Co przyniosła reforma edukacji?

fot. iStock

Reforma edukacji stała się faktem. Jak rozmawiać o niej z dziećmi? Jak odpowiadać na pytania: „Mamo, tato, dlaczego muszę zostać w podstawówce, miałem przecież iść do gimnazjum?” – wyjaśnia psycholożka Aleksandra Piotrowska.

Wiadomo już, że reforma edukacji wchodzi w życie. Nie zmniejsza to jednak niepokojów z nią związanych, zarówno ze strony rodziców, jak i dzieci.

Myślę, że dzieci z młodszych klas szkoły podstawowej na szczęście nie są tym tematem mocno zainteresowane. Natomiast starsze, szczególnie te, które są w piątych i szóstych klasach, przeżywają czekające ich zmiany jako część swojego życia. Od tych zmian zależy przecież choćby to, w jakim kierunku będą skręcać ze swojej klatki schodowej. Nie wiadomo też, w których budynkach będą podstawówki, a w których gimnazja. O uniwersalne rady trudno także z tego powodu, że każde dziecko inaczej traktuje swoją szkołę. Znam dzieci, które marzą o tym, żeby jak najszybciej ją opuścić, żeby zostawić dotychczasowych nauczycieli, rówieśników. Są też takie, które z dużą niechęcią myślą o zmianie. Bo mają świetną klasę, wspaniałych nauczycieli, znane kąty, których nie chcą opuścić. Niepokój nas wszystkich, nie tylko dzieci, budzi to, że wokół reformy są nadal same niewiadome. A człowiek jest tak skonstruowany, że nie czuje się dobrze, kiedy jest tyle niewiadomych, lubi rozumieć, co się dzieje. Dorosłym nie starcza głowy, żeby to wszystko ogarnąć, a co dopiero mówić o dzieciakach. Najgorsze, co by się mogło wydarzyć, to zobojętnienie dzieci na sprawy szkoły. Gdyby powiedziały: „A co mnie to właściwie obchodzi?”.

Syn znajomej rozpacza, że musi zostać w podstawówce. Czy może być jakieś drugie dno tej rozpaczy?

W takich sytuacjach radziłabym uważniej niż do tej pory przyjrzeć się temu, co się dzieje w relacjach dziecka z rówieśnikami. Cokolwiek by mówić, dla większości dzieci w tym wieku to właśnie relacje z rówieśnikami są najważniejsze. W większości przypadków marzenie o tym, żeby zmienić środowisko, podszyte jest tym, że w relacjach z kolegami coś się nie układa. Możliwości są dwie: albo dziecko wyraźnie podlega mobbingowi grupy, czasem jednej osoby, podczas gdy reszta bezwolnie się temu przygląda, albo dziecko stoi z boku, nie potrafi nawiązać bliższych kontaktów, a odczuwa bardzo silną potrzebę bycia w zintegrowanej paczce. I w pierwszym, i w drugim przypadku ma nadzieję, że nowe środowisko rozwiąże jego problem. Ale to nie takie proste. Dobrze jest poprzyglądać się, jak nasze dziecko działa w grupie, spróbować odrzucić jego obraz, jaki mamy, i popatrzeć na nie, jakby to był ktoś obcy. Wtedy możemy naprawdę zobaczyć coś, co nas zdziwi. Znam rodziców przeświadczonych o tym, że ich pociecha jest bardzo otwarta, nie ma żadnych problemów w kontaktach z innymi, bo tak zachowuje się w obrębie rodziny, a okazuje się, że z rówieśnikami sobie kompletnie nie radzi.

Gdy dziecko marzy o opuszczeniu szkoły, warto przyjrzeć się też jego nauczycielom.

