1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Filmy
  4. >
  5. E.T. powinien zostać w domu. „Dzień objawienia” Stevena Spielberga to zbyt naiwna bajka na dzisiejsze czasy [Recenzja]

E.T. powinien zostać w domu. „Dzień objawienia” Stevena Spielberga to zbyt naiwna bajka na dzisiejsze czasy [Recenzja]

Kadr z filmu „Dzień objawienia” (Fot. materiały prasowe)
Kadr z filmu „Dzień objawienia” (Fot. materiały prasowe)
Emily Blunt mówiąca językami, znaki w zbożu, CGI-owe lisy, zakonnice wierzące w UFO – po latach nieobecności w gatunku sci-fi Steven Spielberg ponownie się objawił. Znane nazwiska w obsadzie i powrót do tematów pozaziemskich to wystarczający argument, by grawitacja ściągnęła nas do kina. I „Dzień objawienia" faktycznie zawiera prawdę objawioną, ale nie taką, na którą liczyli fani legendarnego reżysera. Zamiast kojącej kosmicznej nostalgii, są ogromne pokłady dziaderskiej naiwności i nieskładne próby odnalezienia się w świecie, którego nie naprawi przytulenie starego dobrego E.T.

Czy mamy siłę mierzyć się z kosmitami, kiedy za oknem toczy się trzecia wojna światowa? Przed tym pytaniem bohaterowie „Dnia objawienia” stają wielokrotnie, a i ja nie mogłam przestać go sobie zadawać z bezpiecznej miękkości kinowego fotela. Ciężkie czasy proszą się o eskapizm i nie ma nic złego w tym, że Spielberg chce wskrzesić w nas stare sentymenty. Jego „Fabelmanowie" sprzed czterech lat dowodzą, że magia kina wciąż działa, jednak znacznie lepiej sprawdza się w filmach o charakterze osobistym, zakorzenionych w przeszłości. Naiwność Nowej Przygody pasuje do cynicznego 2026 roku mniej więcej tak, jak pięść do nosa. A niestety to właśnie na zmagania współczesności amerykański reżyser patrzy przez przesadnie różowe okulary.

Kadr z filmu „Dzień objawienia” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Dzień objawienia” (Fot. materiały prasowe)

Dzień objawienia zaczyna się dla Margaret Fairchild (Emily Blunt) całkiem zwyczajnie. Prezenterka pogody lokalnej stacji w Kansas City wstaje o świcie i przygotowuje śniadanie, kiedy przez okno jej mieszkania wpada kardynał szkarłatny. Spuśćmy tutaj zasłonę milczenia na sztuczność wygenerowanego komputerowo ptaka, choć przy tym budżecie jakość efektów specjalnych jest co najmniej zastanawiająca. Spojrzenie w oczy niespodziewanego gościa wprowadza do poukładanej rutyny Margaret zamieszanie. Zaczyna mówić po rosyjsku i koreańsku, choć nigdy się ich nie uczyła, w drodze do pracy pędzi na czerwonym słuchając na cały regulator „The Sweet Escape” Gwen Stefani (tutaj się nie dziwię) i zna najskrytsze myśli każdego, komu spojrzy w oczy. Gdy dociera do studia i staje przed kamerą z jej ust zamiast obietnicy słonecznego popołudnia wydobywa się skrzekliwy bełkot. Dziennikarka ląduje w szpitalu na prześwietleniu głowy z grupą mrocznych agentów czekających tuż za ścianą. Bo jak już wszyscy doskonale wiemy, kryzys nie dotyczy zdrowia, a bezpieczeństwa narodowego. W tym samym czasie przed grupą agentów ukrywa się Daniel Kellner (Josh O'Connor), haker i pracownik korporacji technologicznej Wardex, który wykradł z niej ściśle tajne dane, by ludzie w końcu mogli poznać prawdę – że nie są i nigdy nie byli sami.

