Kozak i hipsterskie jedzenie w Londynie

Londyn to pole kulinarnej inspiracji i frustracji. Ciągłego głodu i nasycenia. Paradoksów żołądka. Trendów ślinianek.
Frustracja/inspiracja? W pierwszej wziętej do ręki w metrze codziennej darmowej gazecie dwie recenzje restauracji i jeden artykuł o chińskim mistrzu przygotowującym smakowite świerszcze. W pierwszym kiosku po wylądowaniu ustrzelam TimeOut – specjalne wydanie o jedzeniu „London Eating&Drinking”. W podtytule „Over 1,000 restaurants, cafes, gastropubs and bars”. Gazeta ma 384 strony – niektóre zapisane drobnym maczkiem. Pierwsze wrażenie po wyjściu z metra? Pachnie jedzeniem: kombinacją co najmniej trzech kuchni (którą wybrać, zjeść i nie móc więcej?). Jak nie kochać i nie nienawidzić jednocześnie, nie zielenieć z zazdrości? Miałam kilkadziesiąt godzin, żeby się rozejrzeć i załagodzić. W pierwszym momencie los rzucił mnie w objęcia hipsterii (a pamiętajmy hipsterzy jedzą!) na Hackney. Mam jednak niehipsterską (a może jednak?) historię związaną z tym miejscem, nie prosty romans z tatuażystą lub bar crawl w najmodniejszych pubach. Dziesięć lat temu przyjeżdżałam na Hackney po południu, żeby na tutejszym targu zjeść burgera z ciężarówki (takiego superprostego: mięso ze smażoną cebulą) a o świcie, żeby kupić sobie jedna z lepszych bajgli w mieście (piekarnia otwarta była od czwartej-piątej rano). To tu widziałam po raz pierwszy w jednym z tureckich sklepów mięsnych bycze jądra i tu jeździłam do tureckiego domu kultury na miętową herbatę w małych szklaneczkach. To w końcu tu zobaczyłam po raz pierwszy prawdziwą lomografkę – jak zwiastun tego, co będzie się w dzielnicy działo dziesięć lat później. Po – niegdyś obskurnym, teraz trochę lepszym targu – nadal chodzą fajnie ubrane dziewczyny i robią zdjęcia: tym razem mają jednak opcje lomo w instagramowej aplikacji na iPhone’a, a bycze jądra są specjalnością niektórych wyśmienitych (parę rekomendujących naklejek na oknach) tureckich restauracji. Barokowa obfitość owoców z Anglii, Maroka czy Argentyny to jednak nic w porównaniu z tym, co dzieje się w tym samym czasie w innej części Londynu. W tym mieście – okazuje się – nie wystarczy już bowiem nie chodzić do Tesco i kupować świeżych, nieopakowanych w plastikowy koszyczek truskawek. Tu już trzeba znać swojego farmera. Jeden z trendów, który wieszczył Phil Lempert na początku 2012 roku, to coraz większe znaczenie „Farm to Fork” czyli z farmy na widelec. Znani rolnicy to zdaniem Lemperta kulinarni celebryci. Ja dorzuciłabym do tego jeszcze – symbole seksu. Anyway – ten trend widać akurat nie na Hackney a na Borough Market (to okolice Tate Modern, warto tam zjeść lunch po obejrzeniu pokrojonych zwierząt Hirsta!). Obłędna wioska z jedzeniem w centrum Londynu to tak naprawdę targ z metkami: nie uświadczycie tam bowiem niczego, co nie ma opisanego pochodzenia. Możecie tu więc kupić zarówno obrandowane mięsne pie’s, jak i opisane i wychuchane przez farmera warzywa, ostrygi z tej a tej plaży, a kiełbaski z dzika robione u tego a tego rzeźnika z musztardą tylko z firmy, którą kupowała jeszcze babcia serwującego je chłopaka. Szał. Przy okazji zaliczycie przynajmniej ciekawą rozmowę, jeśli nie lekki podryw, ze strony sprzedającego/farmera, który wie najlepiej, co i dlaczego sprzedaje, do czego to będzie pasowało i u kogo dokupimy idealne składniki. Absolutny koszmar dla tych, którzy w poszukiwaniu szybkiej obsługi kochają sklepy samoobsługowe. Raj dla gawędziarzy. I idealne miejsce na lunch, bo na przestrzeni każdej z sekcji sprzedającej składniki można wybornie zjeść – choćby wspomnianą kiełbasę z dzika czy sarny lub kanapki z salted beef… Jak daleko sięga ten trend, przekonałam się, jedząc z Asią śniadanie w The Russet – modnej szopie przy parku przerobionej na knajpkę idealną na śniadanie. Proste menu opiera się na  świeżych lokalnych składnikach. Jajka są tu – uwaga uwaga! – kacze, a każda ingrediencja, np. szparagi, opisana ze względu na miejsce pochodzenia. Co ciekawe: jedną stronę z trzystronnicowego menu zajmuje lista sprawdzonych dostawców:kto dowozi piwo, kto wino, kto takie warzywa, a kto robi ciasta. A mówią, ze hipsterzy nie lubią marek. Lubią tylko takie… inne.

reklama