Anita Lipnicka: Naprawdę wszystko się może zdarzyć

Fot. Jacek Poremba/ Warner Music Poland

– Miałam w swojej karierze i życiu osobistym momenty przestoju, marazmu, zawieszenia – wtedy wątpiłam, czy cokolwiek w ogóle ode mnie zależy. Teraz jestem w dobrym kontakcie ze światem i sobą, i mam przekonanie, że sami kreujemy swoją rzeczywistość – mówi Anita Lipnicka. W rozmowie z Robertem Rientem opowiada o swoim małżeństwie, nowej płycie, nowym zespole i planach na radosną starość.

„Wszystko się może zdarzyć, gdy tylko czegoś pragniesz, gdy bardzo chcesz” – te słowa zaśpiewałaś ponad 20 lat temu na swojej pierwszej solowej płycie, a utwór „I wszystko się może zdarzyć” królował na pierwszych miejscach list przebojów. Później przez długie lata nie cierpiałaś tej piosenki, jak jest teraz?

Faktycznie przez wiele lat śpiewałam tę piosenkę na festiwalach, koncertach, aż poczułam, że mam dosyć. Na długo pogrzebałam ją na cmentarzu wymęczonych piosenek, ale niedawno wywlekłam ją z grobu! Pogodziłam się z przeszłością i z tym numerem. W ubiegłym roku odbyłam długą trasę „Na osi czasu”, która była deptaniem wstecz po własnych śladach, sięgnęłam do wielu starych piosenek, ale prezentowałam też kilka nowych, między innymi „Ptaśka”, który znalazł się na najnowszej płycie „Miód i dym”. Każdy koncert w tej trasie otwierał utwór „I wszystko się może zdarzyć”, rozpoczynałam więc jakby od bisów, przewijałam film do samego początku. Potem skakałam pilotem po różnych etapach tej swojej muzycznej opowieści, robiąc pauzę w różnych momentach, odwiedzając zakamarki swoich wspomnień. Bardzo długo miałam ambiwalentny stosunek do swojej przeszłości, solowej, ale też tej z Varius Manx. Ta trasa była dla mnie aktem akceptacji tego wszystkiego. Powstała też z niej płyta live, zapis tej wzruszającej chwili.

Co jest złego w przeszłości?

Nic, ja po prostu nie lubię oglądać się za siebie. Ważniejsze jest dla mnie to, co dzieje się tu i teraz. Nie przepadam za rozpamiętywaniem, życiem przeszłością – zdecydowanie wolę patrzeć do przodu. Ale zdarzało się, że podczas koncertów przychodzili do mnie fani z córkami, które miały na imię Anita, wspominali stare utwory, pytali, kiedy będzie można je znowu usłyszeć na żywo. Zdałam sobie sprawę, że dla wielu osób moja muzyka stanowiła soundtrack do ważnych wydarzeń w życiu. Spojrzałam więc czulszym okiem na swą artystyczną przeszłość i wybrałam te kawałki, które mogłabym ponownie zaśpiewać z pełnym przekonaniem. Zawsze pisałam prawdziwie, o swoich uczuciach, i szykując tę trasę, odwiedziłam trochę przykurzonych zakamarków, przeszłych strachów i byłych miłości.

(…)

Więcej w styczniowym numerze magazynu SENS.

 

Wydanie 01/2018 dostępne jest także w wersji elektronicznej.