Naturalnie. To tak pięknie brzmi, że nauczyciel wszystkie dzieci traktuje tak samo. Tymczasem wiemy, że to niemożliwe. Naturalnym fragmentem naszej psychiki są emocje, a emocje mają to do siebie, że są albo pozytywne, albo negatywne, nie ma emocji o znaku zero. Nauczyciel, choć niechętnie się do tego przyznaje, w każdej klasie ma uczniów, których lubi bardziej lub mniej. Nie można też wykluczyć złego nastawienia nauczyciela do naszej pociechy (choć często ono istnieje tylko w jej wyobraźni). Zawsze trzeba zacząć od rozmowy z nauczycielem.

Ale nieatakującej, żeby dziecku nie zaszkodzić.

Boże broń! Lepiej nie zaczynać od prośby, żeby nauczyciel zmienił swoją postawę wobec dziecka, bo sugerowałaby ona, że traktuje je niedobrze, a my tego przecież nie wiemy.

A jeśli wiemy?

Jeśli mamy pewność, że nauczyciel źle traktuje dziecko, to nie warto z nim o tym rozmawiać. Wtedy trzeba interweniować u przełożonych. Przy czym nie jest prawdą, że młody nauczyciel ma dużo życzliwości, zapału i cudownie pracuje, a starszy, doświadczony, musi być wypalony i nieżyczliwy. To krzywdzący stereotyp.

Wszyscy wiemy, jak rozgrzane są dzisiaj emocje wokół reformy. Dyskutować o niej otwarcie przy dziecku i z dzieckiem?

To nie takie proste. Myślę, że nienaturalne byłoby unikanie rozmów o tym, co się dzieje. Komentujemy przecież różne wydarzenia na bieżąco, więc brak rozmów o reformie edukacji wprowadziłby pewną sztuczność. Poza tym rodzice chcą kształtować postawy polityczne swoich dzieci, nie chcą czekać, aż one będą na tyle dorosłe, że sobie same od zera je ukształtują, bo w międzyczasie natychmiast tę pustkę zajmą wpływy innych. Natomiast naszym nieszczęściem jest to, że edukacja sprzęgła się z polityką, i to jest dramatyczne. Nigdy nie byłam zwolenniczką toczenia z dziećmi lub nawet tylko przy dzieciach debat na temat edukacji, to nie jest dobry pomysł, bo absolutnie każdy system edukacyjny i każdą reformę można z jakichś powodów zdyskredytować. Czasem uwypuklamy te jej aspekty, które nam się nie podobają, a te pozytywne przemilczamy. I co dziecko z tego wydobędzie? Zniekształcony obraz, nawet naszych poglądów.

Dlaczego to niebezpieczne?

Bo niesie za sobą uogólnioną negatywną postawę wobec szkoły, edukacji w ogóle. Dziecko jest z natury egocentryczne, wychwytuje przede wszystkim to, co dotyczy jego spraw, więc szansa na w miarę chłodną i obiektywną ocenę tych trudnych zagadnień w jego przypadku jest zerowa. Nie prowadźmy z nim debat o edukacji, ono nie jest naszym partnerem, za mało na ten temat wie.

Niektórzy rodzice boją się nie tyle reformy, ile nowych wyzwań stojących przed dzieckiem.

A może ta reforma jest okazją, żeby dziecko doświadczyło tego, że w życiu są i takie sytuacje, które po prostu trzeba zaakceptować. Nie jest tak, że na wszystko mamy wpływ i o wszystkim możemy decydować. W dorosłym życiu nieraz przyjdzie mu stykać się z czymś, co jest zorganizowane niedoskonale. Przecież mało kto ma taki komfort, że może współpracować wyłącznie z ludźmi, których lubi i ceni. Zastanawiam się, czy przypadkiem w tym swoim dzieciocentryzmie za bardzo nie podgrzewamy atmosfery wokół reformy edukacji. Żeby nie było wątpliwości – nie znajduję właściwie żadnych pozytywów w tej reformie i jestem jej zdecydowanym wrogiem, myślę, że jedyny powód jej przeprowadzania jest polityczny, czyli najgorszy z możliwych. Ale apeluję o powściągnięcie emocji, bo one niczego dobrego nie przyniosą.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »