Pisane na lustrze. Blog Anny Janko
-
\"Święta kobieta\"
Wspominając innych zawsze wspominamy siebie, to nieuniknione. Myśląc o Annie Kamieńskiej widzę także siebie w różnych okresach życia, gdy nasze drogi się przecinały. Miałam 13-14 lat, gdy poznałam ją w Kołobrzegu, w domu moich rodziców. Miałam 17, gdy odkryła przede mną tajemnicę swej szafy pełnej lalek w przedpokoju warszawskiego mieszkania na Joteyki. Miałam 2o lat, gdy wymieniłyśmy ważne listy na temat śmierci, granic życia i literatury. 25, gdy spotykałyśmy się w Warszawie i rozmawiałyśmy o mojej pracy magisterskiej, którą pisałam na temat właśnie jej poezji. Miałam 29 lat i właśnie urodziłam córkę, gdy ona umarła; nie mogłam pojechać na nasze ostatnie spotkanie. Tak więc poprzez spotkania z nią wspominam siebie samą i etapy własnej młodości. Jaka mi się zdawała, gdy byłam młoda? Spokojna, poważna, nawet zasadnicza, smutna, bardzo samotna. Mieszkała wtedy sama, mąż, poeta Jan Śpiewak, nie żył, synowie dorośli, wiedli swoje życie. Ona zajmowała się pisarstwem i wspominaniem, otoczona księgami i duchami zmarłych. Tak to wtedy widziałam. Gdy się kończy czas bycia w rodzinie, (ów etap, gdy Dom jest samonapędzjącą się maszyną, która automatycznie wytwarza sens istnienia), trzeba wielkiego wysiłku, by powstrzymać następujący potem rozpad, dezintegrację, entropię, jakkolwiek nazwać ten stan po. To jest jeden z ważnych końców świata, których przydarza się nam w życiu zwykle kilka. Dla kobiety to przejście bywa bardzo trudne. Dla wdowy, samotnej matki, niezwykle wrażliwej na przemijanie poetki – było prawdopodobnie szczególnie bolesne. Poznałam Kamieńską właśnie wtedy, podczas końca świata. Oczywiście nie zdawałam sobie z tego sprawy. I chyba jej synowie także nie w pełni domyślali się, jak mroczna jest dusza ich matki. Dopiero później, gdy zaczęłam czytać jej wiersze i zapiski wydane w „Notatniku”, poznawałam stopniowo jej wewnętrzny krajobraz. Wstrząsnęła mną lektura „Białego rękopisu”, byłam bardzo młoda i po raz pierwszy dogłębnie poczułam czym jest owa rządząca ludzkim światem para królewska: Miłość i Śmierć. Poezja jako źródło poznania – można by rzec, że taka epistemologia sprawdziła się na mnie znakomicie i niezwykle boleśnie, tamta lektura była dla mnie takim dramatem, że do dziś nie sięgam po ten tomik.
W „Notatniku” jest pewne zdanie, które przytoczył ksiądz Jan Twardowski w swoim wspomnieniu o przyjaźni z poetką: „Już 10 lat tak chodzimy wśród grobów – pisze Kamieńska pod koniec lat 70-tych – Ksiądz Jan przyniósł na grób Janka pęk bzu. Zdziwiłam się, że jeszcze istnieje bez. My idziemy, odchodzimy, a kwiaty zostają takie same i noszą takie same imiona”. A więc czas końca świata dla Anny, to był bardzo długi czas. Wstawała co rano i szła do cierpienia jak do pracy. Była pracowita, napisała wiele książek i cierpiała wiele. I także potrafiła współodczuwać z innymi tak intensywnie, jak niewielu potrafi. Była czuła, mądra, pracowita, smutna. Ksiądz Twardowski powiedział o niej: święta kobieta, i nie miał tu na myśli jedynie jej nawrócenia.
Przeszłość jest dynamiczna i zależy od bieżących wydarzeń, stwarza się wciąż na nowo wraz z dalszym biegiem czasu. Bardzo bym chciała, aby w tym moim wspomnieniu nastąpiły jakieś korekty. By się okazało na przykład, że Anna bywała wesoła, lekkomyślna, zapominalska, roztrzepana. Chciałabym tego tylko po to, by pojawiła się jakaś przeciwwaga, i by świat wydawał się choć przez chwilę sprawiedliwy…
.
Użytkownik Anna Janko zaktualizował swój stan: 2012-01-12 08:17:54 · Wyświetl
Jak zawsze podziwiam twój styl pisania.To już fakt.Piękne,wzruszające wspomnienie.tylko ty tutaj jesteś mistrzynią widzenia rzeczy u źródła.
Gdy się pędzi resztkami cierpliwości rodzinnym pociągiem, trudno uwierzyć, że koniec podróży tak gorzko smakuje. Tymczasem wszystko się diametralne zmienia. Właśnie, dla kobiet bardzo boleśnie. Kiedyś były we mnie różne uczucia, złość, nadzieja, miłość, jak dzikie wino, czułość, przytulanie. Teraz, kiedy wagoniki zmieniły składy, każdy pognał we własnym kierunku, to wewnątrz pozostały puste przedziały, nawet konduktor nie pyta o bilet. Teraz, choćbym nie wiem co przedsięwzięła i miała jakiekolwiek plany, a potem nawet sukcesy, nic nie smakuje tak słodko jak dawne rany. Trudno odnaleźć sens w czymkolwiek, bo to, co było skałą rozpada się po kawałku i znika.
Ks.Jan Twardowski pisał:”Człowiek umiera dwa razy.Raz,kiedy umiera naturalnie,a drugi raz kiedy umierają jego przyjaciele.Ale są takie chwile,że nagle ożywa o nich pamięć”. ..Dziękuję Pani za ten piękny wpis .
Hmm.., nigdy nie myślałam o ty w ten sposób, że może być to tak ciężkie. Tym bardziej chyle czoła przed naszymi matkami, babkami, które przeżyły swój koniec świata bez słowa skargi…
Zaczęłam czytać”Biały rękopis”i wiersz [TO TYLKO TRAGEDIA GEOMETRII] mną wstrząsnął. Jak niewielu słów potrzeba,żeby wyrazić wszystko! P.Anno dzięki za wspaniły wykład o A.Kamieńskiej,który zachęcił mnie do czytania ”Jaśności w środku nocy”.
dziękuję i ja za to oświecenie nocne. Ja, która jeszcze przeżywam koniec świata własnego życia i stapianie się z tą samonapędzającą maszyną zwaną rodziną. Pokornie nieść swoje życie, wielka sztuka….
Bezcenne są takie drogowskazy ,pozwalające ocalić od zapomnienia.. Dziękuję Pani! Serdecznie pozdrawiam! B.