Nicole Kidman: Nicole Outsiderka

123rf.com

Grała z największymi i u największych, zdobyła Oscara. Była dziewczyną Batmana, kusiła w legendarnym kabarecie Moulin Rouge, wcieliła się w księżną Monako. Nicole Kidman – jedna z najbardziej cenionych i zapracowanych aktorek na świecie – rozmawia z nami w Mediolanie. W sposób niespieszny i nienapuszony. Rzadko się zdarza, by od gwiazdy tego formatu bił tak naturalny blask.

reklama

Temu spotkaniu patronuje Omega, prestiżowa marka zegarków, której jest pani twarzą.
To pytanie musi zatem paść: czym jest dla pani czas?

Jest dla mnie bardzo cenny. Myślę, że im jestem starsza, tym bardziej zdaję sobie sprawę, jak ulotne jest życie. Wciąż istnieje na świecie tak wiele rzeczy, których jestem ciekawa; tak wiele rzeczy, które chciałabym zrobić; przygód, które chciałabym przeżyć; języków, których chciałabym się nauczyć, i książek, które chciałabym przeczytać. A jednocześnie uwielbiam po prostu marzyć. Błogo wyciągnąć się na kanapie. Taka równowaga w życiu – pomiędzy pracą a relaksem – jest niezbędna. Pozwala opiekować się dziećmi i mężem, spędzać wspólnie czas, a jednocześnie daje możliwość rozwijania intelektu i osobistych, kreatywnych pragnień. Ja nadal się tego uczę. Nie wiem, czy uda mi się kiedykolwiek dojść do miejsca, w którym będę mogła powiedzieć: „Tak, a może teraz zrobię to”. Bo w życiu także chodzi o ciągłe pokonywanie kryzysów. Gdy stracisz równowagę, musisz wracać na wcześniej obraną drogę. Mam szczęście, że moja rodzina jest bardzo silna. Mam wspaniałego męża, który zawsze wsiądzie w samolot i przyleci, gdziekolwiek jestem, nawet w środku nocy. Jakiś czas temu odbyła się premiera mojej sztuki w Londynie [„Photograph 51” – przyp. red.], a on był w samym środku tournée po Stanach. Powiedziałam mu: „To dla ciebie zbyt wiele lecieć w tę i z powrotem, nie martw się o mnie”, ale nie dał się zbyć, odpowiedział: „Przylecę!”. Leciał dziesięć godzin, aby pobyć ze mną w wieczór premiery, i zaraz potem wsiadł w samolot i wrócił do pracy. Dla mnie to dowód prawdziwej miłości. To coś wyjątkowego. Zrobiłabym dla niego to samo, ponieważ jesteśmy bardzo oddaną sobie parą. W naszym życiu wspólnie z dziećmi bardzo dużo podróżujemy. Żyjemy jak cyganie. Gdy tylko dzieci powiedzą: „Nie chcemy się więcej przenosić”, to zostaniemy na stałe w Nashville.

Często brakuje nam czasu. Zerka pani na zegarek po to, by sprawdzić godzinę czy raczej by rozkoszować się danym momentem? W myśl deklaracji: chwilo, trwaj jak najdłużej…

Korzystam z zegarka cały czas. Robię to, by się nie spóźniać. Właśnie wraz z mężem uczymy nasze córki odczytywać czas i obie, choć są jeszcze małe, mają już swoje zegarki. One też chcą być na czas, to forma wyrażania szacunku i wymagają tego dobre maniery. Taka nauka to część naszego zadania jako rodziców. Dla mojej matki czas miał zawsze bardzo istotne znaczenie. Potem, gdy zaczęłam pracować w wieku 14 lat, nauczono mnie, żeby się nie spóźniać na plan, bo ściągnę na siebie kłopoty. Dziś też staram się tego nie robić, ponieważ to nie jest dobre. Wyobraża pani sobie przyjść do kogoś na przyjęcie o dziesięć minut za wcześnie?

Powiedziała pani, że uczy córki dobrych manier. Co prócz tego jest dla pani ważne w ich wychowaniu?

W mojej rodzinie jest wiele kobiet godnych naśladowania, wspaniałych wzorów dla moich dziewczynek. Ja czułam się bardzo związana z babciami, obie były dość mocno zaangażowane w moje wychowanie. Dlatego tak cenna jest dla mnie międzypokoleniowa wieź i na pewno staram się ją przekazać dzieciom. Z kolei moja mama kładła zawsze duży nacisk na naukę i samodoskonalenie. To ważne również dla mnie. Efekty są takie, że jak na razie żadna z moich córek nie chce zostać aktorką. Według nich wiąże się z tym zawodem zbyt dużo pracy. Uwielbiają gotować, jedna z nich chciałaby zostać organizatorką przyjęć.

Często pani podkreśla, że w Hollywood czuje się outsiderką. Dlaczego?

Tu nawet nie chodzi o Hollywood. Dorastając, zawsze miałam poczucie, że jestem tym dzieckiem, które ma za jasną skórę i dlatego nie może chodzić z innymi na plażę. Siedziałam w domu i czytałam książki. Wychowałam się w domu matki feministki i ojca polityka, w którym nie było zbyt dużo pieniędzy. Chcieli zaszczepić we mnie poczucie własnej wartości i aspiracje intelektualne. Udało im się je zbudować. Gdy miałam 12 lat, podsuwali mi do czytania dzieła Guy de Maupassanta i Dostojewskiego. Zamiast iść na plażę ze znajomymi, wolałam zostać w domu i czytać, a moja mama siadała potem ze mną i dyskutowałyśmy o książkach. Dziś cieszę się, że to robiła, że oboje to robili, ponieważ to wtedy poczułam, że chcę zostać aktorką. Wtedy też stałam się outsiderką. Myślałam inaczej niż pozostali. Wstawałam o szóstej rano w soboty, aby zdążyć dojechać dwoma autobusami do miasta na warsztaty teatralne, które zaczynały się o dziewiątej. Wszyscy moi znajomi wciąż spali. Nie wychodziłam z nimi w piątkowe wieczory, bo zależało mi na tych lekcjach. Myślę, że mama i tata byli tym zaskoczeni. Tata nie woził mnie do miasta. „Jeśli chcesz tam chodzić, musisz się tam dostać sama” – mawiał. Uważam, że to było dobre. Mój mąż często powtarza, że patrzę na świat z boku. Mówi tak, ponieważ zostałam wychowana tak, jak zostałam wychowana. To pewnie łączy mnie z graną przeze mnie postacią Rosalind Franklin.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »