Szczęśliwy związek. Czego oczekujesz? Co ofiarujesz?

123rf.com

Sam fakt, że nie umieliśmy dobrać sobie partnera, że boleśnie się poraniliśmy – często nie raz –
wskazuje, że w naszym „programie z dzieciństwa” jest jakiś feler. Tak więc najpierw trzeba zrozumieć siebie samego. Zadać sobie jak najwięcej pytań: kogo szukam, czego oczekuję, co ofiaruję, czego się boję? Czy wzajemny stosunek rodziców: kobiety i mężczyzny, jest dla nas wzorem?

Jeżeli nie mamy udanego wzorca, znaczy to, że z jednej strony musimy rozszyfrować program nabyty w dzieciństwie, a z drugiej zająć się tworzeniem nowego scenariusza na życie, a więc i tego dotyczącego partnera. Przy nieudanym dzieciństwie i braku wzorców mamy tendencję robić wszystko odwrotnie niż rodzice. Takie postępowanie tylko pozornie wskazuje nam inną drogę, bo prawdziwa zmiana to szukanie nowej drogi, czasem z wykorzystaniem pozytywnych doświadczeń z domu rodzinnego. Ta nowa droga prowadzi zaś przez prawdziwą pracę, rozmowę z wewnętrznym dzieckiem. Trzeba nauczyć się rozszyfrowywać nasze zachowania – odruchy, rozpoznawać wewnętrzne dziecko, jego potrzeby i uczyć się doroślenia. Proponuję kilka razy dziennie zadawać sobie pytanie: „Czy w tej chwili zachowuję się jak dorosły czy jak dziecko?”.

W życiu intymnym każdemu, bez względu na wiek, osiągnięcia i wykształcenie, mogą się zdarzyć zachowywania infantylne. Nieudane dzieciństwo wymaga od nas doroślenia, uczenia się opieki nad dzieckiem, rozumienia i reedukowania go. Weźmy jako przykład parę, która nie umie się porozumieć. Ona się czuje nieszanowana, niekochana, nie ma głosu, to znaczy uważa, że on jej nie słucha, mimo jego zapewnień, iż jest inaczej. On też ma wrażenie, że się dla niej nie liczy, że wszystko, co robi, jest nie tak, nie umie jej zadowolić, choć bardzo się stara. Mimo że nie podałam dokładnych informacji o dzieciństwie tych osób, można stwierdzić, że ludzie ci nie byli szanowani w domu, nikt z ich potrzebami i głosem się nie liczył. Obydwoje mają poczucie, że do niczego się nie nadają i że są krzywdzeni. Jednocześnie obydwoje marzą o tym, by wreszcie ktoś ich zrozumiał, szanował.

Wchodząc w życie z takim oczekiwaniem, niechcący szukają raczej matki czy ojca, których nie mieli, nie zaś partnera, a to źle wróży – gdyż poczucie braku własnej wartości wyrobili w nich właśnie ci najważniejsi w życiu dziecka ludzie, rodzice (opiekunowie). Inaczej mówiąc, bez przyjrzenia się rodzicom obiektywnym okiem dorosłego, bez pozwolenia sobie – wewnętrznemu dziecku – na uczucia: niesprawiedliwości, złości, nienawiści, czyli normalne uczucia, które kiedyś zaistniały jako reakcja na doznane krzywdy i które pozostają schowane głęboko w sercu, niczego nowego nie będą mogli zbudować. Pamiętajmy, że za nieudane dzieciństwo płacimy wysoką cenę! Mamy więc prawo nie wybaczyć rodzicom wyrządzonych nam (bezbronnemu dziecku) krzywd.

Co się więc dzieje, gdy nie dajemy sobie prawa do tych ciężkich, doznanych w dzieciństwie uczuć? Wtedy obarczamy partnera „rachunkiem”, który nie należy do niego. To logiczne, bo potrzeba zadośćuczynienia, wykrzyczenia bólu, niesprawiedliwości jest ogromna u każdego z nas i jeżeli nie zwracamy się bezpośrednio do tych, którzy nas skrzywdzili (bo chronimy rodziców), to wszystkim, co nas gnębi, obciążamy partnera i każemy mu płacić za krzywdy, których nie on jest sprawcą. Pełni on jedynie funkcję nieświadomego wykonawcy naszych oczekiwań. Uregulowanie rachunku ze sprawcami krzywd daje nam poczucie siły, sprawiedliwości, natomiast niezrobienie tego jest brnięciem w gorycz, smutek, rozpacz, bez wielkich szans na zmianę, jest pogrążaniem się w beznadziei. Nie można być jednocześnie adwokatem krzywdziciela i skrzywdzonego. Nawet jeżeli rodzice skrzywdzili niechcący, musimy się z nimi rozliczyć w imieniu dziecka, którym byliśmy. Mamy być wyłącznie adwokatem tego małego, bezbronnego dziecka, które jest w nas.Na wszelki wypadek przypomnę, że nie jest słuszne, aby mówić do partnera: „Ja ciebie w ogóle nie interesuję, ty o mnie nie myślisz, ty mnie nie kochasz”, bo nie możemy wiedzieć, czy ktoś nas kocha, czy się nami interesuje. Powinniśmy raczej powiedzieć – co zawsze jest prawdą, bo mówimy o sobie: „Nie czuję, że mnie kochasz, że się mną interesujesz”. Tak widzę reedukację wewnętrznego dziecka, bo to w domu nam mówiono, co i dlaczego robimy – że specjalnie się nie uczymy, że coś robimy na złość mamie – więc my tak samo postępujemy z bliskimi. Bardziej inteligentnie byłoby jednak zadawać pytania i tego właśnie proponuję uczyć dziecko. Te nierozpoznane programy, które nasze dzieciństwo zainstalowało nam w głowach, są odpowiedzialne za niepowodzenia w znalezieniu właściwego partnera.

Jeżeli więc nie mamy uporządkowanych spraw z tego najwcześniejszego okresu życia, na dłuższą metę żadne porady nic nie dadzą. Musimy przede wszystkim pozwolić wewnętrznemu dziecku na wyrażenie uczuć: cierpienia, bezradności, nienawiści, żalu, smutku, braku poczucia własnej wartości i wiary we własne siły – by wymienić je – na nowe, które dostarczą świeżych doświadczeń, będących wynikiem naszej pracy z nim nad tworzeniem nowego scenariusza na życie. Tu chcę dodać, że kontakt z dzieckiem to nie jest tylko zaglądanie do schowanych głęboko, dramatycznych przeżyć i uczuć. To również otworzenie się na świadomą kreację, na zadawanie sobie/dziecku nieskończonej liczby pytań bez oczekiwania na natychmiastową odpowiedź. Przyjdzie dzień, kiedy postawimy to jedno pytanie, które zmieni bieg naszego życia, rozumienie nas samych i otaczającego nas świata, bo będziemy mogli odpowiedzieć na pytanie do kreowanego przez nas życia i możemy już wziąć wewnętrzne dziecko za rękę i poprowadzić w nowe.

Fragment pochodzi z książki „Wewnętrzne dziecko w związku”, Aneta Łastik, Studio Emka, 2014, s.288