-
Biurko
I Życie
Pewna facetka zagarnęła mnie w pracy, próbując dociec ni z gruchy ni z pietruchy czy kiedykolwiek miałem swoje biurko? Przez pierwsze dwie sekundy zastanawiałem się co jej odpowiedzieć, by nie zabrzmieć zbyt butnie bowiem w pytaniu tym pobrzmiewała mi nuta wyniosłej ironii, znamiennej dla pracowników wielkich koncernów obserwujących życie z dystansem, niekiedy z krztą pogardy wobec wszystkiego co nie zaczyna się o dziewiątej rano i nie kończy o siedemnastej. Odpowiedziałem jednak nad podziw grzecznie, zważywszy że posiadam immanentne skłonności do zagotowań i emocjonalnych eksplozji z byle powodu. Owszem posiadam stylowy mebel odziedziczony po teściu a w dalszej linii rodzinnej koligacji po dziadku żony, który osobiście go zaprojektował i wykonał. Stoi w newralgicznym punkcie mieszkania. Jego szuflady wypełniają dokumenty wielkiej wagi, papiery przedstawiające wartość pamiątkową i zawodową oraz dziesiątki nośników zawierających terabajty danych, jakie gromadziliśmy z małżonka przez lata. Zielone sukno wyścielające blat, odrobinę się skluszczyło szarzejąc warstwą zaprasowanego kurzu, wystawiając tym samym świadectwo jak intensywnie użytkowane jest przez właścicieli. To jedyny taki przedmiot codziennego użytku jaki nieustająco dostarcza mi nowych wrażeń, dzięki swej przepastności oraz chaosowi z jakim nafaszerowałem mu bebechy. Nie ma dnia bym w poszukiwaniu np. czystej kasetki dyktafonowej, nie natrafił na zapomniany skarb, który nagle ożywa wraz ze wspomnieniami i nowymi pomysłami do pracy twórczej. Z premedytacją mogę zaliczyć się do dumnych posiadaczy biurka. Jednak na zupełnie innych zasadach niż to o jakie byłem zapytany.
Dotychczas a liczę tu wszystkie lata pracy zarobkowej, chlebodawcy nie zapewnili mi nigdy biurka. Takiego na którym stoi komputer, telefon, bibeloty i wszystko z kategorii tzw. rzeczy prywatnych jakie przychodzi zabierać ze sobą opuszczając zakład pracy, wraz z dzierżonym pod pacha pudełkiem załadowanym po brzegi tym, co kazali posprzątać i zabrać wraz z sobą. Opisywane tu sceny widziałem jedynie na filmach, pewnie tylko dlatego że nie zaznałem „przywileju” harówy w openspejsie. Doskonale zobrazowali ten rodzaj wystroju biurowego Bracia Wachowscy, kiedy Agenci przychodzą po Thomasa Andersona alias Neo, ukrywającego się w zakamarkach ścianek tworzących istny labirynt.
Nie było mi również dane siedzieć sobie wygodnie w skórzanym fotelu redakcji i bujać w obłokach przylepiwszy nos do pancernej szyby wysokościowca, choć zaliczyłem kilka wypasionych redakcji. Widok piękny, ale co z tego kiedy mogę jedynie na chwilę i to pod czyjąś nieobecność, przycupnąć sobie i imaginować jakby to było siedzieć sobie tak oficjalnie za pieniądze. Zadaniowo traktowałem swoje obowiązki, dlatego po skończonej audycji, programie, nagraniu etc. kończyłem i mogłem wrócić do domu. Przesiadywałem całe godzinny na miękkich fotelach w które tak rozkosznie się zapaść słuchając muzyki. Niestety nigdy w pełni nie doceniłem tego faktu, gdyż siedziałem jednocześnie przy konsolecie z słuchawkami na uszach, będąc zawsze zajęty realizacją tego co właśnie nadawałem. Muzyka, jingle, mikrofony, podkłady, materiały, dźwięki, updaty, skrzynka mailowa i zatrzęsienie drobiazgów oraz sytuacji jakie mogą zdarzyć się podczas live show. Z tym wszystkim trzeba umieć sobie radzić ćwicząc podzielność uwagi. Do tego jeszcze składnie i sensem się wysławiać. Gdzie tu radość z klasycznej dupogodziny nieróbstwa, pod pozorem wytężonej pracy przy biurku. W razie potrzeby na tzw. piosence pędziło się ile tchu za potrzebą, bo całkowity czas na intymną operację musi wynieść 3 minuty 45 sekund. Tyle ile trwa utwór wybrzmiewający na antenie.
