Spotkania: Maciej Stuhr

fot. Rafał Masłow

O tym, po co człowiekowi autorytety i rytuały, co można zbudować z porażek i w czym najlepiej utopić diabła megalomanii. Oraz o mocy wspomnień i cudzie zapominania. Czyli o tym, co człowiek pamiętać powinien, a aktor z głowy wyrzucać musi – opowiada Maciej Stuhr.

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow

reklama

Zdarza się panu ostatnio stawać w filmach na straży prawa, jak choćby w serialu „Belfer”. Zapytam więc wprost – gdyby robiono remake, to: Columbo czy Kojak?

Kojaka pamiętam mniej, ale na tyle dobrze, że jego bezczelna dezynwoltura aż tak bardzo do mnie nigdy nie przemówiła. Moje serce skłania się raczej ku Columbo ze względu na jego wspaniałe poczucie humoru i nonszalanckie roztargnienie, które sprawiają, że nikt go nie podejrzewa o to, że w tej jego głowie może tlić się rozwiązanie zagadki, a tymczasem on wszystko wie.

Czyli jest panu bliższa raczej osobowość przebiegle uległa niż ostentacyjnie zbuntowana?

Myślę, że nadmierna ostentacja prawdzie nie sprzyja. Zawsze zresztą bardziej podziwiałem moc ukrytą, taką, której nikt nie przeczuwa, cichą, ale skutecznie przechytrzającą zło z tego prostego powodu, że siła prawdy leży po jej stronie. Myślę, że prawda nie musi krzyczeć, żeby być prawdą, wystarczy, że się tli, jak w głowie Columbo, bo jeśli się tli, to prędzej czy później zapłonie. Bohater, którego gram w „Belfrze”, Paweł Zawadzki, też zresztą zachowuje podobny umiar i wiarę w to, że jest w stanie rozwiązać zagadkę zabójstwa, mimo że nie jest zawodowym detektywem. Tu chciałbym też dodać, że nie tylko widz do samego końca nie wie, kto zabił, ale również my, aktorzy, nie mieliśmy o tym bladego pojęcia aż do ostatniego odcinka, który celowo zrealizowano chronologicznie.

Więcej w Zwierciadle 11/2016. Kup teraz!

Zwierciadło także w wersji elektronicznej

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »