Małgorzata Foremniak – Odcinam przeszłość

fot. Jacek Poremba

Kilka miesięcy ciszy po śmierci mamy i znów jest w centrum zainteresowania. Jak zawsze. Teraz jednak mówi zdecydowane „nie” pisaniu nieprawdy na własny temat. Małgorzata Foremniak bierze sprawy w swoje ręce. Wszystko wokół siebie czyści. Odcina grubą kreską to, co było, od tego, co jest.
– Zamilkłaś, nie udzielasz wywiadów.

reklama

– Żyję w swoim świecie i mam się dobrze.

– Dzwonię do ciebie z propozycją wywiadu, a ty zamiast o nowej roli opowiadasz podekscytowana o niezwykłych osobach skupionych wokół pisma „Wspak”. To powiedz, gdzie takich ludzi spotykasz?

– Jechałam do ośrodka w Łodzi, odwiedzić dzieci nieuleczalnie chore. Stoję na dworcu w Warszawie i widzę człowieka w czerwonej bluzie. Wyróżniał się, miał długie siwe włosy i sprzedawał gazetę. Podeszłam, kupiłam. Okazało się, że to „Wspak”, pismo wydawane przez ludzi wspierających osoby wykluczone. Przeczytałam i pomyślałam: „chcę być z nimi”. Zadzwoniłam do redakcji, oferując pomoc. Tak to się zaczęło.

– Pomagasz Fundacji Spełnionych Marzeń, działasz w akcjach charytatywnych. Nie za dużo bierzesz na siebie?

– Angażuję się tam, gdzie chcę i na ile mogę. Kiedy przeczytałam „Wspak”, pomyślałam: „Chcę coś dla tych ludzi zrobić, bo w tej inicjatywie chodzi o to, aby wykluczonych przywrócić do życia, dać im szansę, żeby stanęli na nogi, i – co ważne – osiągnąć to przy ich aktywnym udziale”. Tak poznałam wspaniałe osoby. Bezdomność bywa wyborem, ale często jest koniecznością bez wyboru, efektem splotu wydarzeń życiowych i zmagania się z losem. Ciężar przeciwności powoduje, że taki człowiek nie może sam się podźwignąć, choć bardzo chce. I wtedy dłoń drugiego człowieka jest ratunkiem.

– A jeszcze niedawno mówiłaś, że masz dosyć bycia samarytanką.

– We mnie bardzo dużo się zmieniło. Jestem w czasie przemiany. Postawiłam sobie pionową kreskę odcinającą to, co było, od tego, co jest.

– Impulsem do zmiany była śmierć mamy?

– Tak, to był jeden z bodźców. Pierwszy raz przeżyłam śmierć tak bliskiej osoby. To bardzo bolesne doświadczenie, ale jednocześnie wielkie i piękne, bo jest pewnego rodzaju oczyszczeniem, początkiem czegoś nowego. Trzeba tylko się do niego przygotować i przeżyć je z otwartym sercem.

Z chwilą, kiedy umiera mama, stajesz się opiekunem dla samej siebie. Bo skąd się bierze ból? Z faktu, że już nigdy nie będziemy mieć bezpośredniego kontaktu z tą osobą. Ale jej odejście jest wielką lekcją. Wnosi przemyślenia, refleksje i wzbogaca wnętrze.

– Dlaczego akurat odejście mamy stało się dla ciebie bodźcem do zmiany?

– Dlatego, że jestem wiecznym poszukiwaczem. Kimś, kto ciągle zadaje sobie pytania. Kiedy

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »