Na ratunek miłości: Mono czy poli? Ty decydujesz

Wbrew modom i pozorom stara i dobra wierność wraca do łask. Mniejsza jest tolerancja dla skoku w bok. Takie są wyniki badań z książki „Dlaczego zdradzamy”. Coraz częściej mówi się jednak też o poliamorii, próbie wyjścia poza monogamię. Poliamoria ma swój kodeks: jawność, równość wszystkich. I idee: wyższy stopień ewolucji serca, bo miłością darzy się tu wiele osób. Na co więc postawić by być szczęśliwym w miłości i czy być szczęśliwym tylko we dwoje? – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.
Zdziwiłam się, czytając statystyki, wydawało mi się, że w czasach, gdy seks przestał być tabu, a media nim wprost ociekają, wierność straciła na wartości. Jest odwrotnie. Może to dobrze wróży trwałości związków i temu, czego szukamy: wiecznemu szczęściu we dwoje? A więc: niech nam znów żyje monogamia?

Monogamia to wzorzec w naszej części świata przez większość odbierany jako rodzaj szlachetnego przymusu i okazja do praktykowania cnoty seksualnej wstrzemięźliwości. Oznacza dożywotni związek z wybraną osobą i zobowiązuje do wierności, ale nie uznaje zdrady za wystarczający powód do rozstania. W tym sensie toleruje niewierność. Można więc być monogamicznym, ale nie być wiernym. I być wiernym, nie będąc monogamicznym. W moim odczuciu wierność jest osobistą decyzją podejmowaną z różnych powodów, ale cnotą staje się tylko wtedy, gdy mamy rzeczywistą możliwość, a nawet niestosowną ochotę na bliskość z kimś trzecim, lecz – najlepiej pogodnie – rezygnujemy z niej. Nie chcemy ranić partnera, partnerki ani własnego sumienia, chcemy też dotrzymać danego słowa. Tak praktykowana wierność jest ważna i przyczynić się może do utrwalania związku. Ale i ona nie jest niezawodną receptą.

A więc co jest tą dobrą receptą dla pary?

Wiele zależy od tego, czy znaleźliśmy tę najwłaściwszą osobę. Jeśli spotkają się dwie tzw. idealne połówki – co za pierwszym razem zdarza się rzadko – to wierność nie jest żadną sprawą. Jest biologiczną, psychologiczną i duchową oczywistością. Nie wymaga żadnej rozmowy, umowy ani strażnika. Nie wiąże się z poczuciem ograniczenia ani utraty wolności. W takim związku nikomu nie przychodzi do głowy, by wiązać się intymnie z kimś trzecim. A więc znacząca część epizodów niewierności wynika z tego, że nie potrafimy wybrać odpowiednich partnerów. Brakuje nam samowiedzy i dojrzałości, które przychodzą z wiekiem. Pewnie dlatego związki zawierane przez dojrzałych ludzi są trwalsze.

Ale w tym, co mówisz, tkwi łatwe usprawiedliwienie: skoro jesteśmy niedobrani, to hulaj dusza. Zły wybór wszystko tłumaczy?

To nie tak. Także wtedy, gdy nasz związek przeżywamy i oceniamy jako źle dobrany, decyzja o wierności jest ważna i dobra, bo pozwala nam się sprawdzić i dojrzewać. Wielu młodych lub niedojrzałych nie jest zdolnych do wierności. I ich niewierność może nie mieć nic wspólnego z doborem partnera czy partnerki. Wtedy zobowiązanie do wierności przeżywamy jako okupione wysiłkiem ćwiczenie wewnętrznej dyscypliny. To dobrze. Jeśli wytrwamy dostatecznie długo, dojrzejemy my i ta druga osoba oraz nasz związek, może się to okazać tym, czego potrzebujemy i co chcemy chronić. A jeśli nie, to kolejna relacja z pewnością będzie lepsza.

A więc nawet ćwiczenie się w wierności, rozwój wewnętrzny i osiągnięcie dojrzałości nie uczyni związku trwałym i szczęśliwym?

No tak, bo też szanse na dotrzymanie przysięgi dozgonnej wierności w niedobranym związku są nikłe. Nagły kaprys losu może sprawić, że spotkamy kogoś, kto okaże się objawieniem, kogoś, o kim w głębi duszy marzyliśmy. Wtedy pojawia się taka energia i determinacja, że żadna cena i żadne trudności nas nie powstrzymają. I nie ma jednej odpowiedzi ani podpowiedzi dla wszystkich, co jest wtedy lepsze. Wielu próbuje heroicznym wysiłkiem dotrzymać wierności normie monogamii. Często się to udaje i pierwotny związek zyskuje dzięki kryzysowi nowe oblicze i nową jakość. Pod warunkiem że oboje partnerzy solidarnie wezmą odpowiedzialność za zdradę jednego z nich i zreformują siebie i swój związek. Ale równie często zdarza się, że po jakimś czasie związek, który wprawdzie przetrwał kryzys, zapłacił jednak za to stagnacją, smutkiem, nudą i ledwie skrywaną wzajemną niechęcią. To sygnał, że w imię ślepego podporządkowania monogamii zamietliśmy kryzys pod dywan. Nie wzięliśmy wspólnie odpowiedzialności za zdradę, więc jedna osoba utknęła w pozie winowajcy i pokutnika, a druga szlachetnej ofiary i surowego sędziego. Wtedy w sercu grzesznika dojrzewa gorycz, że nie zaryzykował być może lepszego losu i że już nigdy się nie dowie, czy zrobił dobrze, czy źle. A w końcu – gdy jest już za późno, brakuje sił i odwagi, by coś zmienić – przelewa się czara goryczy i zalewa tę parę żal, pretensja i frustracja.

Można też ukradkiem prowadzić równoległe ukryte życie z kochankiem, kochanką.

Ta droga odwleka katastrofę związku pierwotnego. Chyba że dla obu stron bycie razem okaże się ważniejsza od zdrady i po cichu uznają, że równoległe związki lub skoki w bok pozwalają przetrwać ich związkowi i uniknąć bezmiaru komplikacji i cierpień związanych z rozwodem. I jak tu rozstrzygać, co jest mniejszym złem, a co większym dobrem?

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »