Hanna Krall: zapisuję

fot. Zosia Zija i Jacek Pióro

Najważniejsza polska reporterka w 40. rocznicę wydania swojej rozmowy z Markiem Edelmanem „Zdążyć przed Panem Bogiem” wydała „Fantom bólu…”, zbiór wszystkich reportaży o losie, Zagładzie i pamięci.

reklama

(Wywiad z numeru 6/2017)

Ładna okładka, prawda? To załamanie. Może gałązka, może szew po ranie. Trochę blizna, a trochę uschnięta gałązka.

Może to z przedwojennej mirabelki z Nalewek, o której pani pisała, tej, która nie chciała odejść.

Właśnie ścięli mirabelkę.

Dlaczego „Fantom bólu…”?

Bo jest jak ból zęba. Zagłusza się go, a on ćmi. Przypomina o sobie.

Od razu miała pani takie skojarzenie, myśląc o książkach, które się na niego składają?

12 książek włożyłam w jedną okładkę, bo to jedna książka, tylko ma bardzo dużo śródtytułów. Nie pamiętam, w której była która kobieta. Pamiętam, co opowiadała, gdzie było podwórko, gdzie z brzękiem otwierali potężną bramę, gdzie siedziały panie w białych rękawiczkach, a białe łabędzie przed nimi pływały. I gdzie był ten, który przeżył Oświęcim i tańczył całą noc, a w tańcu poznał swoją drugą żonę, bo pierwsza zginęła z córeczką w Oświęcimiu. Czytając teraz, spotykałam ich wszystkich jak dawno niewidzianych znajomych. Witałam z radością, czasem niepewnie. Kiedy wyłonił się Tomasz Blatt, który uciekł z obozu w Sobiborze, przypomniałam sobie, jak się na mnie obraził, bo napisałam, że jego rudoblond włosy są farbowane. Upierał się, że to nie farba, tylko taki amerykański płyn, w którym rano, stojąc przed lustrem, zanurza grzebień. Wyłoniła się żona Leona Feldhendlera z „Wyjątkowo długiej linii”. Był jednym z przywódców powstania w Sobiborze. Po wojnie, już w 1945 roku, w Lublinie zabili go „nieznani sprawcy”. W mieszkaniu w kamienicy przy ulicy Złotej, o której pisałam. Po wojnie łatwo się zabijało. Znalazłam w archiwum Jad Waszem w Jerozolimie relację żony Feldhendlera. Przeczytałam, że miała 20 lat, kiedy go zabili. Nic więcej o niej. Nawet imienia nie miała. Kiedy kończyłam w Lublinie research do tej książki, zeszłam po starych stromych schodach Muzeum Literackiego im. Czechowicza, gdzie mieszkałam, i stanęłam na bruku. Był wieczór, w powietrzu wisiał deszcz, jakby nie wiedział jeszcze, czy spaść. Taka mokra mgła wisiała. Nagle wyłonił się z niej Tomasz Blatt. Nie wiedziałam, że jest w Lublinie. Zapytałam: – Nie wiesz, jak miała na imię żona Feldhendlera? – Zastanowił się. – Nie pamiętam, ale była bardzo ładna. Miała czarne włosy i bardzo niebieskie oczy. Są kobiety, które przy niebieskich oczach mają śniadą cerę i ona miała taką twarz. Wyraźną, piękną…

Chciał jeszcze mówić o jej urodzie, ale stał koło mnie Robert Kuwałek, historyk, który nadzwyczajnie mi w Lublinie pomagał: – Pani Haniu, musimy jechać na dworzec. Pożegnaliśmy się z Tomkiem Blattem, który już nie żyje i którego więcej nie widziałam. Pożegnałam się z Robertem Kuwałkiem, który już nie żyje i którego więcej nie widziałam. I nigdy nie widziałam żony Feldhendlera, która nie żyje. Ale oni wszyscy żyją w mojej książce.

Zawsze widziała pani tak metafizycznie?

To była realna scena. Mogę panu pokazać to miejsce. Schody były realne, ulica była realna. Dopiero jak opowiadam, staje się to czymś innym, czymś więcej.

Od razu pomyślała pani, że to opisze?

Byłam szczęśliwa, wiedziałam, jak wyglądała żona Feldhendlera. I że wyłoniła się z tego mroku, z tej mgły. Myślałam: „Pojechałam do Lublina, żeby się tego dowiedzieć. I żeby opisać”.

Ocalić?

Zapisać. Więc zapisałam, że była niewysoka, ale ładna, z niebieskimi oczami przy smagłej cerze, a włosy starannie upinała na karku w gruby węzeł. „Wyjechała z Polski. Popadła w obłęd. Zmarła w szpitalu psychiatrycznym. Nie wiadomo, kto i dlaczego zabił Leona Feldhendlera. Jego śmierci nie wspominali w ciepłe wieczory ludzie na taboretach. Wiele lat później, ponad pół wieku później, zapewnią stanowczo: takie coś dyskutowane u nas nie było”. To ostatnie zdanie usłyszałam z ust syna Michaliny, dozorczyni domu. Wiedziałam, że całe życie mieszkał przy Złotej 2 i musi dużo wiedzieć.

Jak rozmawia się z synem dozorczyni?

Zadzwoniłam do mojej córki Kasi i zapytałam, jak mam wejść, żeby chciał ze mną rozmawiać. Dzisiaj coraz trudniej wejść do cudzego domu. Ludzie są nieufni, zwłaszcza kiedy wchodzi się bez zapowiedzi. – Kup dobrą szynkę i kawałek świeżego chleba, poradziła Kasia. Każdy lubi świeży chlebek i dobrą szyneczkę. Zapytaj: Proszę państwa, czy mogłabym u was zjeść śniadanie? Może się państwo poczęstują… Dokładnie to zrobiłam. Synowa Michaliny przyniosła talerze. Opowiedzieli mi – dom za domem. Kasia, chociaż informatyczka, miała dziwny trochę, ale dobry pomysł. Dobrze nam się przy tym śniadaniu rozmawiało.

Inni chętnie mówili?

Chciałam rozmawiać z rodziną pana Czyża, który mieszkał na parterze. Żona pana Czyża powtarzała: – Ja nic nie wiem, ja nic nie pamiętam.

I miała ochotę wypchnąć mnie z mieszkania. Wtedy weszła dziewczyna w wieku licealnym. – Miałaś już w lekturze „Zdążyć przed Panem Bogiem”? – spytałam. Miała. – A pamiętasz, kto to napisał? Pamiętała. – To ja właśnie jestem, a babcia nie chce ze mną rozmawiać.

Była zaskoczona, jakby zobaczyła Elizę Orzeszkową, i zaprosiła do pokoju. Potem przyszła córka pana Czyża i już były trzy pokolenia. Okazało się, że przez całe życie był kierowcą karetki pogotowia, a najważniejszym wspomnieniem jego życia był cud w katedrze lubelskiej w 1949 roku. Wierni zobaczyli, że Matka Boska płacze. Miliony ludzi do katedry przyjeżdżały, ludzie mdleli z upału, z emocji. Były nawrócenia, cudowne uzdrowienia i tych, którzy mdleli, pan Czyż woził swoją karetką. Władze uznały cud za prowokację. Setki osób zamknięto w więzieniu na zamku lubelskim. Nazywano je cudakami. Codziennie był apel, ale któregoś dnia, kiedy stali przed swoimi celami, korytarzem przemaszerował mały, ciemny mężczyzna i wykrzykiwał z żydowskim akcentem: – Teraz to ona płacze, co? A jak Niemcy rozbijali głowy żydowskich dzieci o mur, to wtedy nie płakała, co? Tylko teraz, jak ojczyzna jest wolna!

Ładna scena, prawda? Więziennym korytarzem idzie żydowski ubek i robi awanturę Matce Boskiej, bo nie wiedziała, kiedy ma płakać…

Ktoś pani nie wpuścił?

