Małgorzata Rejmer: Najweselszy koniec świata

Rumuni wymyślają najlepsze dowcipy w Europie, a może i na świecie – oznajmił mi kiedyś Dan, właściciel galerii w Bukareszcie. – Pod tym względem mogą się z nami równać tylko Węgrzy, ale i tak bijemy ich na głowę.
I Dan opowiada mi gruby dowcip o katastrofie smoleńskiej. „Tego nie znałam”, mówię, na co Dan odpowiada: „Bo jesteście ponuracy. Rumuni muszą wymyślać dowcipy całej Europie!”.

Jak by nie było, Rumuni z największym upodobaniem opowiadają o sobie dowcipy tak brutalne i akuratne, że ich główną funkcją musi być ochrona przed samobójstwem. Wiele razy zdarzyło mi się, że współpasażerowie w pociągu przez całą drogę licytowali się na najbardziej radykalne dowcipy o Rumunii. Mój ulubiony, zasłyszany na trasie Sygiet-Bukareszt:

– Dlaczego Rumunia zajęła drugie miejsce w rankingu na najbardziej skorumpowane państwo?
– Bo zapłaciła łapówkę, żeby nie być na pierwszym.

Wszyscy znajomi każą mi oglądać komedię „Filantropica”, żebym się z niej dowiedziała, jaka naprawdę jest Rumunia. Jaka? Taka, że rządzi nią życzliwy cwaniak, rumuńska odmiana wesołego diabła, i tenże cwaniak trzyma za gardło cały rynek bukareszteńskiego żebractwa, a przy okazji manipuluje telewizją. „Nie wyciągaj ręki, póki nie zapłacisz opowieścią” – oto jego dewiza. Każdemu żebrakowi pod swoją kuratelą wymyśla chwytającą za serce historię, która ma wyciskać łzy i portfele przechodniów i telewidzów. Skala, efektowność i żałość bukareszteńskiego żebractwa są tak duże, że wymyślona postać diabła-zarządcy, rozkładającego karty sfabrykowanych nieszczęść wydaje się terapeutycznym remedium na społeczną zapaść.

Swoją drogą, komedie rumuńskie mają ciężkość polskich dramatów obyczajowych. Kto widział, na przykład, film „Śmierć pana Lazarescu”, który w Rumunii był reklamowany jako komedia pomyłek, a który opowiada o agonii chorego na raka staruszka, przerzucanego od szpitala do szpitala, ten wie, że komedia rumuńska to wesołe pranie widza po pysku. Już nie wspominam o rumuńskich komediach romantycznych, po których obejrzeniu miałam wrażenie, że zdarzyło się coś przykrego i dosyć strasznego, że może mnie to śmieszy, a może chce mi się wyć, i że w ogóle społeczeństwo rumuńskie dogorywa w wesołych boleściach (patrz: „Zachód”, filmowy debiut Cristiana Mungiu).

Oprócz humoru społecznego i fatalistycznego, tak zwanego chichotu zagłady, Rumuni są mocni w humorze rubasznym, trochę bałkańskim, wulgarnym aż do nihilizmu. Zdarzyło mi się przeczytać opowiadanie Iona Creangi z 1878 roku pod tytułem „Chujowa opowieść”, w której wieśniak tak zostaje uszczęśliwiony przez Jezusa, że na jego polu zamiast kołczanów kukurydzy wyrastają zuchwałe, czerwone penisy. Szybko podbijają one serca okolicznych wieśniaczek, aż w końcu jeden z nich trafia w ręce lokalnej pani na włościach. Opowiadanie kończy się lokacją penisa w tyłku księdza proboszcza. Wszystko, podkreślmy, za sprawą Jezusowego poczucia humoru.

Opowiadania w szkole się nie czyta, ale się o nim wspomina, w końcu Creanga jest klasykiem literatury. Nie dziwi więc, że z takiego zaplecza kulturowego wyrosła satyra brzytwy i topora. Jednym z moich ulubionych rumuńskich karykaturzystów jest Matei Branea, cynik-obscenista, który, dajmy na to, rysuje przeciętnego Rumuna w objęciach przeciętnego polityka, ale tego polityka cechuje wielki, sterczący penis. „W usta czy w tyłek?”, pyta polityk Rumuna, a rysunek nazywa się „Polityczne opcje w Rumunii, kraju decyzji”. Ulubiony mój rysunek Mateia to „Śmierć”, która owija się wokół człowieka, deklarując mu dozgonną miłość (www.eatmybalkans.blogspot.ro).

Czy istnieje coś takiego jak ulubiony dowcip rumuński? Biorąc pod uwagę częstotliwość, najwięcej razy próbowano mi opowiedzieć ten oto dowcip: