Robert Gliński – Scenariusz pisze się trzy razy

Sławomir Pultyn / Robert Gliński

„Maturzyści z mojej młodości dyskutowali do świtu o „niebie gwiaździstym nad nami” i tysiącu innych spraw. Obecni maturzyści o tym nie dyskutują, bo Kant kojarzy im się jedynie z meblem.” Rozmowa z Robertem Glińskim – reżyserem, wykładowcą i autorem programu nauczania Gdyńskiej Szkoły Filmowej – o perspektywach młodego kina, komediach romantycznych i starganych nerwach.
– Obok reżyserii, znane są też Panu z praktyki scenariopisarstwo i produkcja. Co sądzi Pan o łączeniu zawodów filmowych z perspektywy swojego doświadczenia?

reklama

– Jestem reżyserem, ale często zajmuję się też innymi profesjami filmowymi. Taka jest specyfika tego zawodu. Zwłaszcza w Europie. Trzeba znać się na wszystkim. W Hollywood istnieje bardzo ścisła segregacja. Reżyser reżyseruje, scenarzysta pisze, operator robi zdjęcia. U nas zdarza się, że robi to jeden człowiek. A czasem nawet gra w filmie lub pisze muzykę. W Ameryce robienie filmów jest przemysłem, a ekipa filmowa to spore przedsiębiorstwo, w którym pracują fachowcy. Europejskie tradycje są inne – film autorski, osobisty, indywidualne spojrzenie. Dlatego często w Europie na reżysera mówi się autor. W Stanach reżyser to reżyser i nic więcej.

– Quentin Tarantino powiedział kiedyś: „(…) kiedy piszę scenariusz, jest to dla mnie rzecz święta; kiedy zaś kręcę film, chrzanię scenariusz.”

– Scenariusz pisze się trzy razy. Po raz pierwszy normalnie na papierze przed zdjęciami. Drugi raz pisze się go na zdjęciach. O tym momencie mówił Tarantino. W czasie zdjęć martwe sceny przybierają realny kształt, wiele nowych pomysłów wnoszą aktorzy lub operator. Scenariusz nabiera gęstości, zmienia się. Reżyser musi być otwarty na te zmiany. Trzeci raz pisze się scenariusz w montażowni, gdy montuje się film. Widzimy więc, że w kazdym filmie scenariusz ma trzy wersje. Ta ostatnia jest najważniejsza, bo wędruje na ekran. Dlatego m.in. Kieślowski tak uwielbiał montaż, bo wtedy właśnie powstaje ostateczna wersja filmu. Scenariusz to nie Biblia, trzeba go zmieniać. Jest tylko materiałem. Nie jest więc formą zamkniętą, pracuje się nad nim cały czas.

– Czy istnieje gatunek filmowy, który w Polsce mocno „kuleje” lub jest zapomniany przez filmowców? I odwrotnie: czy obecnie polskie kino specjalizuje się w jakiegoś rodzaju filmach?

– Komedia romantyczna – to jest gatunek, w których polskie kino się specjalizuje,a właściwie chce się specjalizować. Chce, bo efekty są mizerne. W polskich komediach romantycznych nie ma nic komediowego, a romantyzmu też tam jest jak na lekarstwo. Za to mają one wiele wspólnego z telenowelą, czyli z papką obyczajową typu „ble-ble”. Więc właściwie polskie kino specjalizuje się w …telenoweli. Do lamusa odszedł film dla dzieci. W Polsce nie powstają ambitne filmy dla widowni dziecięcej. Od czasu do czasu coś nakręci Andrzej Maleszka i chwała mu za to. Ale jeden skowronek nie czyni wiosny…

– W jakim kierunku podążają młodzi filmowcy? Czy teraz powstają filmy, które za kilkadziesiąt lat mają szansę być uznanymi za kultowe?

– Młodzi filmowcy są różni. Niektórzy tradycyjni, bardzo szanują warsztat i czystość inscenizacji. Inni tak zwani bałaganiarze szukają form chaotycznych i w tym widzą wysoką jakość. Niektórzy interesują się historią, inni szukają tematów współczesnych. Są nieco leniwi i trudno ich zagonić, by wzięli się za film. Ale zdarzają się też tytani pracy. Czasem robią dobre filmy, czasem złe. Prawdę mówiąc są tacy sami jak ich starsi koledzy. Dlatego wścieka mnie taki podział – na młodych i starych. Że młodzi fantastyczni, a starzy na śmietnik. To jakiś rasizm. Nigdzie na świecie się z tym nie spotkałem. Bo wszędzie podziały nie są political correct. Dlatego uważam, że film kultowy może zrobić każdy reżyser, i stary i młody. Problem polega na tym, że na film kultowy nie ma recepty. Trudno powiedzieć czy to, co powstaje będzie kultowe czy zapomniane. Gdy postawał kultowy „Rejs” Piwowskiego, wszyscy załamywali ręce, że to taki marny film. Teraz kultowe są komedie Barei, a pamiętam, że gdy wchodziły przed laty na ekrany to wylewano na nie kubły pomyj.

– Czy jest ktoś wśród reżyserów młodego pokolenia, komu wróży Pan karierę i stworzenie znaczących filmów dla polskiej kinematografii?

– Jedyna recepta na sukces to… robić filmy. Żeby zrobić film znaczący trzeba po prostu robić filmy. Czasem jeden z nich okaże się sukcesem. Więc pytanie powinno brzmieć, który z młodych reżyserów będzie robić filmy. Kto z młodych jest uparty i ma skórę słonia? Nie załamie się po złej recenzji, będzie walczył o pieniądze. Jest takich kilku, ale nie wymienię ich nazwisk. Nie chcę zapeszać….

– Jaki musi być polski film, by mieć duże szanse na wygraną na międzynarodowych festiwalach filmowych?

– Gdybym wiedział, to bym… nie powiedział. Ale nie wiem. Wydaje mi się, że to powinien być film o nas, o naszych problemach, o naszych sprawach, o naszej odrębności. Jeśli taka istnieje. Selekcjonerzy festiwali takich filmów szukają. A nagrody? Są wypadkową wielu rzeczy, ale przede wszystkim gustów jurorów. Pamiętajmy, że nagrody wiele o filmach nie mówią.