Szukałam dawnych mieszkańców Złotej 2. Mieli już nowe adresy. Dawna lokatorka uchyliła drzwi przez łańcuch. – Interesuje mnie kamienica, w której pani… – Tak? A mnie w ogóle nie interesuje – i łubu-du, trzasnęła drzwiami. Pukam. Uchyla. – Bardzo przepraszam, ale gdyby chciała mi pani pomóc… – Nie chciałabym – i łubu-du. Wtedy otworzyły się sąsiednie drzwi. I dowiedziałam się, że 20 lat temu umarła matka tamtej kobiety. Biedna była, więc ludzie zafundowali pogrzeb. Zabrała na cmentarz butelki i słoiki z wodą, żeby wstawić w nie kwiaty. Jechali trolejbusem, wszyscy słyszeli, jak w torbie brzęczy szkło. I nikt nie przyniósł kwiatów. Ani jednego. Uznali, że skoro zapłacili za pogrzeb… Nigdy więcej się do nich nie odezwała. Do nikogo. Gdybym to wiedziała, może kupiłabym kwiaty, zapukała i powiedziała: Chodźmy razem na cmentarz.

Ludzie, którzy pani opowiadają historie innych, są medium? Są potrzebni pani bohaterom?

Kiedy pracowałam nad „Białą Marią”, Wojtek Tochman woził mnie samochodem po okolicznych wsiach. Jedna kobieta mówiła: – Dlaczego pani taką długą spódnicę nosi, jak to wygląda? Jak Cyganka pani wygląda. Była synową Władysława Sokoła, człowieka, który ukrywał Żydów i zginął razem z nimi – z matką i dwiema córkami. Kiedy przyszli Niemcy, siedzieli przy stole. Nie zdążyli wejść do podkopu. Była szafa, przez którą wchodziło się do podkopu, wychodziło w stodole. Bardzo chciałam, żeby jeszcze był tamten stół, żeby była tamta szafa. Zapytałam, czy mogę zobaczyć, dotknąć. – Kto by takie stare graty trzymał, spalone wszystko, spalone. A dym do nieba poszedł. Wojtek krzyknął: – Do nieba poszedł?! Jakie to piękne. Spojrzała z jeszcze większą nienawiścią, ale Wojtek miał rację, zdanie było ładne. Potem rozmawiałam z kobietą, która widziała, jak przyjechali Niemcy i prowadzili Władysława Sokoła. I jak szedł Sokół i ta Żydówka. Mówię: – Żydówki, bo były trzy. – Z jedną szedł – upierała się i zrozumiałam, że mówi prawdę. Szedł z jedną, a dwie potem znaleziono w stodole. I jeszcze widziała, że niósł szpadel, jakby do roboty szedł. Wykopał nim dół. W „Fantomie bólu…” jest zdjęcie miejsca, gdzie kopał. Pokażę panu. A to zdjęcie maszyny do szycia innego Władysława Sokoła, bo było dwóch Władysławów Sokołów, tak jak były dwie Weroniki z filmu Kieślowskiego. Jeden zginął. Drugi, krawiec spod Lwowa, przeżył.

Komu są potrzebni świadkowie. Zmarłym czy pani?

Mnie! Najlepszy wiek dla świadka to 16 lat. Jak się wtedy miało 16 lat, to się rozumiało wszystko i wszystko pamiętało. Pan Marian Raczyński, mieszkaniec Kocka, miał 16 lat, kiedy widział, jak idzie Pola Machczyńska, bohaterka reportażu „Narożny dom z wieżyczką”, która ukrywała Żydów. Była w zaawansowanej ciąży. Widział, jak sznurowadło się wlecze za Polą. Widział, jak dziewczynka siedzi na śniegu i Niemiec do niej strzela i czarne włosy tej dziewczynce, mówił, tak wiuuu, tak wiuuu, frunęły od podmuchu strzału. Wszystko zrozumiał, zapamiętał, wszędzie zdążył dobiec, wszystko zdążył zobaczyć, a ja zdążyłam zapisać.

Pani się urodziła reporterką?

Każdy prawdziwy reporter się nim rodzi.

Mówi pani często o organizmie reportera. Że musi współgrać z czyimś głosem. Czym jest?

Organizm to człowiek, a reporter jest człowiekiem, który rodzi się z ciekawością i słuchem. Z takim szczególnym słuchem.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »