Efekt „Czarnego Łabędzia”

Widzieliście już najnowsze dzieło Darrena Aronofsky’ego? Doskonale. Teraz wybierzcie się na nie jeszcze raz: z kimś, kto jeszcze tego filmu nie oglądał. Sprawdźcie, co zrobi z nim/nią „Czarny Łabędź”.
(UWAGA: w tekście odnoszę się do niektórych punktów fabuły – próbuję to robić możliwie ogólnikowo, ale jeśli jeszcze nie oglądaliście filmu, badźcie ostrożni).

Za drugim razem przyjemność z oglądania nie będzie oczywiście ta sama, bo wiesz już „na czym polega trick”. Ma to jednak swoje zalety: zauważasz, że Aronofsky podpowiada widzom zakończenie filmu właściwie od początku, gra z nimi. Dostrzegasz jego plan i to, jak chytrze został sprzedany. Nie emocjonujesz się, chłodno oceniasz. I obserwujesz osobę, z którą przyszedłeś. Tak jak ja, podczas piątkowej polskiej premiery.

Mogłem sobie na to pozwolić, bo własny proces po-łabędzich przemyśleń przeszedłem około miesiąca wcześniej. Kilka godzin spędzonych z 15 minutami muzyki z ,,Jeziora Łabędziego” i zachwyt nad frapującym pytaniem ,,czy droga do doskonałości może prowadzić przez zniszczenie naszego wnętrza?”… Słowem, pamiętam, że chwilę dochodziłem do siebie. Wiedziałem więc co czeka osobę (płci żeńskiej), z którą wybrałem się na seans.

W trakcie wyświetlania, trudno oceniać jak ktoś przeżywa film. Może i zasłania oczy, gdy Portman odrywa płaty skórne, może i śmieje się z ,,rzeczowych” pytań Vincenta Cassela, może i wstrzymuje oddech, gdy Nina w tańcu Czarnego Łabędzia osiąga doskonałość… Ale czy buduje się w niej ta piramida emocji, którą wymyślił sobie Aronofsky? To widać w kimś dopiero, gdy na ekranie pojawią się napisy końcowe.

Dobry film, to taki, po którym nie chcesz wstać z miejsca. Boisz się każdego ruchu. Moja partnerka z miejsca wstała dopiero, gdy pan sprzątający salę kończył zbierać popcorn w ostatnim rzędzie. Czyli coś jednak poczuła. Wiele – jak okazało się w drodze do samochodu. A ‚wiele’ znaczy, że nie mówi się nic (po drugim seansie, aż tak wstrząśnięci nie jesteśmy, ale trzeba udawać i starać się milczeć).

Nie jesteśmy społeczeństwem wyjątkowo muzycznym, nasza kultura nie propaguje rozumienia świata przez muzykę – a już na pewno nie balet. Faktem jest jednak, że po ,,Czarnym Łabędziu”, to właśnie dźwięki kompozycji Czajkowskiego zostają w naszej głowie. Nie widzimy już może tańczących Portman i Kunis, ale nadal podrygujemy palcami, próbując odtworzyć tę melodię. Szczęśliwie dla mnie i mojej towarzyszki, Czajkowski zrobił na mnie miesiąc wcześniej wrażenie tak dobre, że trafił do odtwarzacza w samochodie. Film grał więc w naszych uszach dalej.

Prowadząc, obserwowałem osobę w siedzeniu pasażera. Nie spała, ale była nieobecna. Miała zamknięte oczy, a jej dłonie falowały w powietrzu. Tańczyły. Naśladowały filmowe baletnice; odgrywały kolejne sceny ,,Jeziora”. Probówały dotknąć perfekcji.

Wpływ muzyki Czajkowskiego i filmu Aronofsky’ego był tak spory, że właścicielka dłoni dopiero po wyłączeniu silnika przypomniała sobie, że nie jesteśmy już w kinie. O swoich odczuciach chciała porozmawiać dopiero kolejnego dnia, ale przed snem zapytała jeszcze krótko: ,,czy ona osiągnęła perfekcję? Nie, nie w tańcu – w tańcu wiadomo, że tak. Ale w życiu? Czy to była doskonałość? I, które sceny (wizyta u Beth; Thomas z Lily) były jej wyobrażeniami, a które wydarzyły się naprawdę?”. Pomyślałem wtedy, że lubię ten film za to, że na pierwsze pytanie każdy odpowie inaczej, a na drugie odpowiedzieć nie może nikt (nawet Nina). Wieczór się skończył.

Następnego dnia, kiedy nie rozmyślałem już właściwie o filmie, moja Łabędzica wydawała się przygnębiona. Mówiła o poczuciu bezsensu. Że zastanawia się, czy nie traci czasu, nie starając się w swojej dzieninie o doskonałość. Że chyba powinna próbować ją osiągnąć, a raczej powinna robić to nieustannie… Większego zwycięstwa, większego dowodu siły film Aronofsky’ego nie otrzyma na żadnym rozdaniu nagród.