Kompromis w związku nie oznacza pełnej wygranej

fot.123rf

Ja jedno, on drugie, ja w lewo, on w prawo. W każdym związku są momenty, gdy jedno chce czegoś innego niż drugie, gdy ma inne zdanie lub coś ukrywa. Co wtedy? Czy kompromis jest najlepszy? A tajemnica? Czy mamy prawo do jej posiadania, czy to bomba zegarowa, która w końcu rozsadzi związek? Jak być razem
i nie rezygnować z siebie, ale też nie zdominować partnera – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Rafał Bornus, nasz małżeński psychoterapeuta, polecił, byśmy co wieczór z mężem siadali i przez trzy minuty mówili o pozytywach i negatywach, jakie wydarzyły się w naszym związku. Zobaczyłam wtedy, że często wystarczy opowiedzieć o problemie, by przestać się nim frustrować.

To, że nawet takie rytualne, zaaplikowane przez terapeutę rozmowy pomagają, świadczy o tym, jak bezcenną sprawą w bliskich związkach jest dobra komunikacja. Większość ludzi myśli, że partner powinien mieć matczyny wgląd w nasze problemy, intuicyjnie wiedzieć, co nam dolega i czego potrzebujemy. Z tą iluzją trzeba się rozstać. Ale opuszcza nas ona dopiero, gdy nauczymy się rozmawiać z partnerem o potrzebach i problemach. Wtedy okazuje się, że nikt nie posiada matczynych kwalifikacji, że nasza wiedza o drugim człowieku jest nikła. Dlatego w czasie takich rozmów słyszymy: „Czemu nie powiedziałaś, że tego potrzebujesz, a tamtego nie znosisz?!”. Jak w dowcipie o rozwodzących się staruszkach. Kiedy sędzia zorientował się, że to babcia z 70-letnim małżeńskim stażem złożyła pozew bez uzasadnienia, natychmiast zaproponował polubowne rozwiązanie sprawy. Babcia jednak uparcie twierdziła: „Nie, ja już z nim dłużej nie wytrzymam, muszę się rozwieść”. „Ale dlaczego?” „No już dłużej nie mogę słuchać, jak on siorbie zupę”. Cisza. Po czym słychać głos zrozpaczonego dziadka: „Kochanie, czemu czekałaś tak długo, żeby mi to powiedzieć!?”.

Bardzo prawdziwe! Kiedy zaczęliśmy ćwiczyć te trzyminutowe wypowiedzi o plusach i minusach bycia razem, okazało się, że mój mąż nie chce mówić o tym, co go we mnie irytuje, bo nie chce mnie krytykować.

Większość ludzi obawia się, że mówienie o tym, co w zachowaniu innych budzi negatywne uczucia, będzie odebrane jako miażdżąca i niesprawiedliwa krytyka. Może ich matki nie znosiły słowa protestu? Obrażały się na cały świat i przestawały piec ulubione ciasteczka synów, gdy ci ośmielali się im przeciwstawić? Jeśli tak, mogli nabrać przekonania, że kobiety nie przyjmują uwag, a więc że i ze strony partnerek czeka ich wtedy niechybne odrzucenie.

Z dowcipu o babci i siorbiącym dziadku, podobnie jak z mojej praktyki terapeutycznej, wiem jednak, że lepiej się zdobyć na odwagę i powiedzieć: „Chcę, żebyś wiedział, że bardzo mnie irytuje, gdy siorbiesz”. Skoro tego nie robimy, to dzieje się tak jak w innej opowieści, tym razem z życia wziętej. Młoda kobieta po śmierci mamy zaprosiła tatę na niedzielną zupę grzybową, którą specjalnie przygotowywała według przepisu matki. Ojciec zawsze zachwycał się tą zupą i dziękował mamie. Gdy postawiła wazę na stole, ku jej zdumieniu ojciec z irytacją powiedział : „Całe życie męczyłem się i bałem się twojej matce powiedzieć, że nie znoszę tej zupy! ”.

Ale szczera rozmowa bywa trudna, bo wiele osób nie znosi uwag.

Wszystko opiera się na obustronnym niezrozumieniu. Nadawcy wydaje się, że odbiera zachowanie odbiorcy obiektywnie, a odbiorcy, że jest obiektywnie oceniany. W istocie nasze oceny nie są obiektywne. Obiektywnie można mówić tylko o faktach np. „Termometr wskazuje plus 21 stopni”, ale już „W mieszkaniu jest ciepło” to subiektywne odczucie. Wracając do rozwodzących się dziadków, obiektywnie babcia mogła stwierdzić, że dziadek siorbie. Ale jeśli powiedziałaby, że siorbanie jest chamskie, wyraziłaby subiektywną ocenę. Problem w tym, że zabrzmiałoby to tak, jak obiektywny osąd. Co więcej, babcia zapewne przypisała sobie prawo do takiej obiektywnej oceny, więc tym bardziej chciała oszczędzić dziadka, a siebie nie narazić na odrzucenie. O dziwo – po 70 latach – w sądzie wypowiedziała właściwie sformułowane zdanie: „Nie mogłam już wytrzymać tego siorbania!”. Nie było w nim oceny ani potępienia. Dlatego dziadek dał jej do zrozumienia, że gdyby mu to powiedziała, przestałby siorbać. Nauka z tego taka, że wtedy, gdy świadomie, biorąc odpowiedzialność za swój subiektywizm, komunikujemy komuś nasze negatywne odczucia, minimalizujemy ryzyko odrzucenia. Warto też podkreślać, że mówimy o tym w trosce o nasze relacje, bo ta osoba jest nam bliska i powinna wiedzieć, co się z nami dzieje. Możemy wtedy usłyszeć np. „Zmienię to, aby zaoszczędzić ci przykrych uczuć” albo „Nie chcę tego zmienić, więc ty spróbuj zrobić coś, by zmienić swoją reakcję na moje zachowanie”. Gdy informujemy kogoś o naszych negatywnych odczuciach z nim związanych, dbajmy, by odnosiły się do tego, co on może zmienić. Unikajmy negacji np. wzrostu czy wady wymowy. Problem jest wtedy po naszej stronie.

W każdym razie są powody, aby żałować babci, która przez swoją bojaźliwość i dobre serce nie dość, że zmarnowała sobie życie, to jeszcze musiała porzucić Bogu ducha winnego dziadka.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »