Kozak je śniadanie (izraeli stajla)

Zdradzę się, wystawię na psychofanów i ewentualnych snajperów, gdyby chcieli mnie dopaść. Napiszę gdzie od dwóch tygodni codziennie jem śniadanie. Zobaczymy, czy dacie radę i też dołączycie.
Ze śniadaniami jest problem. Wiedzą to nie tylko ci, którzy – tak jak ja, chora maniaczka porannego wstawania – próbują coś zjeść o 7 rano w dzień powszedni i niedzielę. Wiedzą to również ci, którzy po prostu, berlińskim zwyczajem chcą je zjeść o 13. Albo po prostu chcą złapać kanapkę do kawy… Zmagania ze śniadaniowymi menu można śledzić na blogu Basi Stareckiej, która naraża się na niestrawności razem z Małgosią Mintą, gdy obie ruszają na czczo w miasto. Wymogi śniadaniowe mam proste. Smacznie. Kawa. Niedrogo. Ale przede wszystkim rano. Nie ma dla mnie sensu śniadaniarnia otwierająca swe podwoje o 10. Nawet 9 – to dla mnie skandal. Gazeta Wyborcza o tej porze już dawno powinna być przeczytana, śniadanie zjedzone, kawa ma już rozlewać się leniwie w naszych żyłach od jakiegoś czasu, budząc hormony odpowiedzialne za walkę z rzeczywistością. Hawk. Byłoby jeszcze super, żeby było blisko domu. I blisko innych ludzi. Lub skomunikowane tak, by dało się dojechać. Nie ,jakie kulinarne bóstwo zesłało w moje okolice Aromę. Mam wrażenie, że było przystojne, ogorzałe i pochodziło z imprezowej części Tel Aviwu, ale nie mogę mieć pewności. Aromie mogą bowiem przyświecać również bóstwa dobrej kawy – której, przyznaję, nie potrafię docenić, za to telefon o siódmej rano od znajomej krytyczki sztuki („Nikt w tym mieście nie podał mi jeszcze tak wrzącego espresso, tu jest lepiej niż we Włoszech”), którą o cudownych właściwościach czarnego płynu powiadomiła z kolei siostra – uświadomił mi, że musi być dobrze. I był jedną z najlepszych rzeczy, które przydarzyły mi się ostatnio. Od tego telefonu swe poranki spędzam w Aromie, korzystając z dobrodziejstwa miejsca, które otwiera się o siódmej rano, a zamyka o dziesiątej, dostarcza wielbicielom boska kawę – a mnie: wszystko czego potrzebuję (kontakty dla mojego komputera i bezprzewodowy internet!!!). Jeden rzut oka na dziwną oszkloną szafkę utwierdzić powinien was bowiem w cudownym przekonaniu: tak, tu się piecze chleb, na naszych oczach. Nie jest to może ten gatunek, który kocham najbardziej, lecz zrobiona na nim kanapka z awokado i jajkiem, albo wołowiną – totalnie daje radę. Do tego w Aromie piecze się croissanty. Te z migdałami znajoma redaktor naczelna obwołała „lepszymi niż w Paryżu”. Są też belgijskie wafle z lodami i mnóstwo przeróżnych innych słodyczy. Skupiam się na śniadaniu. Wybieram, to, które wydaje się najbardziej „miejscowe”. Izraelska specjalność to Shakshouka brekfast: jajka sadzone na mieszance pomidorów z cebulą. Do tego świetnie przyrządzona tahina, której normalnie nie znoszę i warzywa, które mogę w niej maczać. Czuję się w innym kraju. To właściwość, za którą uwielbiam jedzenie: przenoszenie w przestrzeni. Aroma z jednej strony jest lekkim Nowym Jorkiem z białymi cegłami na ścianach, z drugiej – ciężkim smakiem Izraela z Sahlabem, czyli orchideą zaparzoną wrzącym mlekiem i posypaną wiórkami kokosowymi i orzechami laskowymi… Dziś jeden z szefów Aromy, Niso, praktycznie zmusił mnie do zjedzenia miejscowej specjalności: burekas. Przypominający burek płat francuskiego ciasta wypełniony jest jajkami, piklami i pomidorem, słonym serem halloumi i ocieka tahiną o konsystencji majonezu. Sama chyba najchętniej zjadłabym go o poranku po dobrej imprezie, kiedy odtrułby mój organizm i otworzył tęsknotę za innym smakiem. Bo okazuje się, że nie trzeba daleko jechać, by go znaleźć… (Podobno w Aromie w Izraelu, takim podejrzewam lokalnym Starbucksie, są najprzystojniejsi bariści. Zespół w warszawskich kawiarniach – daje radę.)

reklama