Telewizja również nie powierzyła mi żadnego wyzwania które potrzebowało by rozpłaszczenia pośladków na krześle przy biurku. Woleli raczej mnie w pozycji stojącej, dlatego już sześć lat stoję podczas realizacji programu.
Teksty z kolei jakie piszę i na które ciągle znajduj się wydawca, klepię na komputerze w domu. Przy biurku ma się rozumieć.
Zgroza. Kiedy przywołam czas szefowania w magazynie, uświadamiam sobie ponury fakt, że byłem wówczas jedynym członkiem redakcji który własnego biurka nie posiadał. Redaktorem naczelnym byłem raczej na kanapie, laptopem na kolanach i z telefonem w ręku, ciągle gdzieś pędząc.
Czy to jakiś atawistyczny strach przed założeniem sobie powrozu i uległym podporządkowaniem w trybach w które zaprzęga się ludzi, dając im biurka? Nie stwierdzę tego jednoznacznie. Ale pamiętam o tym co pisał wielki idol mojej młodości – Ryszard Kapuściński, klarując jak biurko potrafi zrobić człowieka na szaro. Jak go zakleszcza w formalizmach okropnych, jak zaszczepia iluzoryczne poczucie władzy i kontroli, uzależniając od siebie do tego stopnia że w obronie zapyziałej posady, jesteśmy gotowi wypaczać swe zasady i brukać się moralnie, byle by móc ciągle gnić przy biurku. Jak ludzka szlachetność, uczynność, serdeczność, intelekt ustępują miejsca morzu bzdur, talmudyzmu, ograniczenia, wazeliny, kłamstwa, dogmatyzmu i ciasnoty. Ot metamorfoza, oblekająca jednocześnie boki i uda masą sadła i żylaków.
Kiedyś próbując zachęcić swą redakcję do pewnej epickiej aktywności, zaprosiłem na spotkanie znaną, szanowaną i wpływową postać. Nalegała by spotkać się na mieście, na tzw. gruncie neutralnym. Zaproszenie jednak nie zostało przyjęte, za to przyszła dyrektywa że mamy przybyć do stacji. Sekretarka zapytała kurtuazyjnie o samopoczucie i zaproponowała herbatę. Poprosiliśmy a w między czasie drzwi gabinetu się otworzyły, ukazując w środku charakterystyczny widok korporacyjny. Przy biurku siedział rozmemłany chłystek, dodając sobie animuszu nogami wywalonymi na biurko. Uroku i uwielbianej przez turpistów „zaplutej pikanterii” dodawały zrogowacenia i zażółcenia stóp obleczonych jeno w plastikowe klapki plażowe. Nie wstał, powitał nas nie oderwawszy swych pęcin z blatu usłanego papierami. Po wszystkim będąc już po drugiej stronie drzwi gabinetu, mój zacny towarzysz zapytał mnie w chwili kiedy pokrywał mnie już gęsty ogień wstydu, czy widziałem to co on. Cóż. Widziałem.
Nie potępię jednak popularnego mebla biurowego, bowiem nie dalej niż dwa tygodnie temu odwiedziłem znanego reżysera i producenta, który ma wszystkie powody ku temu by za biurkiem się okopać i dystansować się od wszystkich. Osiągnięcia ma co najmniej imponujące a nagród szafę. Jakże się ucieszyłem kiedy widząc że wchodzę, wstał zza biurka, podszedł do mnie by się przywitać i zaprosił na kanapę na której również usiadł by porozmawiać. Wspaniałe, kolonialne biurko ze zdobnymi zdjęciami i imponującymi pamiątkami tworzące wyobrażenie zasobności i potęgi, zostało opuszczone. Istnieją ludzie którzy nie muszą dodawać sobie animuszu i których biurko nie „upupiło” jak przestrzegał Gombrowicz. Mało takich.
Tomasz Kin
Użytkownik Tomasz Kin zaktualizował swój stan: 2012-02-13 16:17:21 · Wyświetl
Cos w tym jest, co Pan pisze… i z Kapuscinskim sie zgadzam (prawie zawsze
) . Jedna z moich bylysz szefowych kilka lat temu, przestapiwszy prog hotelu, gdzie zaczynala wlasnie prace rzucila wynioslym tonem: ’Mam nadzieje, ze bede miala wlasne biurko’ (co akurat w tym departamencie nie bylo takie oczywiste, ludzie dzielili biurka, poniewaz pracowali na rozne zmiany). Pierwszy raz wowczas zastanowilam sie jakie to ma wlasciwie znaczenie…Dla mnie nie mialo zadnego… Teraz mam swoje biurko, ale nie czuje sie do niego przywiazana.