcją blond loków utrwalonych sporą ilością lakieru, i z powrotem zajmuje miejsce przy stoliku z bukietem sztucznych stokrotek, zza którego pilnie obserwuje wyniki drugiej gonitwy. Kobiet tu mało, a jeśli już, to są wielce malownicze. Garmażerka nie rozpieszcza Do następnej gonitwy pół godziny. Trzeba się zregenerować konkretem – najpopularniejsze są flaczki, ale i śledzie schodzą z garmażu parami – razem z wódeczką. Niektórzy przychodzą z własnym prowiantem. Wszystko w takim anturażu smakuje znakomicie – nawet korniszon i szynka wyłożona na papierze. Wyścigi to świetny pomysł na weekend ze znajomymi, o ile nie przyjdzie Wam do głowy zastawiać domu. Należy z pokorą słuchać starszego, zaprawionego w gonitwach pokolenia i cieszyć się atmosferą retro, nim to niezwykłe miejsce przeobrazi się w wypasiony tor w pobliżu centrum rozrywki i handlu. Służewiec – tu pije się z gwiazdami Fot.: Basia Starecka, Bartek Lachowski

reklama