Kadr z filmu „Dzień objawienia” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Dzień objawienia” (Fot. materiały prasowe)

W 1982 roku E.T., uroczy kosmita bardzo chciał wrócić do domu. W 2026 pozaziemskie formy życia stworzone przez Spielberga z jakiegoś powodu ciągnie w przeciwnym kierunku. Rzecz tym bardziej niezrozumiała, że to idealny moment, by pozostawić ludzi, z ich mylnym poczuciem wyższości, daleko za sobą. Reżyser, a wraz z nim jego UFO, niestrudzenie wierzy jednak w siłę dialogu oraz w to, że jest jeszcze dla nas nadzieja. Że Kościół momentalnie zaakceptuje bezkres Kosmosu, chociaż nie akceptuje nawet tych zmian, które wydarzają się na Ziemi. Że wystarczy dotknąć trawy, złapać się za ręce i spojrzeć w oczy naturze, a wszystko będzie dobrze. Anachroniczne przekonania zgrzytają w przesłaniu „Dnia objawienia” oraz w fabularnych nieścisłościach. W scenach takich jak ta, w której bohaterka mając przy uchu smartfon prosi swojego rozmówcę o sprawdzenie prostej informacji na komputerze, wychodzi fakt, że twórca tego współczesnego filmu mentalnie został w analogowych latach 80.

Kadr z filmu „Dzień objawienia” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Dzień objawienia” (Fot. materiały prasowe)

Z technologią Spielbergowi nie po drodze, ale trzeba docenić jego wciąż czujny zmysł reżyserski. Praca kamery w wykonaniu jego wieloletniego współpracownika, polskiego operatora Janusza Kamińskiego, jej dynamika i częste wykorzystanie POV wprowadza w chaos i niepokój świata na skraju upadku skuteczniej niż linia fabularna.

Epicki zmysł Spielberga się nie starzeje, ale twarze aktorów i aktorek już tak, chociaż wiele z hollywoodzkich gwiazd nie potrafi się z tym pogodzić. Emily Blunt jest smutnym przykładem konsekwencji trendu anti-agingowego. Wraz z zabiegami estetycznymi utalentowana aktorka traci wiarygodność. Jej wygładzona twarz nie dźwiga emocjonalnego ciężaru „Dnia objawienia”.

Zresztą cały film cechuje emocjonalne niezdecydowanie. Spielberg na granicy thrillera i slapsticku balansuje nieśmiało, niby chce nas przerazić, chce nas rozśmieszyć, ale obie te rzeczy robi bez przekonania. Utyka gdzieś pomiędzy gatunkami, z ambicją Paula Thomasa Andersona, ale bez odwagi „Jednej bitwy po drugiej”. Braki w brawurze odczuwalne są zwłaszcza w roli Colina Firtha, szefa Wardexu, który jest zwyrolem kreskówkowym, choć według twórców miał być chyba całkiem na poważnie. Gwoździem do infantylizmu tej wizji Wszechświata są ufoludki – żywcem zaczerpnięte z najbardziej mainstreamowych obrazków. Tak istoty pozaziemskie może wyobrażać sobie zwykły Kowalski, po Spielbergu oczekuję czegoś więcej.

Kadr z filmu „Dzień objawienia” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Dzień objawienia” (Fot. materiały prasowe)

Sądzę, że nowy film Spielberga najbardziej spodoba się płaskoziemcom i wyznawcom Latającego Potwora Spaghetti. Spielberg pod szyldem swojej nowej produkcji zbiera ulubione teorie spiskowe Amerykanów. Kręgi w zbożu czy „zapisy wideo” ze spotkania między komikiem Jackiem Gleasonem i prezydentem Richardem Nixonem u jednych wywołają tylko nostalgiczny uśmieszek, ale będą stanowić wiarygodną pożywkę dla tych, którym dowody naukowe nigdy nie były potrzebne. Nie jest to odpowiedzialność amerykańskiego reżysera, ale może znak – tam z góry – że powinien poszukać innej bajki. Takiej, którą warto teraz opowiedzieć.

Kadr z filmu „Dzień objawienia” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Dzień objawienia” (Fot. materiały prasowe)

Film „Dzień objawienia” można zobaczyć w kinach w Polsce od 12 czerwca 2026 roku.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE