Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Kozak ogląda MasterChefa z profesjonalistami


13 marca 2013 Ugryzienie Kozak Aga Kozak
Już w tę niedzielę Rhett Willis, Rhys Badcock i Sarah Knights – trójka profesjonalnych szefów kuchni z Australii – zmierzy się o tytuł pierwszego MasterChefa wśród profesjonalistów. Ja już nerwowo przełykam ślinę.

Uwielbiam ten program. Z kubkiem herbaty, wyłączonym telefonem, kocem i talerzem czegoś na zaspokojenie pojawiającego się w nieunikniony sposób głodu oglądam zmagania profesjonalistów. Pewnie połowę tego, ze go uwielbiam załatwia prowadzący – absolutnie boski Marco Pierre White w swej łagodnej, arystokratycznej postaci – a połowę świetnie zaopatrzona australijska spiżarnia i niezwykła łatwość z jaką uczestnicy żonglują najegzotyczniejszymi składnikami. O tym, że Australia to kraj nie tylko o genialnej kulinarnej tradycji – „spijający śmietankę” ze wszystkich możliwych wpływów i tradycji, ale też kraina mlekiem i miodem płynąca można było przekonać się w moim ukochanym odcinku, gdy w tajemniczym pudle ze składnikami uczestnicy zamiast trufli, kawioru i szampana (z tymi składnikami poszło im lepiej) znaleźli „odpadki”: przejrzałe banany, zbyt dojrzałe (!) pomidory, głowy ryb, korpusy z krewetek, obierki z warzyw – coś, z czego przeciętny Polak zrobiłby zupę rybną, a Marta Gessler wykwintne chipsy… Dla wielu australijskich szefów takie składniki to był szok. Poradzili sobie jednak z wyzwaniem koncertowo. Podobnie jak z przyrządzaniem garden party w parku, gdzie składniki musieli pożyczyć od okolicznych mieszkańców, popupową restauracją, którą robiło się w JEDEN DZIEŃ czy z wyzwaniem fusion: połączeniem smaku Maroko z meksykańskim… I robieniem różyczek z rzodkwi diakon i molekularnych kuleczek z wyciskanego strzykawką białka. Masterchef-The-Professionals-2013-full-contestant-group-shot Australijską wersję obejrzałam niedługo po polskiej. I choć mogłabym narzekać nie mogłam nie zauważyć jednego: ten program, podobnie jak „Kuchenne rewolucje” oglądali wszyscy. „Polska już nie tańczy, Polska gotuje” głosiły gazety. Obserwując to, jak zmieniały się talerze i facebooki moich znajomych – faktycznie tak było. Podsłuchując rozmów w sklepach, zaglądając do koszyków, z niedowierzaniem patrząc na akcję z Okrasą i Pascalem Lidla czy gazetki Biedronki widziałam, ze coś się zmienia. Rene Redzepi powiedział mi podczas wizyty w Polsce, że jesteśmy prawdopodobnie w tym momencie, w którym aktualna kulinarna potęga Skandynawia – przepojona złą kawą i fastfoodami była jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Na świecie tak jest: jedzenie jest nowym seksem, Jamie Olivier zajmuje miejsce po gwiazdach rocka, a książki kucharskie prowadzą na listach bastsellerów. Jakikolwiek by nie był – polski MasterChef wydawał mi się najlepszym narzędziem do wprowadzania takiej rewolucji na polskich talerzach. masterchef polska   Z mojego snu o naprawianiu kulinarnej kondycji Polski wytrącił mnie Paweł Kibart – „Oczywiście plusem takich programów jest to, ze u widzów wzrasta świadomość tego co jedzą, chociaż z drugiej strony czy warto jest się uczyć gotowania od kogoś kto obejrzał kilka filmików na youtube ?” Co tak naprawdę można było zarzucić polskiej wersji wypisano skutecznie w wielkiej grupie na facebooku o tytule „Master Chef Polska (Opinia o programie wyrażana przez profesjonalistów)”.  Opowiedział mi o niej Paweł Kibart, szef restauracji Sinnet Tennis Club. „Celem założenia facebookowej grupy (której pomysłodawcą byłem razem z szefem Sebastianem Krauzowiczem) była merytoryczna ocena TVN-owskiej produkcji. Zależało nam na tym, żeby ludzie, którzy pracują w gastronomi mogli wyrazić swoją opinię. Nam jako twórcom grupy zależało przede wszystkim na tym, żeby była to ocena merytoryczna. Wielokrotnie uczulaliśmy członków, żeby powstrzymali od złośliwości odnośnie któregokolwiek z uczestników programu, czy członków jury. I muszę przyznać, że ten cel udało nam się osiągnąć.” Faktycznie. Grupa podczas każdego z odcinków patrzyła na ręce jurorom patrzącym na ręce uczestnikom i komentowała ich komentarze – np. na temat krwi w krwistych stekach… Kibart: „Co nam się nie podobało? W zasadzie wszystko. Od pierwszego odcinka program był budowany na emocjach, TVN przedstawiał ludzi i ich życiowe tragedie chcąc przez to zbudować swoisty pomost pomiędzy widzem a uczestnikiem programu. według nas taki zabieg jest dobry w pisaniu scenariusza telenoweli a nie programu kulinarnego. Jedynym kryterium oceny powinno być to co jest na talerzu (i oczywiście sposób przygotowania). Już największą hecą było to, że cały Internet wiedział o tym kto wygra przed finałem, to już taka swoista truskawka na torcie (na wisienkę TVN nie zasłużył!) – śmieje się Kibart.” Faktycznie, to co widać wyraźnie (a co przecieka z rozmów z uczestnikami i tymi, co z konkursu odpadli) – to to, że duża część polskiej wersji zbudowana jest na tabloidowej sensacyjce. Straciłaś pamięć? Cudownie! Gotuj! Popłaczesz? Jeszcze lepiej… Przyglądając się wersji australijskiej widzę oczywiście ludzkie historie schowane za poszczególnymi szefami, jednak różnica jest tu w jednym: subtelności snucia tych opowieści. Najbardziej nielubianym jest epatujący nieszczęściem rodzinnym Koop… Opowieści o uzależnieniach, wypadkach czy innych sensacjach nie zaburzają w żaden sposób profesjonalizmu. Kibart: „Wielu ludzi porównywało polskiego Master Chefa z australijskim Junior Master Chef, i przy takim porównaniu TVN kompletnie nie wstrzelił się w realizację formatu. Wyglądało na to, że nikt z produkcji nawet się nie pofatygował i nie obejrzał nawet jednego odcinka wyprodukowanego przez inne stacje. Miałem po prostu wrażenie „zepsutego” formatu.” junior-masterchef-australia Mój ulubiony komentarz z forum a propos porównania „dorosłej” polskiej wersji i australijskiej dla dzieci (do eliminacji zgłaszają się tam tysiące 7-11 latków) dotyczy słynnego odcinka z królikiem, w którym jedna z polskich uczestniczek popłakała się na widok zwierzątka – nadal w futerku. Na ten sam widok dzieciaczki w Australii wykrzyknęły „Królik? Super, tyle możliwości!” – świadczy to jednak raczej boleśnie o tym na jaka jest świadomość kulinarna w obydwu krajach. Nie zmienia to faktu, że bandę dzieciaków, które w kuchni wykazują się kreatywnością i skillsami przewyższającymi większość polskich kucharzy (a układaniem dań na talerzu amerykańskich uczestników!) jest dla mnie niezwykle trudne. One – dostające spazmów z radości na widok ogródka z warzywami – są po prostu lepsze niż ja w kuchni. Obawiam  się, ze przepaść między nami wyrównałby tylko mój staż w gwiazdkowej restauracji… Niestety, wygląda mi na to, że na polską „szefowską”, tak jak i na dziecięcą wersję MasterChefa będę musiała sobie jeszcze poczekać. Rewolucja kulinarna dopiero się zaczęła, i choć wychowankowie „Szkoły na widelcu” rosną w siłę, to jednak dzieciaki tak gotować chyba jeszcze nie potrafią – a może się mylę? A co do szefów: na razie chyba boją się występować, zwłaszcza w niezbyt profesjonalnie poprowadzonym – według nich – formacie. Tymczasem zostaje mi czekanie, co zdarzy się w drugiej serii zmagań o „fartucha” (czy będzie?) i oglądać w tę niedzielę australijskiego MasterChef The Professionals. I wiem, że to samo będzie robił Paweł Kibart. „Po prostu cenie sobie profesjonalne produkcje” – uśmiecha się szef. A ja po prostu kocham się w Marco Pierre White!


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI